piątek, 21 sierpnia 2026

Podsumowanie

 Moi drodzy, stało się. Aż ciężko mi w to uwierzyć, ale po 13 latach blog został zakończony.

Pamiętam moment, gdy Irma zdecydowała się przekazać go komuś innemu i gdy coś pokusiło mnie o spróbowanie swoich sił. Byłam wtedy w podstawówce, dziś jestem po pierwszym stopniu studiów. Z jednej strony chcę was wszystkich przeprosić, zwłaszcza tych, którzy pewnie nigdy nie przeczytają już końcówki tej historii, przez to ile zajęło mi to czasu. Z drugiej strony natomiast, całkiem cieszę się, że mogłam dokończyć bloga mając już nieco większe pojęcie o pisaniu i planowaniu historii.

Czy wyszło tak jak chciałam? Nie wiem. Przeczytałam wszystkie 90 rozdziałów w dwa dni po zimowej sesji egzaminacyjnej tego roku. Udało mi się posklejać wszystkie wątki i bohaterów tak, by wyszło z tego... coś. I chyba jest nieźle! Myślę, że całkiem ma to sens, jak na to, że większość rozdziałów to zwyczajna paplanina. Nie wiem jak chciała skończyć tę historię Irma. Nie wiem, czy przez te wszystkie lata kiedykolwiek tu jeszcze zajrzała. Całkiem nie wierzę, że faktycznie mogłam dokończyć tak dużego bloga. Oczywiście nie uważam go za swoją historię, bo gdyby nie jej początek, gdyby nie legenda tego bloga, którą zbudowała Irma pierwszymi kilkunastoma (kilkudiesięcioma?) rozdziałami, w życiu nie udałoby mi się stworzyć czegoś podobnego. Ci, którzy spotkali wcześniej moją twórczość w tym małym zakątku internetu, wiedzą, że nigdy nie dokończyłam ani jednej ze swoich historii. Chyba właśnie to dawało mi ciągle motywacyjnego kopa, by jednak kiedyś napisać to kilka kończących rozdziałów. Bo jeśli któryś z blogów w moich rękach zasługiwał na dokończenie, to zdecydowanie The Lion Heart.

Przez te wszystkie lata, kiedy mnie tu nie było, jednak tu byłam. Co roku miałam ochotę wrócić do bloggera i do tych ludzi, których poznałam, ale co tu dużo mówić. Nasza blogsfera się wyludniła, co jest absolutnie normalną sprawą. W obecnych czasach szczególnie brakuje mi jednak tego, co tutaj mieliśmy. Z każdym dniem tęsknię mocniej i mocniej do pewności, że to co czytam i na co patrzę wyszło spod ręki człowieka. Bo tutaj, w czasach pisania na bloggerze, nigdy nawet nie przeszłoby mi to przez myśl. Owszem, kradło się cudze obrazki na potęgę, mi zdarzało się nawet plagiatować teksty innych twórców (co i po tylu latach spędza mi sen z powiek), ale na wszystko poświęcaliśmy czas, we wszystko wkładaliśmy serce. Bo znaliśmy się w tym zakątku internetu i robiliśmy to wszytko, pisaliśmy, tworzyliśmy dla siebie nawzajem. Boże, okropnie za tym tęsknię.

Niesamowicie się cieszę widząc nowe komentarze po tylu latach, nie tylko pod nowymi, ale i pod starymi rozdziałami. Macham i pozdrawiam wszystkie drogie Anonimy, które podejrzewam, że są najmłodszymi czytelnikami. Mam nadzieję, że założycie własne konta i napiszecie rzecz czy dwie. Dla zabawy, dla siebie, dla utrzymania fandomu przy życiu. Jest to warte więcej niż może wam się wydawać.

Naprawdę pisząc tego posta, jeszcze nie czuję, że to koniec. Czy to mój koniec z bloggerem? Pewnie tak, bo nie odzyskam już tego co tutaj było. Jestem zupełnie inną osobą, w zupełnie innym momencie życia. Ale ta witryna i ten rozdział mojego życia na zawsze będą lwią (hehe) częścią mojej tożsamości. Może jeszcze kiedyś się zobaczymy. Może jeszcze kiedyś przeczytamy swoje historie. Jeśli nie,

ściskam was wszystkich serdeczenie. Dziękuję za tyle lat wspomnień, za cierpliwość i wytrwanie. Jeśli tu nie wrócę, będę tęsknić, jeśli wrócę, i tak będę tęsknić.


PS. Czasami bawię się w grafikę komputerową, więc żeby do reszty pozbyć się ukradzionych obrazków, niewykluczone, że będę aktualizować zakładkę z bohaterami, wstawiając tam własne projekty :) Może wstawię również post w którym przedstawiam dzieciaki z kolejnego pokolenia. Tym razem nic jednak nie obiecuję, bo może zajmie mi to kolejne 9 lat.

Epilog

 Rządy Kiongoziego stanowiły najspokojniejszy czas w historii Lwiej Ziemi. Jako pierwszy z władców, wstąpił na tron, gdy jego dzieci były już podrostkami. Dzięki temu, zdążył nauczyć się jeszcze wiele od poprzedniej pary królewskiej, która pozostawała na tronie przez kilka kolejnych lat. To ostatni okres panowania Sawy i Eclipse umożliwił Kiongoziemu tak spokojne rządy. Syn Kiary oraz jego żona byli najdłużej panującymi władcami w dziejach krainy.

Wraz z Niszą, Kion doczekał się łącznie pięciorga lwiątek. W pierwszym miocie, Nisza urodziła dwie córeczki. W kolejnym również dwie lwiczki oraz najmłodszego, jedynego synka. Późniejsza trójka urodziła się już za panowania Kiongoziego. Jako król, Kion spoważniał, choć w głębi serca wciąż był pełen młodzieńczego zapału i pasji do wędrowania. Pozostawał w bliskich stosunkach ze wszystkimi członkami stada. Nie dopuścił by ktokolwiek siał w nim chaos i wyrządzał innym krzywdę.
Wolna Ziemia stała się krainą, w której schronienie mogli znaleźć wszyscy, potrzebujący drugiej szansy. Valentine była królową pewną swojego osądu, dzięki czemu jakiekolwiek ziarno konfliktu było niszczone nim zdążyło zapuścić korzenie. Przyjmowała do swojego stada wędrowców z dalekich krain szukających bezpiecznej przystani, lwy chcące zapomnieć o przeszłości i szukające nowego, spokojnego życia. Zbudowała podstawy Wolnej Ziemi na zgliszczach wspomnień o Złej Ziemi. Córka Sawy nie chciała by jej nowy dom kiedykolwiek stał się miejscem pełnym nienawiści i urazy. Wśród lwów, które dołączyły do jej stada znalazł się samiec, który został partnerem Zawadi. Dzielił z lwicą podobną przeszłość, której ból był jedynie wielką motywacją do stawania się coraz lepszym. Razem doczekali się trójki lwiątek, dwóch synów i córeczki.
Z Nuadą, Valentine miała córkę. Nazwano ją Mwanga, czyli światło. Ciąża Valentine była bardzo ciężka w związku z jej chorobą. Do ostatniej chwili królowa była w niepewności, czy dziecko przeżyje, czy jej samej dane będzie dalej rządzić Wolną Ziemią. Zdarzył się jednak cud, lwiczka urodziła się całkowicie zdrowa a Valentine nigdy nie czuła się lepiej niż po jej urodzeniu. Wypełniły ją nowe siły, serce biło z większym zapałem, zupełnie jakby mała lwiczka wypełniła ją nieskończoną energią.
Dzieci Sawy i Eclipse do końca życia pozostawały ze sobą niezwykle blisko. Valentine oraz Kiongozi często udawali się na wspólne patrole i zacieśniali więzy między oboma stadami. Pragnęli aby dobre stosunku między Lwią a Wolną Ziemią trwały do końca istnienia obu krain. Dzięki temu, przetrwałaby pamięć o miłosći ich babci i dziadka, o osiągnięciach ich ojca, o nich samych, ale przede wszystkim o tym, czym chcieli by żyły następne pokolenia. O konieczności dbania o dobro w świecie i pielęgnowania tego, czym jesteśmy obdarzeni.
Z upływem lat zapomniano o starych konflikatach, o wygnańcach ze Złej Ziemi. Stare dzieje przeszły do legend i baśni. Następne pokolenia przychodziły na świat w pokoju i dobrobycie. Niezmiennie jednak, jak miało to miejsce od zarania dziejów, niebo wypełniło się gwiazdami następnych władców a Krąg Życia toczył się własnym, harmonijnym rytmem.

#95. Nowy świt

 Ziemia wciąż na sawannie pachniała wilgocią, powietrze przesycone było jej zapachem. W noc po walce spadł pierwszy deszcz, zapowiadający nadejście pory deszczowej. Woda zmyła z gleby wszelkie ślady walki, chłonąc wraz z deszczem przelaną krew. Mrok powoli rozpraszał się pierwszymi promieniami słońca. Rozpoczynał się drugi dzień od bitwy, która rozegrała się na granicy trzech lwich terytoriów. 

