niedziela, 8 lutego 2026

#90. Pod osłoną nocy

Valentine niemal nie zmrużyła oka odkąd wybudziła się po raz pierwszy. Długa, położona głęboko pod ziemią grota pozostawała niemal równie ciemna, niezależnie od pory dnia. Kompletnie straciła już rachubę czasu. Nie wiedziała ile była nieprzytomna, ani ile leży już bezczynnie spoglądając w sklepienie. Była zupełnie sama - Chaka zostawił ją po ich pierwszej konfrontacji i wracał okazjonalnie, podzielić się łupami z polowań. Miał chociaż dość rozumu i godności by z nią nie przesiadywać. Wiedziała jednak, że lew wciąż jest gdzieś w okolicy. Wszystko było nim przesiąknięte, nie mogła nic poradzić, tylko czuć się obserwowaną. 
Miała dość czasu by wszystko sobie przypomnieć i ułożyć w głowie. Zamieniła z kuzynem nawet kilka suchych zdań, martwiąc się o stan narzeczonego i ojczyzny. Nie wierzyła jednak w ani jedno jego słowo. Wciąż nie rozumiała dlaczego Chaka ją przetrzymuje. Gdyby chodziło o Narumi, nienawistna lwica już dawno by tu była. Z resztą na samo wspomnienie tego imienia, lwa ogarniała jeszcze większa ponurność. Zagrali nim, tego Valentine była pewna. 
Nie rozumiała ani powodu przetrzymywania, ani powodu pomocy przy granicy z Cmentarzyskiem. Nie sądziła jednak, by były jej one potrzebne. Chaka pozostawał wrogiem, dopóki nie udowodniłby by było inaczej. Nawet wtedy nie powinien był spodziewać się z jej strony przebaczenia. To co potrzebowała wiedzieć, to jak się wydostać i wrócić na Lwią Ziemię. Starała się jeść, choć każdy kęs zwierzyny podstawionej jej pod nos przez kuzyna przyprawiał ją o mdłości. Wiedziała jednak, że musi zachować formę, zwłaszcza jeśli ryzykowała bezpośrednim starciem z Chaką. Jakaś jej część wierzyła, że pomimo ogromnej siły, lew nie znalazłby jej w sobie aż tyle, by naprawdę ją skrzywdzić. Mimo wszystko zawsze był słaby.
Nauczyła się już rutyny samca, którą potraktowała jako przepustkę do ucieczki. Choć nie była w stanie dokładnie odmierzać czasu, miała w pewien sposób poczucie kiedy jej porywacz znikał na dłużej. Którejś nocy, poczuła, że nastał odpowiedni moment. Nie potrafiła określić tego co się stało, ale znalazła w sobie głos, który wręcz zmusił ją do ucieczki. Poczuła nagły przypływ sił i determinacji. Nie mogła dłużej zwlekać, bać się nieznanej drogi. Czuła, że to przodkowie ją prowadzą.
Wspinając się po ścianie groty wydostała się na zewnątrz. Ciało wciąż miała obolałe, umysł nieco przyćmiony, ale duma i wiara dodawały jej sił. Gnała przed siebie trawiastą równiną, nie patrząc wstecz. Wciąż nie miała pewności gdzie jest, ale w tej chwili jedyne co chciała to uciec jak najdalej. I zapachy, i widoki były obce, dopóki nie spojrzała w niebo. Ujrzała setki znanych gwiazd nad sobą, napawających nadzieją. Znów poczuła tę siłę i pragnienie by znaleźć się z bliskimi. Pędziła dalej,  choć mięśnie i płuca paliły od nagłego wysiłku. W tej chwili nie bała się nawet choroby. Czuła, że za wszystkimi z ostatnich wydarzeń stoi coś wielkiego, że ten ogromny punkt kulminacyjny zbliża się nieubłaganie. Musiała wrócić do domu.
~*~
Zawadi siedziała i nasłuchiwała odgłosów nocy. W życiu nie czuła się tak samotnie.
Chaka po prostu ją zostawił. Całe życie zabiegał o czyjąś uwagę, o adorację i uznanie, a kiedy chciała mu je dać...? Po prostu odszedł. Znów poczuła, że trzęsie jej się broda. Nie mogła uwierzyć we własną naiwność! Przez moment naprawdę wierzyła, że mu pomoże, że razem jakoś dadzą radę. Ba, wierzyła nawet, że była w stanie dla niego zostawić Lwią Ziemię! Ale to on odszedł. Po prostu jej nie chciał, z jakiegoś powodu, którego nie umiała do końca zrozumieć. Nic z tego nie miało dla niej sensu. Przecież Sarabi jej powiedziała...? Przełknęła słone łzy i wbiła spojrzenie w niebo. Straciła dla siebie już wszelką nadzieję. W jakiś sposób naprawdę kochała Chakę. Może za późno znalazła w sobie odwagę by skonfrontować go z własnymi uczuciami? Pomyślała o bracie, Miujiza był zawsze taki odważny. Nie bał się spotkać z Kharim, nie bał się walczyć o Hapanę, zaprzyjaźnić z Bahatim... Tak bardzo chciałaby mieć choć cząstkę jego odwagi.
Chaka powiedział jej wiele rzeczy na tym krótkim spotkaniu. Że przetrzymuje Valentine, przodkowie wiedzą po co, że zna plany Khariego, że zdradził i został zdradzony na wszystkie możliwe sposoby. Sama czuła się jak zdrajca, że wciąż potrafiła znaleźć dla niego współczucie. Zranił tyle osób, które kochała, które on sam kochał. To wszystko było dla niej zbyt ciężkie. Siedziała więc zupełnie sama, nie czując już nawet obecności swojej duchowej przewodniczki i słuchała szumu trawy oraz własnego łkania.
Nim stała się tego świadoma, jej ucho zastrzygło, przez cichą wibrację dobiegającą gdzieś z oddali. Podniosła wzrok. Chcąc czy nie, od razu pomyślała, że to Chaka, że jednak wrócił. Oczy rozszerzyły jej się, gdy w oddali dostrzegła zbliżającą się sylwetkę. Serce załomotało mocno, gardło przestał ściskać żal, poderwała się i ruszyła w stronę odgłosu. Leciała jak strzała, przez chwilę zapominając zupełnie o złamanym sercu.
-Valentine! – krzyknęła rozpaczliwe, przyśpieszając do granic swoich możliwości. Lwica zbliżała się, wciąż będąc dość daleko od niej, zmierzając nawet nie do końca w jej Zawadi. Wykrzyknęła jeszcze raz, by księżniczka zwróciła na nią uwagę. Kamień spadł jej z serca, gdy lwica zwolniła nieco, rozglądając się za źródłem nawoływania. Nie wiedziała czy roztropnym z jej strony było głośne wołanie, gdy czekoladowa najpewniej uciekała, ale nie mogła pozwolić sobie by ją zostawić. Gdy Valentine namierzyła ją wzrokiem od raz pędem rzuciła się w kierunku