Pomimo wszechogarniającej ciszy, Lwia Skała nigdy nie była pełniejsza. Poza całym stadem lwioziemców musiała pomieścić dwie sojusznicze grupy, które przybyły by wesprzeć Sawę. Jak się okazało, wysłane poselstwo oraz uzyskana dzięki niemu pomoc zdecydowały o rozstrzygnięciu starcia. Choć był jednym z namłodszych lwów wśród zgromadzonych sojuszników, Kiongozi został wskazany przez Lanę oraz Nevadę na głównodowodzącego atakiem. Dzięki licznym patrolom, które odbywał od dziecka z ojcem znał tereny najlepiej. Dzięki wsparciu swoich przyjaciół oraz głównych wojowników z sojuszniczych stad udało mu się opracować strategię, która poprowadziła lwioziemców do zwycięstwa. Mimo to, w walce śmierć poniosło wiele lwów, po obu stronach. Przywódcy wrogich stad zginęli, Narumi w starciu z Chaką, Khari niemal wdeptany w ziemię, wykończony licznymi ranami zadanymi mu przez gniewny tłum. Lisa, zrozpaczona po stracie nie tylko partnera, ale również ostatecznym zerwaniu więzi z synem, zniknęła. Nikt nie wiedział czy zbiegła z pola bitwy, czy skończyła przygnieciona przez głazy z rozbitego muru. Jej los nigdy się nie wyjaśnił. 
Po stronie lwioziemców, królowa Eclipse oraz Asani odnieśli najcięższe rany. Biała lwica została oślepiona na jedno oko, Asani zaś doznał poważnego urazu łapy. Pieczę nad rannymi sprawowała Shani, wspomagana przez dwie ciężarne - Niszę oraz Amarę. Niewidoma szamanka niezwykle przejęła się stanem lwa, który kilkukrotnie tracił przytomność z odniesionych ran i silnie gorączkował. Choć rannych było wielu, lwica męczona wspomnieniami wizji, które ją nachodziły, nie chciała odstępywać Asaniego na krok. Wciąż czuła straszliwą niepewność o przyszłość, którą ukazali jej przodkowie. 
Śmierć w walce poniósł Wimbo, który zdołał jednak zadać kilka znaczących ciosów samemu Khariemu. Wielu mówiło, że to dzięki ranom, które mąż Wazi zadał głównemu wrogowi, ostatecznie udało się go zabić. Jedną z największych strat, którą odniosło stado, była jednak śmierć Asante. Lew zginął przez rany nabyte w obronie królowej Eclipse. Patrząc na to, jak zły był stan lwicy i z doświadczonym wojownikiem u boku, wszyscy domyślali się, że gdyby nie poświęcenie głównego strażnika, królowa nie przeżyłaby walki. Pogrzeb odbył się dzień po bitwie. Asante został pochowany z największymi honorami. Leah całkowicie pogrążyła się w żałobie, choć znajdywała resztki otuchy w bliskości z synem, któremu pozwolono tymczasowo przebywać na Lwiej Ziemi. Chaka po raz pierwszy zdawał się dojrzeć. Nie zbliżał się nawet do Lwiej Skały, trzymał swój dystans od wszystkiego i wszystkich, spotykając się z całym stadem jedynie na pogrzebie Asante. Jego  spowodowane serią fatalnych decyzji rozstanie z ojcem w trudnych stosunkach miało ogromny wpływ na młodego lwa. W dużej mierze obwiniał się za śmierć ojca.
Swoją drogę z powrotem do serca lwa próbowała odnaleźć córka Wazi. Zawadi ciężko przeżywała brutalny rozlew krwi, którego doświadczyli. Pomio radości z odniesionego zwycięstwa, koniec walki uświadomił ją całego strachu i stresu, który nosiła w sercu. Lęk o życie najbliższych, zobaczenie się z biologicznym ojcem w takich okolicznościach, ale również śmierć Wimbo, lwa, który pokochał ją jak własną córkę, sprawiły, że po całym starciu czuła potrzebę być jeszcze bliżej lwioziemców niż do tej pory.
Cieszyła się, że Chakę dopuszczono do pogrzebu ojca. Lew okazał się dużą pomocą w czasie walki. Mimo to, nie oczekiwała by jego zdrada została zapomniana. Wciąż miała jednak nadzieję, że sytuacja z Chaką rozwinie się inaczej.
Na drugi dzień po bitwie, obudziła się jako jedna z pierwszych. Grota była nagrzana od wspólnego ciepła wielu ciał śpiących pod jej sklepieniem. Wymknęła się by zaczerpnąć świeżego powietrza. Na zewnątrz panował półmrok. Niebo zaczynało nabierać popielatej barwy, gdy leniwe promienie wyciągały swoje ręce spomiędzy chmur. Ziewnęła szeroko. Wciąż ciężko jej było uwierzyć, że konflikt, który zaczął się jeszcze przed jej narodzinami, a którego była wielką częścią, nareszcie się rozwiązał.
Ujrzała dwie sylwetki u podnóży Lwiej Skały. Leah wraz z synem spacerowała powoli, z wolna zbliżając się do siedziby stada. Chciała zejść i się przywitać, ale coś mówiło jej, że powinna zaczekać.
Chaka odprowadził lwicę bliżej, zatrzymując się jednak dość daleko by nikt ich nie słyszał. Matka i syn przytulili się, Leah czule polizała policzek lwa. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim, serce Zawadi zabiło mocniej, gdy niebieskie spojrzenie Chaki skrzyżowało się z tym jej. Po chwili samiec spuścił wzrok i trącając Leah pyskiem, odwrócił się. Powoli zaczął oddalać się od Lwiej Skały. Zawadi w te pędzy zeskoczyła z góry, chcąc go dogonić. Dostrzgła jednak jak Leah siada na ziemi ociężale ze zwieszoną głową. Zatrzymała się więc kilka kroków od złotej. Mogła usłyszeć jej tłumiony szloch. Niepewnie zbliżyła się o kolejne kroki.
- Ciociu Leah? - zagadnęła cichutko. Zmęczone, lśniące od łez oczy podniosły na nią swój wzrok. Lwica z grzywką westchnęła z rozedrganiem.
- ... Odszedł - załkała - Mój syn...
Drobna lwica zaniosła się płaczem. Zawadi poczuła falę gorąca na jej słowa. Bez zastanowienia przytuliła starszą mocno. Leah drżała niespokojnie, płacząc cicho, by nie zbudzić reszty stada. Od dłuższego czasu jej serce krwawiło bolesnymi ranami. Zdrady syna, świeża śmierć Asante... Została zupełnie sama. Gdy młoda lwica uspokoiła złotą, ta wyjaśniła, że Chaka zdecydował się odejść z najbliższych terenów. Nie zamierzał starać się o powrót na Lwią Ziemię, nie chciał żyć w odosobnieniu na Cmentarzysku. Zawadi poczuła się zmieszana. Nie wiedziała, dlaczego ta decyzja tak ją zaskoczyła. Może wciąż miała nadzieję, że dadzą sobie szansę. Przecież chciała ruszyć za nim..! Żal ze straconej możliwości wypełnił młodą lwicę. Zastanowiła się jednak. Czy faktycznie byłaby w stanie to zrobić? Zostawić matkę i brata, wszystkich przyjaciół i ziemię, która była jej domem...? Nie. Jej miejsce, w przeciwieństwie do Chaki, było tutaj. 
O odejściu młodego lwa Leah poinformowała jedynie swoje rodzeństwo. Zarówno Idia, jak i Sawa skupili się na prywatnym wymiarze odejścia Chaki. Oboje nie uważali by była potrzeba ścigać chrześniaka by upewnić się, że faktycznie opuścił granice. Oficalna banicja również zdawała się zbędna. Nie chcieli krzywdzić zrozpaczonej siostry jeszcze bardziej. Wierzyli, że Chaka nie wróci. I faktycznie, nie wrócił. Słuch zaginął o jedynym dziecku Leah, które dożyło dorosłości.
Na dzień, który rozpoczęła nowina o jego odejściu, zaplanowane zostało duże polowanie oraz ostatnie spotkanie z sojuszniczymi stadami. Tego dnia, miały opuścić tereny Lwiej Ziemi i powrócić na własne terytoria. Starsze pokolenie niezwykle ucieszyło się z ponownego spotkania z Nevadą, podobnie jak Nisza, która w końcu miała możliwość poinformowania matki o ciąży. Kuzynka królowej, Lana, spędzała większość czasu w baobabie szmanki, dotrzymując towarszystwa Eclipse, ale również słuchając opowiści o swoim synu. Zafascynowała ją postać Shani, która wypowiadała się o młodym lwie ze szczerą radością. Siedziały razem przed drzewem, dzieląc się posiłkiem upolowanym przez Lanę oraz siostrę Shani. 
- Naprawdę go kochasz - uśmiechnęła się ciepło do młodszej z córek Idii, wysłuchując kolejenej ze wspominek o Asanim. Na psyk Shani również wkradł się nieśmiały uśmiech.
- Musiałabym się postarać, żeby było inaczej. - przyznała - Nie sądzę jednak, by dane nam bylo być razem, Pani.
- Dlaczego? - lwica przechyliła głowę, sięgając po kolejny kęs.
- Życie szamana toczy się w odosobnieniu. Trzymając przy sobie Asaniego, skazałabym go na towarzystwo jedynie moje oraz... cóż, duchów.
- Myślę, że jesteś dla siebie zbyt surowa, droga szamanko. - Lana uśmiechnęła się do niewidomej. Jej nadmierna empatia i troska nieco rozbaiwły kuzynkę królowej. - Jesteś młodą, piękną lwicą. Życie z tobą nie musi oznaczać dla nikogo klatki.
- Nie śmiałabym zamykać go tutaj. - Shani nie dawała za wygraną. Wiedziała ile kosztowało jej matkę i siostrę rozstanie z nią samą, gdy udawała się na szkolenie. Asani miał na Lwiej Skale przyjaciół, miał rodzinę, miał gwardię i obowiązki. Nawet jeśli była między nimi miłość, nie chciała by kosztowała go innych relacji w życiu.
- Co gdyby wybór zależał ode mnie? - znajomy głos wyrwał ją z rozmyślań. Spomiędzy konarów drzew wyłonił się mocno kulejący, rudawy lew. Shani poderwała się na cztery łapy, niemal potykając o leżącą przed nią zwierzynę.
- Asani...! - kilkoma susami znalazła się przy lwie. Samiec przytulił lwicę. - Jak się czujesz?
- Teraz już dobrze. - przyznał z uśmiechem, głaszcząc ją lekko. Odetchnął głęboko. - Tęskniłem za tobą, Shani.
- Tak się martwiłam...
Rozmawiając z lwem, Shani poczuła się lekko. Jego ciepły, beztroski śmiech... Bała się, że już go nie usłyszy. Wtedy pomyślała, że może to nie przed jego śmiercią ostrzegały ją duchy. Może strata Asaniego oznaczała wyrzeczenie się miłości na rzecz obowiązku...? Ostatnie wydarzenia na Lwiej Ziemi sprawiły, że była potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. A jednak zwykła rozmowa z lwem sprawiła, że nabarała nowej siły. Tak... Jeśli tylko Asani chaiłby z nią zostać, nie mogłaby być szczęśliwsza.
Lana obserwowała jak młodzi nadrabiają stracony czas. Zdołała poznać syna lepiej, gdy wyruszył z misją poselską. Nie spodziewała się spotkać ani Wimbo, ani potomka, którego widziała ostatni raz jako małe lwiątko. Asani wyrósł na lwa o złotym sercu. Nie mieli zbyt wiele czasu by nadrobić minione lata, ale w podróży na Lwią Ziemię okazał się znakomitym przewodnikiem i troskliwym towarzyszem. Życzyła mu wszystkiego co najlepsze. Korzystając z okazji gdy para zajęła się sobą, zostawiła ich i udała się na Lwią Skałę.
Spotkanie, właśnie się zaczynało. Sawa rozpoczął od głębokich podziękowań dla obu stad, dzięki którym do zebrania w ogóle mogło dojść. Ogłosił Lwią Ziemię bezpieczną przystanią dla lwów z sojuszniczych stad, której granice stoją otworem, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. W zgodzie z obojgiem dzieci, zarówno Valentine, której koronacja na królową Wolnej Ziemi była tuż za rogiem, jak i Kionem, przedłużyli sojusz. Jeśli tylko któreś ze stad znalazłoby się w potrzebie, mogło liczyć na wsparcie zarówno Lwiej, jak i Wolnej Ziemi.
Wraz z pożegnaniem i odejściem sojuszników, Sawa zorganizował kolejne spotkanie, na którym ustalono nowe pozycje w stadzie. Po śmierci wielu lwioziemców oraz przeniesieniu się części z nich na Wolną Ziemię, konieczne było ustalenie nowej hierarchii. Bahati, Amara oraz Zawadi chcieli pozostać na Lwiej Ziemi. Hapana z Miujizą zdecydowali się na stałe osiedlić na Wolnej Ziemi. Koronację księżniczki Valentine zaplanowano na kolejny dzień. 
Zgodnie z wolą jej członków, Lwią Gwardię rozwiązano. Nuada miał stanąć u boku Valentine jako lider Wolnej Ziemi, Bahati oraz Amara spodziewali się lwiątek, zaś Asani ogłosił, że planuje ożenić się z Shani oraz zamieszkać wraz z nią w baobabie. Z pokonaniem Narumi oraz ostatecznym rozstrzygnięciem wieloletniego sporu z Kharim, potrzeba obecności Gwardii była dużo mniejsza. Choć wszyscy gwardziści poczuli uszczypnięcie żalu w związku z zamknięciem tego rozdziału ich życia, wiedzieli, że ich przyjaźń i więź pozostaną równie silnymi. 
Wyglądało na to, że kolejna era dziejów Lwiej Ziemi dobiegała końca. Nadchodziły nowe czasy, lepsze czasy. Bez cienia konfliktu między Lwią a Złą Ziemią. Bez wrogich stad czychających za granicami. To wszystko zdawało się teraz zaledwie cieniem przeszłości, który będą przekazywać dalej przyszłym pokoleniom. 

#94. Początek końca cz. II

Bitwa eskalowała szybko. Gdy tylko Khari zbliżył się do władcy, pierwsze lwice z Lwiej Ziemi przystąpiły do ataku. W epicentrum starcia znaleźli się przywódcy obu stron. Wokół dwóch samców wzniosły się tumany kurzu, gdy członkowie ich stad szczepili się ze sobą w nienawiści. Khari pierwszy zaatawkował Sawę, z silnym wybiciem tylnych łap popychając go mocno. Nie udało mu się jednak obalić króla. Silna postawa brązowego zapewniła mu stabilność i możliwość odparcia zamachu. Gdy łapy rudego wylądowały na nim, obrócił się sprawnie i wgryzł w kark przeciwnika. Czuł jak tamten orze jego ciało pazurami, więc zacisnął szczęki mocniej. Z bólu oboje oderwali się od siebie by ponownie przystąpić do pojedynku ledwie moment później. Natarli na siebie, przewalając między innymi lwami. Wirujący tłum łap i kłów rozdzielił napastników. Wśród palącego w płucach pyłu ledwie dali radę się dostrzec. Lwioziemki szybko zauważyły zmianę położenia i wkroczyły między samców, oddzielając rudego od swojego władcy. Khari zjeżył się na ich widok. Nie chciał walczyć z lwicami. Potrzebował dostać się do Sawy, rozegrać starcie najszybciej jak się da. Pozbawione króla stado nie miałoby wyboru, musiałoby uznać jego przywództwo. 

Zniżając się bliżej ziemi obnażył kły w ostrzegawczym geśice. Nim przystąpił do ataku, rozpoznał w tłumie jedno spojrzenie. Nigdy nie był by w stanie go zapomnieć. Ślepia jak akwamaryn wpatrywały się w niego z czystą pasją i nienawiścią. Złowrogi śmiech wymknał mu się z gardła. Idia stała za lwicami, które najwidoczniej oddzielały nie tylko Sawę, ale również córkę Kiary. Widząc, że rudy dostrzegł ją, nie wytrzymała napięcia. Z całych sił naparła na lwice, wystrzelając jak z procy w kierunku wroga. Khari uśmiechnał się jedynie i zniżył jeszcze mocniej. W odpowiednim momencie sam wybił się z ziemi by sparować atak Idii. Lwy wpadły na siebie z impetem, od razu wczepiając się w ciała z zawiścią. Choć Idia była mniejsza, jej złość i pragnienie odpłacenia się za lata cierpień dodawały jej siły. Gdy tylko zobaczyła Khariego, zalały ją wspomnienia Chaki. Gdyby tylko mógł przy niej być, wszystko wyglądałoby inaczej... Samiec był zaskoczony zaciekłością lwicy, jednak jedynie go to podnieciło. Wściekłość Idii bawiła go. Lwica przelała w starcie swój cały gniew i frustrację, lata skrywanej furii. Pozwalał jej wyładować na sobie tą złość. Wystarczyła chwila, moment i... Przebił się przez atak lwicy i wgryzł w jej gardło, obalając bez problemu. Idia poczuła strach, po raz pierwszy odkąd stawiła się na polu bitwy. Khari puścił ją, przydeptując jej szyję. Drugą łapą unieruchomił jej własne. Leżała przygwożdżona bez możliwości wymknięcia się oprawcy. Lew zbliżył swój pysk do tego jej. W oczach lwicy wciąż widział tą samą złość i niezłomność. Przejechał pazurem po postrzępionym uchu rudej i nachylił się tak, by mogła go słyszeć wyraźnie.
- Zrobiłbym wszystko tak samo. Tym razem, kazałbym Ci patrzeć. - Idia szarpnęła się, co jedynie rozbawiło lwa. - Twoje córki będą kolejne. Wymażę wszelki ślad po Chace, aż zaczniesz wątpić, czy kiedykolwiek istniał.
Idia próbowała ukąsić go w łapę, wymknąć się spod jego ciała, ale nie była w stanie tego zrobić. Strach przed krzywdą, jaka mogła stać się jej dzieciom sparaliżował ją na moment. Nie była w stanie ochronić ich ojca. Czy była w stanie ochronić chociaż je?
W tej chwili coś zrzuciło z niej samca. To Miujiza ruszył z odsieczą. W końcu mógł naprawdę wykorzystać wszystko, czego Khari sam go nauczył. Rzucił się na lwa z góry, atakując jego kark. Idia wykorzystała momentalne zachwianie równowagi wroga, by wymknąć się spod niego. Ujrzała syna Wazi, odpierającego ataki rudego. Poczuła jak kamień spada jej z serca. Nigdy nie wątpiła w lojalność potomstwa kuzynki, jednak wiedziała, że zmierzenie się z lwem może być dla nich ciężkie. Miujiza jak zawsze stanął jednak na wysokości zadania. Nie mógł zaprzątać sobie głowy strachem i wątpliwościami. Przyszła chwila, w której musiał przestać żałować krwi z której się narodził. Nigdy nie mógł jej wybrać. Mógł chociaż wybrać swój dom i przyszłość. 
Całą sytuację obserwowała Wazi, która sama chciała ruszyć Idii z pomocą. Podobnie jak ruda nosiła w sobie wielką bliznę po relacji z lwem. Gdy ujrzała syna stającego przeciw swojemu biologicznemu ojcu, zalała ją wielka duma. Widziała jak Idia podnosi się i pomaga gwardziście w walce. Mogła ponownie rzucić się w wir walki. Nie dane jej było jednak wybrać swojego kolejnego przeciwnika. Tym razem to ona została zaatakowana. Mogłaby przysiąc, że Lisa pojawiła się znikąd, choć od razu skarciła się za swoją własną nieuwagę. Mogła spodziewać się, że niedaleko lwa będzie jego partnerka. Pokryta bliznami samica podcięła ją, wbijając się pazurami w żebra. Poczuła ogromny wstęt, gdy znalazły się na niej łapy lwicy. Odepchnęła ją od siebie i natychmiast odzyskała trzeźwość umysłu. Przeciwniczka okrążyła ją wolnym krokiem, nie spuszczając z niej wzroku.
Choć Wazi starała się skupić całą swoją uwagę na wrogiej lwicy, w tle wciąż widziała przebłyski walki między Miujizą a Kharim. Wystarczył moment zawachania, gdy syn otrzymał silniejszy cios by Lisa wykorzystała chwilową słabość przeciwniczki. Ruda skoczyła w stronę jej gardła.
- Mamo! - do uszu obu lwic dobiegł krzyk. Odwróciły głowy w stronę znajomego głosu, by ujrzeć jak brązowy lew obala na ziemię Lisę nim sama zdążyła zaatakować. Bahati przygwoździł ją nie pozwalając sobie na chwilę zwąpienia. Choć nie wystawił pazurów, silnymi łapami skutecznie uniemożliwił jej ucieczkę. Lisa sapnęła jedynie w oszołomieniu, podnosząc wzrok na chłodne spojrzenie syna. -  Mówiłem do niej. - odparł jedynie cicho, zerkając na Wazi. Serce córki Vitani zalała fala ciepła. Słowa Bahatiego wypełniły ją siłą, której nie była sama świadoma. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, młody lew kontynuuował. - Mamo, posłuchaj mnie. Zza muru przy Złej Ziemi wyrusza druga grupa. Musisz ostrzec nasze tyły, nie spodziewają się ataku.
 ~*~
Nim Nuada dotarł na pole bitwy, walka rozpętała się na dobre. Prowadził ze sobą niewielki oddział lwic. Ich głównym zadaniem był atak z nienacka i odciągnięcie uwagi wroga od głównych sił Lwiej Ziemi. Nuada czuł stres. Walczył wcześniej niejeden raz, ale minęło zbyt wiele czasu od jego ostatniej walki bez Ryku Pradawnych. Odkąd Lwia Gwardia rozpadła się po zdradzie Chaki, nie mógł w pełni wykorzystywać swojej pozycji. Musiał polegać na własnej sile i umiejętnościach, które nabył w młodości. Pomimo cienia lęku, skupiał się na determinacji buzującej w jego żyłach. Nie był na Lwiej Ziemi gdy konflikt z Kharim się rozpoczął. Nie zaznał krzywdy z jego strony na własnej skórze. Ale Narumi... Jej decyzje wciąż ciążyły mu na sercu. Mimo całego gniewu, wciąż w jakiś sposób kochał siostrę. Nie miało to jednak znaczenia. Jako gwardzista musiał wypełnić powierzone mu zadanie. Jako on sam nie mógł pozwolić by zaufanie jakim obdarzyli go lwioziemcy poszło na marne.
Serce stanęło mu w gardle gdy zbliżyli się dostatecznie blisko by dojrzał całą scenerię. Starcie nie było zwykłą bitwą. Gdy dotarli na miejsce, na tyłach lwioziemców rozgrywała się krwawa jatka. Królowa Eclipse walczyła w centrum, osłaniana przez Asante gdy zza muru wybiegały coraz to kolejne lwy, za każdym razem, gdy lwioziemcom udawało się nadrobić straty. Otrząsając się z chwilowego oszołomienia, wydał lwicom rozkaz do ataku. Sam natychmiast ruszył w stronę królowej, widząc jej znaczne zmęczenie walką i strugi krwi plamiące jej jasne futro.
Ztaranował kogoś, kto właśnie próbował ją zaatakować. Kilka kłapnięć szczęką i silnych ciosów łapami. Kolejny przeciwnik. Odciągając uwagę od białej lwicy, umożliwił Asante wyprowadzenie jej z centrum walki. Gdy tylko odsunęli się na większy dystans, Nuada ujrzał jak duży samiec obala Asante na ziemię, wskakując na niego od tyłu. Atak był silny i brutalny. Eclipsce natychmiast ruszyła by pomóc lwu, jednak osłabiona własnymi ranami nie dawała rady osłaniać męża Leah. Brązowy lew, który go zdominował, szarpał cały grzbiet beżowego, zaciskając szczęki na jego karku. Nuada wyrwał się z uścisku własnego przeciwnika i choć jego łapa dawała się we znaki kilkoma susami znalazł się przy starszych lwach. Rozkazał jednej z lwic by odciągnęła królową, sam rzucił się na napastnika, w którym rozpoznał kochanka siostry. Zalany goryczą, z rykiem rzucił się na samca, skutecznie odwracając jego uwagę. Z pyska Nguvu ciekła krew, którą zlizał z satysfakcją, nim zaatakował gwardzistę. Młode lwy sczepiły się z sobą, nie tracąc czasu na zbędne słowa.
Wśród całego motłochu i kurzu nikt nie zwrócił uwagi na samotną sylwetkę, która dotarła na pole walki. Masa ciał wyglądała niemal jak jeden organizm, jak wielka fala pulsująca własnym rytmem. Lew wyłapał w tej masie kilka znajomych pysków, kilka zbyt znanych zapachów i grzyw. Obserwując liczne ciała splecione ze sobą w tym brutalnym tańcu, ciężko mu było uwierzyć, że lwioziemcy zdają się lepiej zgrani z ich śmiertelnym wrogiem niż z nim samym. Dostrzegł dwie sylwetki wydostające się z tłumu. Białą lwicę rozpoznał od razu, jednak lwa u jej boku... 
Poczuł jak robi mu się słabo. Z zakrwawionej sierści i struchlałej sylwetki nie był w stanie rozpoznać go na pierwszy rzut oka. Ale wiedział, że to on, że to jego ojciec. Mimowolnie uczynił krok w stronę oddalającej się dwójki, gdy Asante osunął się na ziemię. Chaka odwrócił wzrok, czując jak wraz z nieokiełznanym gniewem zalewa go żal, a oczy wypełniają się łzami. Zacisnął zęby. Zwrócił wzrok na walczące stada. Nuada wciąż walczył z lwem, którego imię wyleciało mu z głowy w przypływie złości. I wtedy ją ujrzał, Narumi, skradającą się do jasnego samca z drugiej strony. Poczuł jak jego łapy płoną żywym ogniem i nim sam się zorientował, rzucił się w stronę lwicy. Sama siła z jaką zderzył się z jej ciałem, musiała złamać jej żebro czy dwa. Wrzasnęła z przerażającym rykiem, gdy pozwolił sobie na rozpłatanie jej brzucha pazurami. Nie dbał o honor walki. Wszyscy wiedzieli, że dawno stracił jego resztki. Obezwładniający skowyt bólu brązowej, zamroził Nguvu dając przewagę Nuadzie. Chaka nie odpuszczał, zaślepiony agresją. Zbliżył pysk do szyi lwicy by ją wykończyć.
- Znajdę cię w piekle - charknął jedynie, nim zmiażdzył jej kark szczęką.W tej chwili rzucił się na niego brązowy samiec, znacząco osłabiony starciem z Nuadą. Brat Niszy nie zrezygnował jednak i gdy Chaka przyjął przeciwnika od frontu, gwardzista kontynuował atak z drugiej strony. Po chwili ciało samca padło obok jego partnerki. Nuada zawachał się nad przystąpieniem do ataku na Chakę. Po całej krzywdzie jaką wyrządził Valentine, łapy same rwały mu się do ciosu. Syn Leah nie pozwolił mu na to jednak, niemal natychmiast po pokonaniu Nguvu wskazując na granicę z Cmentarzyskiem. 
- Mur! Musimy zniszczyć mur! - krzyknął do Nuady. Brat Niszy zerknął na kamienną konstrukcję. Wrogie stado otworzyło w ścianie kolejne tunele, w których ukrywały się ich posiłki. Chaka miał rację. Jeśli udałoby im się zniszczyć konstrukcję, szyk rozproszyłby się i przeciwnicy musieliby obrać nową strategię. Oboje ich dowódców nie żyło, co znacznie utrudniłoby zadanie. Nawet chwila dezorientacji w szeregach wroga dawała lwioziemcom większe szanse na przetrzymanie ataku.
Wiedział jednak, że stracił Ryk bez którego zadanie było niemożliwe do wykonania. I z pomocą siły Chaki, jakkolwiek nie chciał jej otrzymywać, udanie się do tuneli wroga by je zasypać było samobójstwem. Na ramieniu lwa ujrzał jednak dawne znamię gwardzisty, tlące się, jakby świeżo wypalone. Sam poczuł w sobie jakąś niemal zapomnianą moc, przepływającą przez jego ciało aż do ziemi. Chaka nieustępliwie patrzył na niego. Od początku byli dla siebie rywalami i darzyli się szczerą niechęcią. Teraz jednak nie było czasu o tym pamiętać. Zajmie się Chaką po bitwie. Jeśli ją przeżyją.
- Osłaniaj mnie. - wydał jedynie prosty rozkaz, na który młodszy skinął głową. Ruszyli w stronę blokady, ignorując toczącą się wokół walkę. Niebo zaczęły spowijać gęste chmury. Nim dotarli pod mur, powietrze zdawało się naelektryzowane napięciem. Choć z początku wątpił w tę możliwość, stawiając się u podnóży przejścia, Nuada uwierzył, że się uda. Gdy Chaka ściągnął na siebie uwagę przeciwników, lider gwardii odzyskał swoją dawną siłę. I gdyby miał użyć Ryku po raz ostatni, wiedział, że jest to odpowiedni moment. Odgłosy walki przytłumił przytłaczający dźwięk jego głosu, kruszący skały i wywołujący małą lawinę z resztek muru. Głazy sunęły w dół pod naciskiem Ryku, niszcząc sztuczną granicę między ziemiami. Część wrogów uciekła z tworzących się ruin, część zginęła pod nimi. Główna strategia wrógów została rozgromiona. Walka dłużej nie rozgrywała się na dwa fronty. Z upadkiem muru, dwie strony całkowicie zmieszały się ze sobą, chcąc doprowadzić walkę do końca jak najszybciej. 
Mimo pozornej przewagi, przeciwnicy Lwiej Ziemi wciąż zdawali się przodować. Skutecznie udało im się rozbić szyki lwioziemców, utrudniając komunikację pośród walki. Wielu rannych plątało się pod łapami, coraz więcej ciał bezwładnie leżało u stóp walczących. Grupa Narumi po stracie przywódczyni zdecydowała się dołączyć w roli wsparcia dla Khariego, dołączając do ich własnej strategii zamiast obmyślać własną. Przewaga liczebna wrogów była znacząca i jedynie nabierała na sile z biegiem walki. Choć mieszkańcy Lwiej Ziemi nie chcieli tego przyznawać, myśli o przegranej coraz silniej dawały się we znaki. Członkowie stada starali się wciąż zagrzewać do walki, udzielać sobie wzajemnego wsparcia, ale wobec agresji i nieustannego natarcia przeciwników, wszelkie próby pełzły na niczym.
Ogólny popłoch trwał, dopóki na obalonym murze nie pojawiły się dwie sylwetki, początkowo wzbudzające jeszcze większy niepokój. Stojąc pod słońce, nikt nie był w stanie dokładnie określić tożsamości przybyszów. Część stada pomyślała, że to resztki niedobitków, wydostające się spod gruzuów, do chwili gdy ktoś w tłumie krzyknął:
- To książę! Książę Kiongozi powrócił!

#93. Początek końca cz. I

Odkąd spod Lwiej Skały wyruszyła ekspedycja minął już przynajmniej tydzień. Odłam lwioziemców przeniósł się na Wolną Ziemię pod przewodnictwem księżniczki i jej partnera. Choć Valentine nie była jeszcze koronowana, rozdzielenie władzy między terytoriami zarówno jej, jak i jej ojcu wydawało się dobrym posunięciem. Dzięki odseparowaniu Wolnej Ziemi od jego rządów, mógł skupić większą uwagę na Lwiej Ziemi. Choć ciężko było skupić się w ogóle, kiedy jego syn przebywał na nieznanych terenach. Wierzył jednak, że Kiongozi podoła zadaniu i niezależnie od rezultatu jaki przyniesie wyprawa biały książę powróci zmieniony i gotowy do przejęcia obowiązków, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Sawa i Eclipse wciąż pozostawali w sile wieku, do niemożności i konieczności przekazania władzy zostawało im jeszcze wiele czasu. Mimo wszystko, król był racjonalny. Wielka bitwa mogła stoczyć się lada dzień a wraz z nią losy ukochanej krainy leżały na szali. Sam Khari stanowił zagrożenie. Odizolowany, karmiący się nienawiścią i zawiścią za sprawy, które dawno minęły. Był głodny konfliktu, od lat własnoręcznie go podsycał. Sawa wiedział, że rudy lew celuje nie tylko w zdobycie własnego terytorium, ale również wyrządzenie krzywdy tym, których król trzymał blisko serca. Z drugiej strony była Narumi. Lwica, przepełniona zazdrością i chęcią zemsty. Na samą myśl o przeciwnikach serce władcy robiło się ciężkie. Z drugiej strony otaczało go tyle dobrych nowin. Miał zostać dziadkiem. Dorósł, wychował własne dzieci i miał oglądać nadejście na świat kolejnego pokolenia. Słońce  panowania Sawy było w zenicie. A jednak, Lwia Ziemia już wkrótce miała splamić się krwią. Jeśli wspólnymi siłami wrogie stada obaliłby rządy lwioziemców, rzeź nie skończyłaby się na tym. Rozpętałby się kolejny konflikt o władzę a kraina nie zaznałaby pokoju przez liczne pokolenia. Taka wizja szczerze go przerażała. Musieli wygrać. Nie tylko dla własnego przeżycia, ale przeżycia całej Lwiej Ziemi i jej mieszkańców. 
Cieszył się, że znalazł wsparcie i inicjatywę w córce. Valentine zwerbowała dość lwic by strzec granic Wolnej Ziemi na własną rękę. Gwardziści, wraz z Nuadą, który pozostawał jednak u boku księżniczki, wciąż byli pod władzą króla Lwiej Ziemi. Mimo to członkinie stada, które udały się za brązową lwicą na Wolną Ziemię wykazywały się niezwykłą lojalnością księżniczce oraz chęcią obrony ziem, jakby były ich domem od lat. Choć początki prawdziwego dowodzenia grupą były ciężkie, Valentine niezwykle doceniała siłę więzi tworzonych od wczesnego dzieciństwa. Nie tylko rodzina, ale również przyjaciele pomagający jej na nowym stanowisku i w tak skrajnie kryzysowym czasie byli w stanie ukoić jej nerwy.
Spośród lwic, które udały się za księżniczką, Hapana niemal natychmiast wykorzystała sytuację by w końcu dobrze wykorzystać swoje umiejętności. Szybko stała się przewodniczącą wśród lwic patrolujących. Od zawsze lubiła wyzwania i uchodziła za niezwykle zdolną w walce. Na Lwiej Ziemi najwyższe pozycje zajmowali starsi członkowie stada i Hapana czuła, że marnuje swój potencjał. Teraz, gdy stado było w potrzebie a grupa na Wolnej Ziemi dopiero kształtowała swoją wewnętrzną strukturę, uznała to za szansę na zarówno realną pomoc w sprawie, jak i zaspokojenie własnych ambicji. Miujiza całymi dniami i tak był zajęty, dowodząc swoją własną jednostką jako gwardzista, a ona już nie miała się z frustracji. Potrzebowała zająć czymś łapy i głowę. W przeddzień walki byle polowania jej nie wystarczały.
Choć wszystkie lwice patrolujące działały w grupach, dzięki swojej pozycji Hapana patrolowała sama. Gdy napotkała którąś z grup oczywiście mogła się do niej dołączyć, jednak nie miała wyznaczonego kierunku czy terytorium, którym miała się zajmować. Jak zwykle chodziła własnymi ścieżkami, lepiej poznając przy tym Wolną Ziemię. Wydeptała własne drogi, wyznaczyła własne trasy i skróty. Dzięki temu nic jej nie umknęło. Szybkość oraz kondycja lwicy polującej znacznie pomagały w pełnieniu zadania. 
Każdego ranka odkąd objęła pozycję, tuż przed świtem zmierzała na południowo-zachodnią granicę z Lwią Ziemią by spotkać się na chwilę z ukochanym. Udawali się na szybkie polowanie i cieszyli wspólnym posiłkiem. Po tej drobnej przyjemności, każdy z nich udawał się pełnić własne obowiązki. Miujiza wracał na Lwią Skałę odebrać rozkazy od Sawy i Asante, natomiast samotna biegaczka ruszała dalej wzdłuż granicy, przeganiając mrok. Przeważnie nie napotykała nic wielkiego. Żaden z lwów Khariego nie odważył się opuścić Cmentarzyska. Notorycznie gdy zbliżała się do wrogiego terytorium czuła na sobie wzrok zwiadowców zza muru, ale nie zniechęcało jej to. Wręcz przeciwnie. Jej częsta obecność o nieregularnych porach dnia  dawała przeciwnikom jasny sygnał, że Wolna Ziemia nie da się zaskoczyć. Hapana wiedziała jak bardzo Valentine przejmuje się nową pozycją i całą sytuacją. Mimo, że księżniczka sama wyszła z inicjatywą by przenieść się na obiecane jej terytorium, wcale nie znaczyło to, że nie martwi ją odpowiedzialność. Hapana miała pewność, że jej przyjaciółka dobrze się spisze. Zawierzyłaby jej swoje życie bez zawahania. Wiedziała, że to czego Valentine teraz potrzebuje to wsparcie i lojalność. Te dwie rzeczy mogła jej zagwarantować.
Wybiło właśnie południe, gdy lwica z grzywką kończyła swój drugi posiłek. Kończąc obchód wpadła na grupę polującą, która wyruszała właśnie na łowy. Postanowiła pomóc i dołączyć. Niedługo potem leżały przy wodopoju ze zgromadzoną zwierzyną i zajadały się w najlepsze. Zbliżała się pora zmian patrolów, lwice które teraz jadły miały zaraz wejść na miejsce lwic patrolujących ziemie od rana.
Ruda rozglądała się za przyjaciółką, jednak nigdzie nie dostrzegła księżniczki.
- Gdzie zgubiłeś dziewczynę? - zagadnęła do siedzącego obok Nuady, oblizując kły z resztek.
- Poszła spotkać się z Eclipse. Miały dzisiaj razem robić obchód. - wyjaśnił. Hapana skinęła. Jej patrole różniły się od tych królewskich. Niebieskooka i podlegające jej lwice miały jedynie pilnować by wróg nie dostał się na terytorium. Valentine musiała kontrolować sytuację w jego wewnątrz i zapobiegać możliwym konfliktom między mieszkańcami. Przeciągnęła się i podeszła do wodopoju. Zbliżyła pysk do tafli i napiła się. Woda była spokojna, odbijała błękit nieba jak zwierciadło. Ujrzała w nim klucz ptaków, gnających wysoko nad stadem, z niosącym się echem gaworem. Zastygła tuż nad chłodną powierzchnią, nosem niemal brodząc w cieczy. Ogrom ptactwa zasłonił żar południowego słońca. Wtem zastrzygła uszami i mlasnęła głośno, zrywając się na równe łapy. Wbiła wzrok w niebo i przez moment podążyła oczyma za ptakami. Zanim nabrała świadomości, już wiedziała, co się dzieje. W kilku susach znalazła się z powrotem przy stadzie. Nuada zdawał się wyczuwać to samo co ona.
- Znajdź Valentine - rzucili niemal w tym samym czasie, prawie się zderzając. Ruda potrząsnęła grzywką, nie zgadzając się stanowczo.
- Ruszam w stronę granicy. Twoja łapa wciąż nie jest w pełni sprawna, będę tam szybciej. Znajdź Valentine, zawiadomcie Sawę. - wydała krótkie polecenia i nim lew zdążył jej przerwać odwróciła się i w te pędy rzuciła przed siebie. Coś spłoszyło ptaki. To nie mogło zwiastować nic dobrego. Biegła ile sił miała w całym ciele. Ruszyła pierwszym skrótem, przez niewielki wąwóz, który porą deszczową napełniał się wodą. Czmychnęła zwinnie w dół, mknąc dnem koryta. Nasłuchiwała jakichkolwiek sygnałów, ale nic więcej nie zapowiadało możliwej napaści. To wcale jej nie uspokoiło. Słyszała jedynie własne łapy i głośny oddech, gdy z każdym susem uderzała o ziemię. Wysuszona rzeka wyprowadziła ją tuż nieopodal granicy oddzielonej kamienną ścianą. Zatrzymała się gwałtownie, prawie potykając o własne łapy. Serce stanęło jej na moment. Jeden z głazów był odsunięty. Przejście o którym mówili Valentine i Nuada. Trawa wokół niego leżała płasko, zupełnie wydeptana. Wykorzystali momentalną przerwę w patrolach i postanowili zaatakować.
Chwilę zajęło jej dojście do siebie i zmuszenie ciała do dalszego biegu. Ruszyła tropem wroga, odbijając gwałtownie by obrać trasę prosto na Lwią Skałę. Musiała wszystkich ostrzec, nim będzie za późno.
~*~
Ziemia zatrzęsła się od tętentu łap, gdy lwioziemcy zbiegli z Lwiej Skały. Z Sawą na czele zmierzali w stronę Wolnej Ziemi. Valentine stała u boku rodziców, pozwoliła by Nuada udał się do ich nowej siedziby i przegrupował siły. Między oboma stadami w optymalnym dystansie trzymał się Agile, mający za zadanie doprowadzić stado na miejsce, jeśli drugie wpadłoby na wroga wcześniej. Sawanna zdawała się opustoszała, pozostali mieszkańcy musieli wyczuwać zbliżające się starcie i znaleźć bezpieczne kryjówki. Pochód lwioziemców zatrzymał się niemal na samej granicy z Cmentarzyskiem. Stado znalazło się na zderzeniu trzech terytoriów - swoich sojuszników z Wolnej Ziemi i wrogiej siedziby. Oczekując w napięciu obserwowali kamienny mur, oddzielający terytoria. Choć Sawa otrzymał informację, że tunel ponownie otworzono, gdy znaleźli się niemal u jego stóp, nic na to nie wskazywało. Poza niepokojący wydeptaną trawą i absolutną ciszą w okolicy nic nie wyglądało podejrzanie. 
- Panie...! - jedna z lwic w tłumie odezwała się zlęknionym tonem. Sawa odwrócił się w stronę głosu i sierść zjeżyła mu się na grzbiecie.
- Khari - warknął król. Rudy lew leżał na skale, grzejąc się w słońcu, prowokując swoją nonszalancją. Za nim gromadziło się jego własne stado. Dzięki wiejącemu na ich korzyść wiatrowi, wrogie stado obeszło ich od tyłu. Najbliżej stała Lisa. Na jej widok Bahati poczuł lekkie ukłucie w sercu. Przyszedł dzień, gdy musiał stanąć przeciw swojej przeszłości. 
- Proszę, proszę, czyżby kogoś obleciał strach? - Khari przeciągnął się leniwie, drapiąc głaz. Na pysku gościł mu jadowity uśmiech - Kopę lat, starzy przyjaciele.
- Podnieś się, gdy do mnie mówisz - rozkazał Sawa, występując przed szereg. Brew rudego drgnęła do góry. Samice zgromadzone w okół niego zbliżyły się kilkla kroków w stronę lwioziemców.
- Nie podniosę się, królu. - pokręcił głową i przymrużył oczy, akcętując ironicznie ostatnie słowo. Wśród lwic ponownie pojawiło się poruszenie. Rudy ciężko dźwignął się na łapy, trzymając łeb nisko i obnażając zęby w pogardliwym uśmiechu - Tak jak ty, nie podniesiesz się pod koniec tego dnia. Ty, ani żaden z lwioziemców. Lepiej zapamiętajcie jak słońce razi w zenicie. - Jednym susem zeskoczył ze skały i stanął przed synem Kiary prostując się. - Więcej dla was nie wstanie.

czwartek, 26 lutego 2026

#92. Dorosłość

Poranek zapowiadał się spokojnie. Jak co dzień od wielu lat, wraz z pierwszymi chwilami brzasku, Sawa udawał się na patrol. Już dawno temu stało się to częścią jego rutyny i nawet teraz, kiedy straże na całej ziemi były wzmożone, nie potrafił odpuścić sobie samodzielnej kontroli.
Lwia Ziemia wciąż spała. Przyroda zdawała się zupełnie nieświadoma napiętej atmosfery, krytycznego momentu w jakim w każdej chwili mogli znaleźć się lwioziemcy. Sawanna żyła własnym życiem, nieustannie zmieniając się przez czas i tylko czas. Znał tę przestrzeń od zawsze, związał z nią całe swoje życie. Wiedział, że jak świat długi i szeroki, nigdzie nie czułby się tak jak tutaj. Ta ziemia go wychowała, wykarmiła i dała dom wszystkim, których kochał najbardziej. Choć ciężar władzy był duży, zwłaszcza w ostatnich dniach, czuł się powołany do obrony Lwiej Ziemi.
Poranny obchód mijał bez zastrzeżeń. Przy wschodniej granicy spotkał jeden z patroli, wymienił kilka zdań z dowodzącym nim Asante i ruszył z nimi dalej, wzdłuż wąwozu. Oddzielił się by udać się nad wodopój i ugasić pragnienie. Mieszkańcy równiny powoli rozpoczynali własne poranki. Odnalazł jakiś komfort w tej zwykłej codzienności, tak bardzo różnej od ostatnich wydarzeń. Słońce znajdowało się już znacząco nad widnokręgiem, więc skierował swoje kroki w stronę Lwiej Skały. Ku swojemu zdziwieniu, na jej szczycie  dostrzegł córkę. Postanowił do niej dołączyć. Wdrapując się na rodzinny tron, spoczął obok brązowej lwicy.
- Dzień dobry, Valentine - przywitał się ciepło. Księżniczka uśmiechnęła się do ojca.
- Witaj, ojcze. Poranny patrol udany?
- Jak najbardziej. Ufam naszym strażom. Poza tym, rytm życia mieszkańców jest zupełnie niezakłócony. - Lwica skinęła głową, patrząc gdzieś w dal. Zdawała się pogrążona głęboko w myślach. Jej szczęki były zaciśnięte, cała postawa pozostawała czujna. Sawa zmarszczył brwi na ten widok. - Co się dzieje?
-Martwię się o Kiona. - przyznała lwica po chwili ciszy. Ojciec zerknął na nią. Wzrok córki wciąż był wbity w horyzont. Podążył oczyma za tymi jej. - Wydawał się wczoraj strasznie zdenerwowany. Jak mówił o zarządzaniu nie tylko Lwią, ale też Wolną Ziemią... Prawie nie poznałam w nim mojego brata. Myślę, że cała ta sytuacja naprawdę źle na niego wpływa.
- Myślisz, że możemy temu jakoś zaradzić?
- Czemu król pyta się mnie o radę? To ty powinieneś dawać rady przyszłym władcom, ojcze. - zażartowała z lekkim przekąsem. Sawa uśmiechnął się pobłażliwie na komentarz córki.
- Pytam władczyni, którą będziesz. Sama z resztą wiesz, że z Kiongozim często nie potrafiliśmy się zrozumieć. Myślę, że najlepiej z nas wszystkich wiesz czego mu potrzeba.
- Może i tak, ale w końcu wydaje się gotowy podejmować dorosłe decyzje. - przyznała. Nie chciała decydować za brata, nawet jeśli miała robić to w dobrej wierze. Żadne z nich nie było już dzieckiem. - O sobie mogłabym powiedzieć to samo. Kiedy wczoraj mówił o patrolowaniu Wolnej Ziemi, poczułam, że sama powinnam się nią zająć. Myślę, że ja i Nuada powinniśmy się na nią przenieść, ojcze. Walka nie będzie toczyła się jedynie o Lwią Ziemię. Jeśli przegramy, nie pozwolą nam zostać nigdzie. Powinniśmy bronić Wolnej Ziemi jak naszego drugiego domu. 
Sawa skinął głową. Zgadzał się ze wszystkim co mówiła córka. Swoim rozsądkiem i erudycją bardzo przypominała mu Eclipse. Choć zawsze wiedział, że brązowa jest niezwykle bystra i doskonale sprawdzi się w roli przywódcy, podczas tej rozmowy naprawdę mu imponowała. Po raz kolejny musiał się z nią zgodzić. Jego dzieci były już dorosłe.
Valentine kontynuowała.
- Co więcej, kiedy wczoraj poruszyliśmy temat możliwego sojuszu między Kharim a Narumi, pomyślałam, że my również powinniśmy sięgnąć po pomoc innych stad.
- Masz kogoś na myśli?
- Rodzina Niszy. W sposób bezpośredni Narumi zagraża ich córce i synowi. Jeśli wciąż im na nich zależy, powinniśmy odnowić stosunki. Gościliśmy Nevadę jakby była jedną z nas. Jeśli Narumi nas nie prześcignęła i nie przeciągnęła stada na swoją stronę, wierzę, że to może się udać - wyjaśniła. Po chwili namysłu dodała - Myślałam również o Asanim. Jest synem kuzynki mamy. Moglibyśmy wysłać jego i Wimbo w delegację.
- Oraz Kiona. - dodał król.
- Oraz Kiona. - przytaknęła. Nie chciała sama tego proponować, chociaż widząc wczorajszy stan brata i jego skłonności do ulegania własnym emocjom... Wierzyła, że to słuszna opcja. - Chcę dla niego jak najlepiej, ojcze. Wiem, że będzie się upierał, że chce być przy Niszy, ale... Odnoszę wrażenie, że jeśli tutaj zostanie będzie chciał pomóc każdemu na każdy sposób i w ostateczności...
- Zaszkodzi. A tego by sobie nie wybaczył. - Valentine pokręciła głową zgadzając się z rodzicem. - Na podróży dyplomatycznej, może sprawdzić się jako przyszły władca. Nie wiemy jeśli jakakolwiek ze stron zechce nam pomóc, a posyłanie królewskiego reprezentanta może pokazać istotę sprawy.
- Wiesz, że nie będzie łatwo go przekonać.
- Jeśli on nie wyruszy, ja to zrobię. Przyda nam się każda pomoc. Nie wiemy ilu członków liczy ich stado, ale znamy siłę ich nienawiści aż za dobrze.
~*~
- Jesteś tego pewna? - jasny lew spytał ukochanej.
- Nie jesteśmy już dziećmi, Nuada. Kocham Lwią Ziemię, ale po tym jak zostałam uprowadzona... Coś się zmieniło. Martwiłam się o ciebie, oczywiście o stado, ale w głowie miałam też Wolną Ziemię. Wcześniej nie myślałam o niej w tej kategorii aż tak poważnie. Teraz naprawdę czuję się za nią odpowiedzialna. Myślę, że to najwyższa pora byśmy się na niej zadomowili. 
Para przemierzała powierzone im terytorium w kierunku niewielkiego źródła wody, wokół którego planowali się osiedlić. Miejsce było zacienione dzięki krzewom akacji i sieci kamiennych usypisk, pośród którymi znajdowały się liczne groty.
Wędrując przez terytorium Valentine czuła dumę z tego w jak żyzną krainę przemieniła się dawna Zła Ziemia. Po starym pustkowiu i jego niebezpieczeństwach nie ostał się ślad. Teraz Wolna Ziemia była domem dla różnych gatunków, rodzin. Wierzyła, że odpowiednio zarządzana może stać się ostoją dla wielu zbłąkanych wędrowców i prosperującym sprzymierzeńcem Lwiej Ziemi na wiele następnych pokoleń. Była pewna, że z Nuadą u boku założą stado oparte na sprawiedliwości i rozwadze.
Dotarli do celu w okolicy południa. Nad wodą zgromadziło się stado żurawi gawędzących melodyjnie. Lwy przywitały się i ugasiły pragnienie. Pijąc, Valentine spoglądała na jaskinie tuż przed nią. Pamiętała to miejsce jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy ojciec zabierał ją i Kiongoziego na przechadzki, by lepiej poznali terytoria. Teraz miało stać się jej nowym domem. W rozmiarze czy majestacie nie było nawet zbliżone do Lwiej Skały, ale nie uważała tego za coś złego. Było ulokowane prawie w samym centrum Wolnej Ziemi, miało bezpośredni dostęp do wody, a skomplikowana sieć jaskiń schodząca jeszcze pod powierzchnię mogła zapewnić schronienie licznym mieszkańcom.
- Jak myślisz, zadomowisz się tu? - spytała partnera, oblizując pysk z pozostałej wilgoci.
- Bez ciebie będzie trochę ciężko - przyznał jasny. Valentine uśmiechnęła się i przewróciła oczami.
- Nie będzie mnie tylko chwilę. Wierzę, że dasz sobie radę.
Lew odburknął coś jedynie i zbliżył się do groty. Odetchnęła głęboko. Naprawdę miała nadzieję, że powróci tu jako nowa, zarazem pierwsza władczyni Wolnej Ziemi. Podróż, która była przed nią mogła zadecydować o dalszych losach obu, tak bliskich jej sercu miejsc.
Wcześniej tego dnia
- Nie ma takiej opcji.
Biały książę pokręcił głową marszcząc brwi. Nawet na nią nie spojrzał. Valentine spodziewała się tego. Wiedziała ile znaczy dla brata bycie u boku ukochanej i wśród stada, którym miał w przyszłości przewodzić. Opuszczenie Lwiej Ziemi w chwili kryzysu zdawało się dla niego czymś nie do pomyślenia. Kiongozi wciąż zdawał się nie dojrzeć do myśli, że władanie Lwią Ziemią nie będzie ograniczało się jedynie do brania na siebie odpowiedzialności wtedy, kiedy czuł, że jest to słuszne. Odkąd był małym lwiakiem miał skłonności do rozwiązywania konfliktów prostymi metodami. Jeśli nie mógł poradzić sobie w czymś sam - trudno, czasem musiał zmierzyć się z porażką. Zrobienie z niego posłańca, kiedy lwioziemcy mogli spotkać się z otwartą walką w każdej chwili, było dla niego czymś wręcz absurdalnym.
- Kiongozi, proszę cię - lwica wciąż błagała - schowaj dumę i rusz głową. To najrozsądniejsze wyjście.
- Dlaczego ty nie wyruszysz? Też reprezentujesz naszą rodzinę.
- Rozmawiałam dzisiaj z ojcem. Chcę przenieść się na Wolną Ziemię i stamtąd prowadzić własne patrole.
Kion zmierzył siostrę wzrokiem. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. 
Jakaś jego część wiedziała, że Valentine ma rację. Poselstwo było konieczne. Zupełnie nie widział się jednak w roli dyplomaty. Siostra biegle władała językiem, była opanowana i umiała być niezwykle przekonująca. On? Wciąż dawał ponieść się emocjom. Szczególnie w ostatnim czasie. Sam nie do końca siebie poznawał. Wiedział, że jest dorosły, że nim się obejrzy będzie miał własne dzieci, że już niebawem zasiądzie na tronie. Nadal sam czuł się jednak dzieckiem swoich rodziców. Księciem, bardziej niż przyszłym królem. Im więcej o tym myślał, tym bardziej go to przerażało. Pokręcił głową i spojrzał na siostrę.
- Przepraszam, Valentine. Nie zrobię tego.
~*~
Kiedy nadszedł wieczór, grupa wskazana rano przez króla stawiła się u podnóży Lwiej Skały. Każdy odczuwał lekki niepokój. Nadzieja jaką pokładali w wyprawie była ogromna. Dodatkowo nikomu nie podobała się wizja opuszczania rodzinnych ziem w tak niepewnych czasach. Asani czuł jak z nerwów zaciska mu się cały brzuch. Wcześniej tak nie było, dzień minął mu spokojnie, dopóki nie opuścił baobabu Shani. Choć wiedział jak silna jest, bał się zostawiać ją samą. Co więcej, czuł stres związany z powrotem w rodzinne strony po tak długim czasie. Opuścił je jako dziecko. Teraz był już całkowicie dorosły.
Z trójki zgromadzonych Wimbo wykazywał najwięcej entuzjazmu. Oczywiście, nie chciał zostawiać Wazi. Rozumiał jednak powagę sytuacji i niezwykle docenił bycie wskazanym jako jeden z reprezentantów władcy Lwiej Ziemi. Ze stadem Niszy niewiele miał wspólnego, natomiast wizja powrotu do dawnego domu choć na chwilę dawała mu wiele radości. Pamiętał, że Asani poprosił go kiedyś o wspólne odwiedziny Lany, chwilę po tym gdy dowiedział się o ich pokrewieństwie. Choć od tamtej chwili minęło wiele lat, cieszył się, że dojdzie ona do skutku.
Valentine pogodziła się z myślą, że zostawia Wolną Ziemię ukochanemu. Jeszcze tego samego dnia Nuada przeniósł się z Hapaną i kilkoma innym lwicami do groty, którą odwiedzali. Valentine wiedziała, że zostawia terytorium zaufanym przyjaciołom. Było jej jednak przykro, że brat nie dał się przekonać. Mimo, że rozumiała go, rozumiała również konieczność wyruszenia na wyprawę. Gdyby miała wybór, sama wcale by nie szła.
Gdy patrzyła na ojca, dającego jakieś przemówienie, dotarło do niej, że lada moment rozegra się kluczowa dla Lwiej Ziemi bitwa. Oczekiwanie było nie do zniesienia. Wiedziała, że sprawa z Kharim ciągnęła się, jeszcze odkąd jej rodzice byli młodsi od niej samej. Idia, będąca w jakiś sposób centrum konfliktu znosiła to wszystko w zupełnej ciszy. Okazjonalnie widywano ją z Leah czy Eclipse, ale przeważnie znikała gdzieś na całe dni. Ona jedyna wiedziała, jak bardzo Khari zranił ją te lata temu.
Teraz, gdy Valentine stała z odprawą pod siedzibą stada, obie ciotki wyszły by się pożegnać. Widziała wśród zgromadzonych same znajome pyski. Każdy jeden naprawdę wiele dla niej znaczył. Rodzina i przyjaciele... Nie mogła znaleźć jedynie brata. Poczuła w piersi gorzki żal. Nie chciała by ta sytuacja ich podzieliła. Zdawało się jednak, że nie mogła nic zrobić.
Mieli właśnie wyruszać, gdy ciężar w piersi zniknął zupełnie, na widok białego lwa, zbliżającego się biegiem ze strony zachodzącego już słońca. Wyglądał na zdeterminowanego i pewnego siebie. Patrzył jedynie na nią, nie zwrócił nawet uwagi na ojca, który wywołał jego imię.
- Miałaś rację. - wysapał, gdy skończył szaleńczy bieg. Valentine uśmiechnęła się, aż rozbolały ją policzki. Przytuliła brata. - Stchórzyłem. To wszystko naprawdę mnie przytłacza. Nie powinienem był w ciebie wątpić. Ani w ciebie, ani w tatę. - Spojrzał na brązowego lwa, zasiadającego na stadnym tronie. Sawa uśmiechnął się jedynie na widok swoich dzieci i skinął głową. - Wracaj na swoją ziemię, Val. Zadbaj o nią, a ja zadbam o resztę.
Rodzeństwo uścisnęło się ciepło. Nie wiedziała co skłoniło Kiona do nagłej zmiany swojej decyzji. Może była to Nisza? Może Eclipse doradziła synowi jak naprawdę może ochronić tych, których kocha? Cokolwiek sprowadziło białego na właściwą drogę, dało Valentine poczucie spokoju, jakiego dawno nie zaznała. Puściła brata z ciasnego uścisku.
- Dziękuję, Kion. Wiem, że dasz sobie radę, jak nikt inny.
Książę odpowiedział jedynie uśmiechem. Przywitał się z Asanim i Wimbo, którzy z entuzjazmem powitali go w drużynie. Mieli właśnie odchodzić, kiedy biały zatrzymał się jeszcze jeden, ostatni raz.
-Valentine? Mieliśmy naprawdę mądrego dziadka. - wyszczerzył się jedynie.
~*~
Chaka nie był specjalnie zaskoczony tym, że Valentine uciekła. Miał świadomość, że dał jej na to wiele szans. Byłaby głupia, gdyby z nich nie skorzystała. A przecież to, co mógł powiedzieć o księżniczce z absolutną pewnością, to że głupota jest jedną z ostatnich rzeczy jakie reprezentuje. Wciąż nie był pewien, dlaczego zdecydował się ją uprowadzić, więc skąd miałby wiedzieć dlaczego ma ją dłużej przetrzymywać? Pewnie liczył, że uda mu się wypracować jakąś kartę przetargową, mając kuzynkę na swojej łasce. Na jakiekolwiek pertraktacje było już jednak za późno. Może porwaniem próbował sobie wmówić, że wcale tak nie jest.
Czuł okropny wstręt, nawet nie miał już siły się złościć. Spotkanie z Zawadi uświadomiło mu, że sam siebie podstawił pod ścianą. Oczywiście, że był dumny, że znał swoje pochodzenie i wartość. A jednak teraz wiedział, że nic z tego nie ma już znaczenia. Nawet, jeśli rozdanie było dobre, wykorzystał swoje karty w najgorszy możliwy sposób. 
Myśli o matce nie dawały mu spokoju. Wiedział, że ojciec nie chce go widzieć, że krzywdę jaką mu wyrządził przekierował w gniew. Leah natomiast... Ona zawsze w niego wierzyła. Sam chciałby móc teraz uwierzyć w siebie choć po części tak, jak ona zawsze potrafiła.
Wiedział, że walka się zbliża. Na własne oczy widział co szykuje Khari. Nie należał jednak do żadnej ze stron. Każda z nich go skrzywdziła i on skrzywdził każdą z nich. Bezczynność, na jaką był skazany wydawała mu się najgorszą z kar.
Noc była chłodna. A może po prostu był głodny. Nigdy nie był wyborowym łowcą. Teraz, gdy nie musiał dbać o to by Valentine miała co jeść, nawet niespecjalnie chciało mu się polować. Czas mijał mu zupełnie na niczym. Całe życie wręcz rwał się do działania, którego teraz nie miał za grosz. Odnosił wrażenie, że nigdy nie myślał tyle co przez ostatnie dni. Wydawało mu się, że zaczyna przez to wariować. Ciągle czuł na sobie czyjś wzrok, czyjąś obecność. Nigdy nic jednak nie słyszał, ani nie zwęszył. Samotność i nieustanne milczenie wystawiały jego zmysły na próbę. Znów towarzyszyło mu to dziwne wrażenie, że ktoś jest tuż obok, że niemal czuje jak zaraz go dotknie. Wzdrygnął się na samą myśl.
- Spokój - charknął, drapiąc pazurami ziemię. Otrząsnął się z nieprzyjemnego wrażenia. Moment później spiął się cały a jego serce stanęło na chwilę. Usłyszał cichy, gardłowy rechot, tuż obok siebie. Obrócił się w kierunku dźwięku i wcale nie poczuł się lepiej. Nieopodal stał lew, którego rozpoznał od razu. Ruda sierść i czarna grzywa. Blizna przecinająca oko. Znał go jako postać z legend i opowieści. Nigdy nie był w nich jednak bohaterem. Chaka zerwał się na równe nogi i obrócił w stronę postaci.
- Wiem kim jesteś. - zawiadomił od razu. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Lew znów parsknął śmiechem i zbliżył się.
- Straszą mną niegrzeczne dzieci. Byłbym zdziwiony, gdybyś nie wiedział.
- Dlaczego cię widzę?
- Wiesz kim jestem, ale nie wiesz, kim mogłem być. Jesteśmy bardziej podobni niż ci się wydaje. - Chaka oburzył się na te słowa. Najbardziej znany uzurpator i zdrajca właśnie go do siebie porównał. Spuścił wzrok. Nie chciał wierzyć, że naprawdę tak było. Rudy lew kontynuował. Jego głos brzmiał dziwnie. Chaka czuł się, jakby słyszał go wewnątrz własnego ciała. - Nie zawsze byłem Skazą. Jaki rodzic nazwałby tak dziecko? - rzucił tonem ociekającym ironią. Zatrzymał się i spojrzał Chace w oczy. Poczuł, jak przez grzbiet znów przechodzi mu nieprzyjemny dreszcz. Zielone ślepia, choć martwe od lat wpatrywały się w niego z taką intensywnością, że każdy jego oddech stawał się coraz płytszy. Młody lew poddał się pod naciskiem wzroku. Wbił własne oczy w ziemię we wstydzie i skrusze, jednak nawet wówczas nie mógł uniknąć nacisku spojrzenia. Duch odezwał się po raz ostatni tej nocy - Nie pozwól by krzywda stała się wszystkim czym jesteś.
Choć widmo zniknęło bez śladu, ciężar w piersi Chaki pozostał.

wtorek, 10 lutego 2026

#91. Strategie i nowiny

Na Lwiej Skale od samego świtu panował zgiełk. Gdy Zawadi i Valentine wróciły jeszcze w nocy, przywitał je Miujiza, oczekujący powrotu siostry. Wyraził wielką ulgę na widok nie jednej, ale dwóch zgub.
- Dobra robota, Zawadi. Byłaś bardzo dzielna - otarł się czule o siostrę, gdy Valentine pobiegła przywitać się z resztą. Choć nie popierał jej uczuć dla Chaki, wiedział ile kosztowało ją spotkanie z lwem i własnymi uczuciami. Lwica zawsze była strachliwa i unikała konfrontacji jeśli tylko mogła. Tej nocy wykazała się odwagą i determinacją. Przy tym, los chciał, że sprowadziła do domu księżniczkę! Choć nie wierzył w przesądy, coś mu mówiło, że dokładnie tak miało być.
Dołączyli do reszty stada w grocie, gdzie na widok Valentine powstała już zawierucha. Pierwszy poderwał się Kiongozi, niemal obalając siostrę na ziemię. Władcy byli tuż obok, witając córkę z rozrzewnieniem. Młody książę trząsł się z emocji, ostatnie wydarzenia mocno się na nim odbiły. Miał nadzieję, że wszystko będzie wracało do normy. Cała rodzina przywitała Valentine ciepło, jedynie Leah miała w oczach pewien smutek. Brązowa wiedziała jednak, że nie jest to w żadnej mierze spowodowane jej powrotem, a przypomnieniem o wciąż świeżej w sercu matki zdradzie syna. Nim wszyscy się przywitali i emocje z lekka opadły, Lwią Skałę opatulały już pierwsze promienie słońca.
Valentine nie dała się opanować emocjom i ogólnemu poczuciu bezpieczeństwa. Niemal natychmiast zażądała spotkania w którym mieli omówić co właściwie się zdarzyło i czego można spodziewać się w kolejnych dniach. Rodzina królewska oraz członkowie gwardii udali się więc do Baobabu Shani, gdzie wciąż leczył się Nuada. Nim wyruszyli w kierunku drzewa, Miujiza zatrzymał się na chwilę, by porozmawiać z siostrą.
-Powinnaś iść z nami. - spojrzał na siostrę. - Widziałaś się z Chaką. Wiesz gdzie jest. - Lwica niemal natychmiast pożałowała swojej wyprawy. Żal ponownie wypełnił jej serce. Wbiła wzrok w ziemię. - Zawadi. - stanowczo upomniał ją brat. Spostrzegł, że Valentine również zatrzymała się z znaczącej odległości i obserwowała rodzeństwo.
- Miujiza... - wyjąkała tylko. Informacje, które zdobyła były naprawdę cenne. Bała się jednak, że jakiś patrol będzie ścigał Chakę. Że na dobre przegonią go z okolicznych ziem.
- Zawadi, wiesz coś, co my również powinniśmy wiedzieć. Musisz się tym z nami podzielić. - samiec wciąż naciskał. W głębi wiedziała, że ma rację. Nie tylko myśl, że mogą skrzywdzić Chakę, ale jeszcze, że może być dla niego kolejnym zdrajcą, że musi przyznać się przed wszystkimi, że wciąż... - Nie pozwolę ci go chronić, nawet jeśli nadal go kochasz. - urwał Miujiza. Mówił stanowczo, choć wciąż troskliwie. Wiedział, że dla Zawadi jest to naprawdę trudne, choć miał nadzieję, że siostra zrozumie wagę sytuacji. Valentine zbliżyła się do nich.
- Co się dzieje?
- Zawadi powinna iść z nami. Myślę, że wie więcej, niż się spodziewamy. - lew pozostawał nieustępliwy. Valentine przekrzywiła głowę w zaciekawieniu, zerkając na Miujizę. - Spotkała się w nocy z Chaką. Nic nie wiesz?
Obie lwice spięły się nagle. Relacjonując księżniczce ostatnie dni, Zawadi uniknęła przyznania się do prawdziwego powodu jej wyjścia w nocy. Valentine spoważniała.
- Zawadi - zaczęła, jej ton brzmiał niemal chłodno i zmusił wywołaną do spojrzenia na lwicę. - Jeśli potrzebujesz czasu, to rozumiem. Ale jesteś członkinią stada. Jesteś naszą rodziną. Bitwa wisi na włosku. Jeśli wiesz cokolwiek, co może przydać się obronie Lwiej Ziemi musimy o tym wiedzieć. 
Zawadi wciąż milczała.
Po chwili Valentine zawołała Miujizę by udał się z nią do reszty. Nie mogli tracić czasu na decyzję córki Wazi. Każda minuta była teraz na wagę złota. Niezbyt chętnie, ale dołączyli więc do grupy.
Ilość zebranych nie pozwalała na posiedzenie wewnątrz siedziby szamanki, dlatego rozmowy przebiegły w cieniu bujnej korony drzewa. Valentine nie miała się z radości na widok narzeczonego. Nuada zerwał się z miejsca, nie zważając na swoją kondycję i wybiegł naprzeciw ukochanej. Po raz pierwszy od dłuższej chwili atmosfera stała się jakaś lekka. Zebrali się władcy oraz gwardia. Zawadi nie przyszła. Valentine i Miujiza nie powiedzieli nikomu o sekrecie lwicy. Oboje wierzyli, że jeszcze się pojawi.
Kiongozi wykazywał niesamowity entuzjazm do planowania strategii i przygotowania do walki. Proponował wiele różnych rozwiązań, przejmując pałeczkę kiedy tylko nadarzyła się do tego okazja. Był podekscytowany, choć wydawał się równie nerwowy. Jego najbliżsi rozumieli, że mogą za tym stać tak skrajnie różne wydarzenia, zarówno pozytywne jak i negatywne. Spodziewali się z Niszą potomstwa, była to niesamowita nowina, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Jednak widmo zbliżającego się konfliktu, porwanie żony, następnie siostry... to wszystko przytłaczało następcę bardziej, niż sam był tego świadomy.
- Ich wojowniczki są naprawdę silne. - Nuada odezwał się, gdy Valentine wylizywała jedną z pozostałych po ostatnim starciu ran. - Dodatkowo ten mur... Chyba się przeliczyliśmy. Ten tunel daje im niesamowite możliwości odwrotu i obrony. Nawet nie wiemy ilu ich jest. 
- Moglibyśmy go zniszczyć. Z twoim Rykiem Pradawnych, powinno być łatwo. Co więcej, byłaby to demonstracja siły. - padła propozycja. Nuada pokręcił głową.
- Nie sądzę. Po pierwsze, nie uważam, że powinniśmy pierwsi przystąpić do ataku. Zwłaszcza patrząc na to, że nie wiemy ile liczy ich stado. Po drugie, mój ryk... - przechylił głowę w zastanowieniu. - Odkąd gwardia się rozpadła, odkąd nie jesteśmy w pełnym składzie... nie jestem w stanie dłużej go używać.
Wśród zgromadzonych zapadła cisza. Nie była to dobra wiadomość. Umiejętność gwardii, zwłaszcza ryku dawała dużą przewagę. Jeśli musieli radzić sobie bez niej...
- To nic. - przerwał Kiongozi. - Wciąż, każdy z was jest niesamowicie zdolny w walce. Nim dojdzie do starcia, proponuję stworzyć patrole takie, by każdy z gwardzistów dowodził jednym. Pozostaje was czterech, więc cztery patrole. Dwa na Lwią i dwa na Wolną Ziemię. Asani i Bahati, stacjonowalibyście na Wolnej... - książę ponownie pozwolił sobie przejąć inicjatywę. Na jego słowa Valentine przestała opatrywać partnera. Uniosła jedną brew. Jej brat naprawdę mocno poczuwał się do roli. Ten jeden z nielicznych razy poczuła jakieś ukłucie własnego poczucia obowiązku za Wolną Ziemię. To ona miała nią rządzić. Kion nie miał do niej uprawnień ani teraz, ani w przyszłości. Wiedziała, że brat nie mówił tego w złej wierze, w życiu nie posądziłaby go o chęć odebrania jej terytorium, jednak zaczynała poważnie martwić się o stan białego. Kiongozi bardzo długo pragnął pozostać wolnym duchem i nie mieszać się w królewskie obowiązki. Musiał mocno martwić się o swoją rodzinę i nienarodzone dzieci. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl. Oboje naprawdę dorośli.
Propozycję księcia przerwało w połowie pojawienie się kolejnej osoby. Stado wymieniło zmieszane spojrzenia, jedynie Valentine i Miujiza wymienili porozumiewawcze uśmiechy. Zawadi bardzo niepewnie zbliżyła się do grupy i zajęła miejsce obok brata. Nim zdołała cokolwiek z siebie wydusić, lew zrobił to za nią.
- Moja siostra widziała się wczoraj z Chaką. Podobnie jak Valentine, zdobyła od niego pewne informacje, które mogą być dla nas bezcenne.
Zgromadzenie wypełnił pomruk zadowolenia. Zawadi dotknęła łapy brata i podziękowała mu. Znalazła w sobie wszelkie pokłady odwagi i stwierdziła, że dla dobra wszystkich, nawet kosztem jej złamanego serca, powie im co wie.
~*~
Dzięki informacjom, które dwie lwice zdobyły od syna Leah spotkanie przebiegło pomyślnie. Valentine udało się wydedukować, że Chaka nie opowiada się za żadną ze stron i nie powinien stanowić zagrożenia, co Zawadi potwierdziła. Z tego co udało jej się wyciągnąć z rozmowy z lwem, nie można wykluczyć, że Khari i Narumi połączą siły. Już w tej chwili oboje przebywali na Cemntarzysku. Dla obopólnej wygody zdecydowanie byli w stanie połączyć siły, nawet jeśli mieliby potem walczyć między sobą. Atak na lwioziemców stawał się priorytetem, personalną zadrą obu rywali. Sprawa nie wyglądała kolorowo i Shani coraz mniej rozumiała pozytywną energię duchów.
Gdy spotkanie dobiegło końca, po Bahatiego przyszła Amara, co niezwykle ucieszyło jej młodszą siostrę. Odkąd na stałe zamieszkała w Baobabie nie widywały się tak często jak by tego chciała. Natychmiast udała się w stronę pary, licząc, że uda jej się złapać lwicę choć na chwilę. Potrzebowała bliskości siostry i rozmowy o strapieniach.
- Amaro, Bahati! - zawołała radośnie. Amara rozpromieniła się uśmiechem i przywitała siostrę.
- Bycie szamanką ci służy, Shani. Wyglądasz świetnie - przyznała starsza.
-Asani o mnie dba - zachichotała niewidoma. - Czy... Znajdziesz dla mnie chwilę?
-Miałam spytać cię o to samo. 
Po chwili lwice pożegnały się z przyjaciółmi i zniknęły wewnątrz pnia. Amara wydawała się  czymś podekscytowana. Shani domyślała się sprawy z jaką siostra przyszła i sama niesamowicie chciała rozładować to napięcie. Jak się okazało spekulowała dobrze. Starsza z córek Idii najprawdopodobniej była w ciąży i potrzebowała badania, które ją upewni. Shani niemal pisnęła z radości na myśl o byciu ciocią. Od razu przystała na prośbę jasnej lwicy. Poprosiła ją by położyła się we wskazanym miejscu i przystąpiła do badania.
- Wszystko w porządku? - spytała po jakimś czasie Amara.
- Tak, nie wyczuwam nic niepokojącego. - powiedziała z zadowoleniem szamanka. Jasna zatrzymała jej łapę.
- Nie pytam o siebie siostro.
Shani speszyła się nieco, mimo to uśmiechnęła się ciepło. Nie od dziś wiedziała, że przed czujnym wzrokiem Amary nic nie ukryje.
-Ja... Martwię się. Masz rację - przyznała. Lwica wymsknęła się spod jej dotyku i usiadła przy siostrze. Poczuła jej łapę na swojej. - Boję się o to, co nadchodzi. Przodkowie mówią mi, że zwyciężymy tę walkę, ale nie bez cierpienia. Że okupimy ją jakąś straszną ceną, której nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Amaro, ja... Boję się, że duchy przygotowują mnie na śmierć Asaniego... lub twoją.
Serce jasnej lwicy stanęło na moment. Musiała to wszystko przeanalizować. Mimowolnie dotknęła  swojego brzucha. Tyle nadziei i szczęścia... Czy w ogóle go doczeka? Spojrzała na siostrę. Nie chciała sobie nawet wyobrażać poczucia winy z jakim musi żyć. Przytuliła się do młodszej.
-Ani ja, ani Asani nigdzie się nie wybieramy, słyszysz? - zapewniła ją. - Jak będę musiała, to sama z tymi przodkami porozmawiam. - rzuciła półżartem, choć brzmiała na bardzo zdeterminowaną. - Wierzę, że duchy nie będą kazały ci przechodzić kolejnej żałoby. I tak czujesz dużo więcej niż my. Nie skazaliby cię na takie cierpienie. Musisz im zaufać. Im i sobie.
Słowa ukoiły nieco niespokojne serce młodszej lwicy. Odwzajemniła siostrzany uścisk.
-Będziecie mieć z Bahatim dwoje lwiątek.

niedziela, 8 lutego 2026

#90. Pod osłoną nocy

Valentine niemal nie zmrużyła oka odkąd wybudziła się po raz pierwszy. Długa, położona głęboko pod ziemią grota pozostawała niemal równie ciemna, niezależnie od pory dnia. Kompletnie straciła już rachubę czasu. Nie wiedziała ile była nieprzytomna, ani ile leży już bezczynnie spoglądając w sklepienie. Była zupełnie sama - Chaka zostawił ją po ich pierwszej konfrontacji i wracał okazjonalnie, podzielić się łupami z polowań. Miał chociaż dość rozumu i godności by z nią nie przesiadywać. Wiedziała jednak, że lew wciąż jest gdzieś w okolicy. Wszystko było nim przesiąknięte, nie mogła nic poradzić, tylko czuć się obserwowaną. 
Miała dość czasu by wszystko sobie przypomnieć i ułożyć w głowie. Zamieniła z kuzynem nawet kilka suchych zdań, martwiąc się o stan narzeczonego i ojczyzny. Nie wierzyła jednak w ani jedno jego słowo. Wciąż nie rozumiała dlaczego Chaka ją przetrzymuje. Gdyby chodziło o Narumi, nienawistna lwica już dawno by tu była. Z resztą na samo wspomnienie tego imienia, lwa ogarniała jeszcze większa ponurność. Zagrali nim, tego Valentine była pewna. 
Nie rozumiała ani powodu przetrzymywania, ani powodu pomocy przy granicy z Cmentarzyskiem. Nie sądziła jednak, by były jej one potrzebne. Chaka pozostawał wrogiem, dopóki nie udowodniłby by było inaczej. Nawet wtedy nie powinien był spodziewać się z jej strony przebaczenia. To co potrzebowała wiedzieć, to jak się wydostać i wrócić na Lwią Ziemię. Starała się jeść, choć każdy kęs zwierzyny podstawionej jej pod nos przez kuzyna przyprawiał ją o mdłości. Wiedziała jednak, że musi zachować formę, zwłaszcza jeśli ryzykowała bezpośrednim starciem z Chaką. Jakaś jej część wierzyła, że pomimo ogromnej siły, lew nie znalazłby jej w sobie aż tyle, by naprawdę ją skrzywdzić. Mimo wszystko zawsze był słaby.
Nauczyła się już rutyny samca, którą potraktowała jako przepustkę do ucieczki. Choć nie była w stanie dokładnie odmierzać czasu, miała w pewien sposób poczucie kiedy jej porywacz znikał na dłużej. Którejś nocy, poczuła, że nastał odpowiedni moment. Nie potrafiła określić tego co się stało, ale znalazła w sobie głos, który wręcz zmusił ją do ucieczki. Poczuła nagły przypływ sił i determinacji. Nie mogła dłużej zwlekać, bać się nieznanej drogi. Czuła, że to przodkowie ją prowadzą.
Wspinając się po ścianie groty wydostała się na zewnątrz. Ciało wciąż miała obolałe, umysł nieco przyćmiony, ale duma i wiara dodawały jej sił. Gnała przed siebie trawiastą równiną, nie patrząc wstecz. Wciąż nie miała pewności gdzie jest, ale w tej chwili jedyne co chciała to uciec jak najdalej. I zapachy, i widoki były obce, dopóki nie spojrzała w niebo. Ujrzała setki znanych gwiazd nad sobą, napawających nadzieją. Znów poczuła tę siłę i pragnienie by znaleźć się z bliskimi. Pędziła dalej,  choć mięśnie i płuca paliły od nagłego wysiłku. W tej chwili nie bała się nawet choroby. Czuła, że za wszystkimi z ostatnich wydarzeń stoi coś wielkiego, że ten ogromny punkt kulminacyjny zbliża się nieubłaganie. Musiała wrócić do domu.
~*~
Zawadi siedziała i nasłuchiwała odgłosów nocy. W życiu nie czuła się tak samotnie.
Chaka po prostu ją zostawił. Całe życie zabiegał o czyjąś uwagę, o adorację i uznanie, a kiedy chciała mu je dać...? Po prostu odszedł. Znów poczuła, że trzęsie jej się broda. Nie mogła uwierzyć we własną naiwność! Przez moment naprawdę wierzyła, że mu pomoże, że razem jakoś dadzą radę. Ba, wierzyła nawet, że była w stanie dla niego zostawić Lwią Ziemię! Ale to on odszedł. Po prostu jej nie chciał, z jakiegoś powodu, którego nie umiała do końca zrozumieć. Nic z tego nie miało dla niej sensu. Przecież Sarabi jej powiedziała...? Przełknęła słone łzy i wbiła spojrzenie w niebo. Straciła dla siebie już wszelką nadzieję. W jakiś sposób naprawdę kochała Chakę. Może za późno znalazła w sobie odwagę by skonfrontować go z własnymi uczuciami? Pomyślała o bracie, Miujiza był zawsze taki odważny. Nie bał się spotkać z Kharim, nie bał się walczyć o Hapanę, zaprzyjaźnić z Bahatim... Tak bardzo chciałaby mieć choć cząstkę jego odwagi.
Chaka powiedział jej wiele rzeczy na tym krótkim spotkaniu. Że przetrzymuje Valentine, przodkowie wiedzą po co, że zna plany Khariego, że zdradził i został zdradzony na wszystkie możliwe sposoby. Sama czuła się jak zdrajca, że wciąż potrafiła znaleźć dla niego współczucie. Zranił tyle osób, które kochała, które on sam kochał. To wszystko było dla niej zbyt ciężkie. Siedziała więc zupełnie sama, nie czując już nawet obecności swojej duchowej przewodniczki i słuchała szumu trawy oraz własnego łkania.
Nim stała się tego świadoma, jej ucho zastrzygło, przez cichą wibrację dobiegającą gdzieś z oddali. Podniosła wzrok. Chcąc czy nie, od razu pomyślała, że to Chaka, że jednak wrócił. Oczy rozszerzyły jej się, gdy w oddali dostrzegła zbliżającą się sylwetkę. Serce załomotało mocno, gardło przestał ściskać żal, poderwała się i ruszyła w stronę odgłosu. Leciała jak strzała, przez chwilę zapominając zupełnie o złamanym sercu.
-Valentine! – krzyknęła rozpaczliwe, przyśpieszając do granic swoich możliwości. Lwica zbliżała się, wciąż będąc dość daleko od niej, zmierzając nawet nie do końca w jej Zawadi. Wykrzyknęła jeszcze raz, by księżniczka zwróciła na nią uwagę. Kamień spadł jej z serca, gdy lwica zwolniła nieco, rozglądając się za źródłem nawoływania. Nie wiedziała czy roztropnym z jej strony było głośne wołanie, gdy czekoladowa najpewniej uciekała, ale nie mogła pozwolić sobie by ją zostawić. Gdy Valentine namierzyła ją wzrokiem od raz pędem rzuciła się w kierunku młodszej lwicy
-Och, Zawadi! - westchnęła z ulgą gdy spotkały się w połowie drogi. - Jesteś ostatnią osobą, której się spodziewałam, ale nawet nie wiesz jak się cieszę! -Valentine wyglądała na straszliwie zmęczoną, choć uśmiechała się zupełnie szczerze. Zawadi uścisnęła przyjaciółkę.
- Jak dobrze, że jesteś cała... Chociaż jedna dobra wiadomość w ostatnich dniach - choć chciała wyrazić ulgę, na twarzy księżniczki zobaczyła jedynie troskę. Od razu sprostowała - Nie martw się. Nuada jest cały i zdrów. Opowiem ci wszystko w drodze.
Nie czekając zbędnie, ruszyły razem pozwalając Zawadi prowadzić. Choć droga nie była aż tak długa, żadna z nich nie chciała zwlekać. Obie wiedziały, że powrót Valentine do domu w takich okolicznościach będzie dla wszystkich wielkim pocieszeniem. 
 ~*~
Shani nie mogła zasnąć.
Wszystko mówiło jej, że ta noc była jedną z tych zwiastujących coś wielkiego. Czuła całym ciałem, że od kolejnego świtu nastąpią jakieś nieodwracalne zmiany, że same zdarzenia nocy będą zwiastunem pewnego końca. Przez to również początku.
Dzięki przodkom widziała przyszłość. Zwycięstwo. Żyzne ziemie Lwiej i Wolnej Ziemi, królewskie dzieci na tronie. Harmonię i nieprzerwaną ciągłość kręgu życia. Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Wśród całej nadziei i spełnienia, jakim zdawały się emanować duchy tej nocy, nie mogła odgonić od siebie poczucia jakiejś głęboko ukrytej tragedii. Cały spokój i akceptacja podszyte były jej zwykłym, śmiertelnym niepokojem. Ta troska... Nie była w stanie się jej pozbyć. Jakaś jej część myślała, że to przecież normalne, kiedy ma przed sobą perspektywę niesamowicie intensywnych zmian. Intuicja podpowiadała jej jednak, że chodzi o coś więcej. O coś co nie zmieni biegu świata, tylko jej własne życie. O sukces, kupiony jej własnym, personalnym cierpieniem. Westchnęła głęboko i obróciła się na drugi bok. 
Asani smacznie spał. Jego spokojny oddech muskał jej psyk raz po raz, łaskocząc ciepłym powiewem. Był dla niej zawsze taki dobry. Choć doskonale radziła sobie sama, sprawna para oczu zawsze się przydała. Nawet bez tego, po prostu bardzo ceniła sobie towarzystwo lwa. Pomimo wielu trudności i niecodziennego sposobu życia Shani, on pozostawał niezmiennie cierpliwy i wyrozumiały. Wiedziała, że bardzo ją kochał, już od dzieciństwa. Teraz, gdy dorosła, sama wiedziała ile znaczy dla niej tak stabilna i zaufana osoba. Oczywiście, zawsze miała u swojego boku Amarę, ale Asani... Chciała móc odwdzięczyć się choć po części za opokę, jaką dla niej był. Dałaby wszystko, by zignorować mrożący lęk, że to właśnie jego dotyczy zbliżająca się tragedia.

czwartek, 31 stycznia 2019

#89.Lwiątka

Zawadi stała jak wmurowana w ziemię.
Oczy tępo wpatrywały się w rosłą sylwetkę, przyprawiając ją o jedno, bądź dwa zbyt szybkie uderzenia serca. W myślach pojawiało się tylko jedno słowo. Nie była w stanie zmusić się do czegokolwiek. Słyszała tylko jedno. Chaka.
Również lew stał, wpatrując się w czerwone oczęta lwicy, nie odważając odezwać się ani słowem. W jego głowie była pustka. Nie wiedział co robić. Uciekać? Walczyć? Stać dalej? Po chwili odezwał się jednak.
-Zawadi... Co ty tu robisz?-lwica zrobiła kilka kroków w jego stronę, nie zrywając kontaktu wzrokowego. Mimo, że nigdy nie łączyła ich szczególna więź, poczuła swego rodzaju tęsknotę, za jego porywczym charakterem i ślicznymi, niebieskimi oczyma.
-Chaka ja... Proszę, wróć ze mną do domu...-szepnęła jedynie nieśmiałą prośbę.- Twoja matka, ona...
-Wiem.-sarknął tylko, na co Zawadi wytrzeszczyła oczy.-Jeżeli jesteś kolejną osobą, która chce mi dać w kość, lepiej sobie odpuść, bo nie jestem dzisiaj w humorze.
Lew obrócił się i odszedł. Z bólem w głowie i sercu, ale odszedł zostawiając lwicę samą. Mimo wszystko Zawadi zmarszczyła brwi i kilkoma susami dogoniła byłego gwardzistę. Nie zostawi go. Nie teraz.
-Chaka daj mi wszystko wyjaśnić. Ja.. Ja jestem tu bo...-Kiedy ich spojrzenia ponownie się spotkały, dostrzegła w jego oczach jedynie gniew i ból. Ból jaki pojawia się w oczach małego dziecka, które zgubiło swoich rodziców. Zawadi przełknęła ślinę, spuszczając wzrok na swoje łapy.-Chaka, ja nie chcę dłużej stać w cieniu. Nawet jeśli nic to nie da... Ja cię kocham. Proszę Chaka, wróć ze mną do domu.
Serce lwa stanęło. Miał okazję zaistnieć w oczach chociaż jednej osoby. Zamknął oczy, zaciskając zęby.
-Przykro mi Zawadi. Spóźniłaś się. Lwia Ziemia to już nie mój dom. Przestała być moim domem, kiedy Nuada się na niej zjawił. To straszne. To tak okropne, że nie jestem nawet w stanie stwierdzić czy też coś do ciebie czuję. Całe życie zależało mi tylko na tym, żeby ktoś mnie wreszcie dostrzegł. A ciągle jedynie blednąłem. Ja już nie wiem czego chcę. Chcę, żeby to cholerne życie wreszcie się skończyło. Jestem wrakiem. Samotnym wrakiem, który przetrzymuje przyszłą królową w grocie, sam nie wiedząc dokładnie po co. Powinienem wrócić. Powinienem powiedzieć wam plany Khariego. Ale czy muszę to robić? Czy muszę pomagać osobom, które przez całe życie robiły mi tylko pod górkę?
Zawadi poczuła jedynie jak cały jej świat sypie się pod jej własnymi łapami. Nie spodziewała się tego. Nie liczyła, że lew rzuci jej się w ramiona, jednak nie oczekiwała z jego strony wypowiedzi, która tak gwałtownie na nią wpłynie. Teraz samą zaczęły ją męczyć wyrzuty, czy ona na pewno chce z nim być. Czy w ogóle jest dla niego jakiś ratunek?
Jedyne co mogła zrobić to objąć jego rozdygotane ramiona i wtulić się w brązową grzywę.
~*~
Kiongozi otworzył leniwie oczy. Obraz dopiero po chwili się wyostrzył, lew ziewnął przeciągle i zobaczywszy, że jego ukochanej nie ma obok skrzywił się nieco. Nisza zdecydowanie nie należała do rannych ptaszków, a po ostatnich wydarzeniach jakie miały miejsce, wolał nie puszczać jej samej nigdzie. Może i był przewrażliwiony, ale dopiero niedawno udało mu się odzyskać jej uczucia, toteż nie miał zamiaru tracić jej po raz kolejny.
Wstał więc, rozprostowując zdrętwiałe kończyny i udał się do wyjścia z groty.
Sawanna budziła się do życia, promienie słońca delikatnie łaskotały kołyszącą się na wietrze wysoką trawę, a znad wodopoju dochodził ptasi świergot. Duma wypełniła jego młode serce, kiedy dotarł do niego fakt, że już wkrótce losy tego wspaniałego królestwa będą zależeć od niego. Kilkoma susami zeskoczył z Lwiej Skały i przemierzając pokryte rosą oceany traw, skierował się w stronę serca krainy, gdzie zazwyczaj przebywały zwierzęta chcące zastać trochę spokoju.
Niebieskawa tafla wody zaczynała być widoczna już kilka minut później. O tej  porze znajdowało się tam jedynie kilku mieszkańców królestwa. Tego dnia Kion zastał tam jedynie kilka zebr i trzy lwice: Hapanę, Amarę i Wazi, które pozdrowił skinieniem głowy, a następnie dosiadł się do nich.
-Witaj, Kion- z promiennym uśmiechem przywitała go najjaśniejsza lwica, na co książę odpowiedział tym samym gestem.-Co cię do nas sprowadza?
-Widziałyście może Niszę?-zapytał od razu. Jego głowę zaczynały zajmować myśli o nieszczęściach jakie mogły ją spotkać. Na jego pytanie Hapana zachichotała lekko, a Wazi uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
-Udała się do Shani w odwiedziny do Nuady. Jego stan się polepsza, ale dalej musi odpoczywać.-Na te słowa, młody lew skinął jedynie głową.
Nie miał zamiaru odpuścić Khariemu tego wyczynu. Wiedział, że do bezpośredniej konfrontacji może dojść już wkrótce, a wydarzenia sprzed kilku ostatnich dni jedynie to przypieczętowały.
-Nie wiadomo co z Valentine?-Zapytał z nutą troski i zmartwieniem w głosie. Lwice spojrzały po sobie, Amara pokręciła przecząco głową.
-Zniknęła bez śladu. Ale nie przejmuj się Kion, to silna lwica. Poradzi sobie. Musi-ostatnie słowo powiedziała nieco ciszej, na co Hapana posłała jej karcące spojrzenie. Kiongozi, zdobył się na lekki uśmiech.
-Dobrze, dziękuję wam bardzo. Bawcie się dobrze-Tym razem jego uśmiech był znacznie szerszy i szczery. Lwice odpowiedziały tym samym, odprowadzając białego lwa, znikającego w gąszczu traw, wzrokiem.
Kion bez większego zastanowienia skierował swoje kroki w stronę baobabu w celu ujrzenia ukochanej.
Zarys wielkiego drzewa widoczny był już z daleka. Z każdą minutą monstrualnych rozmiarów baobab, był coraz bliżej, toteż już niedługo potem, syn Sawy mógł podziwiać jego gęstą koronę stojąc u jego podnóży. Z wnętrza drzewa dobiegały dobrze znane lwu głosy, wśród których od razu rozpoznał Niszę.
Bez zastanowienia wskoczył na jedną z niższych gałęzi, znikając w gęstwinie liści. Chwilę później znalazł się już wśród wielu małych buteleczek i sakiewek. Zapach ziół unosił się w powietrzu, nadając dodatkowego uroku miejscu. Pod jedną ze ścian leżał Nuada z zabandażowaną łapą, obok niego siedział Asani. Obaj byli pogrążeni w rozmowie.
Pierwszy zwrócił uwagę na białego Nuada, uśmiechając się i machając lwu a przywitanie. Kion odwzajemniając gest zbliżył się do nich.
-Witam panów- rzucił z rozbawieniem do samców, wywołując uśmiech u Asaniego.-Jak się trzymasz?
-Jest już całkiem dobrze. Jedynie łapa pozostawia wiele do życzenia.-westchnął gorzko jasny, podnosząc zabandażowaną kończynę.
Chwilkę później pojawiła się również Shani i Nisza obie promieniujące ze szczęścia.
Złota lwica na widok Kiona prawie podskoczyła ze szczęścia. Uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając rządki swoich białych kłów i rzuciła się na szyję ukochanego.
-Nie zgadniesz co się stało!-lwica pisnęła tylko wypuszczając męża z uścisku.
-Jak nie dasz mi podpowiedzi to nie zgadnę-zaśmiał się, widząc jak szczęśliwa jest lwica. Spojrzała na Shani i Nuadę, po chwili ponownie przenosząc wzrok na zielone tęczówki samca.
-Będziemy mieli lwiątka!
~*~
Khari z warkotem rzucił się na stare drzewo, zamaszyście wymachując łapami. Na starym, spróchniałym pniu pojawiły się głębokie rysy, niemal łamiąc drzewo na pół. Nie tak miało to wszystko wyglądać.
Kiedy lwice patrolujące znalazły ranne strażniczki od razu zabrały je na Cmentarzysko. Kiedy Khari usłyszał z ust Naandy, jednej z lepiej wyszkolonych lwic, że Chaka przybył z odsieczą księżniczce, krew w nim zawrzała. Liczył, że syn Leah ucieknie, dołączy do Narumi, zrobi cokolwiek, jednak nie zacznie wspomagać Lwiej Ziemi.
Krew wrzała w nim od kilku dni, na Cmentarzysku panowała niesamowicie napięta atmosfera, wszystkie lwice niesamowicie bały się jakkolwiek zawracać głowę Khariemu. Lisa martwiła się o męża, ostatni raz widziała go w takim stanie dobre kilka lat temu, kiedy to opuściła z nim Lwią Krainę. Mimo to i ona nie miała w planach wchodzić w drogę rozdrażnionemu samcu.
W dodatku, zasadzka okazała się w cale nie tak dobrze przemyślana jak z początku się wydawało. Nuadę zabrały lwiozemskie straże, dlatego wróg wyrzutków zdawał sobie sprawę z ich planów. Element zaskoczenia poszedł w zapomnienie. Teraz nie było już wyboru. Trzeba zacząć dopracowywać strategie i ruszyć do boju po raz ostatni.
Do boju o Lwią Ziemię.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Prawie rok.
Prawie rok zostawiłam was samych. Nawet nie wiecie jak bardzo mi przykro, że tak to wszystko zaniedbałam.
Wracam do was z rozdziałem. Stwierdziłam, że napiszę ich jeszcze kilka, a następnie zakończę tę historię, bo inaczej nie ma sensu tego ciągnąć
Mimo, że znacznie wyszłam z wprawy w tych tematach i notka nie jest powalająco długa ani ciekawa, mam nadzieję, że znajdą się osoby, które ucieszą się na widok chociaż takiego rozdziału.
Trzymajcie się, ściskam was mocno
Pozdrawiam
~Rosa
Ps. piszę to z gorączką, więc niewykluczone, że jest bez ładu i składu za co przepraszam XD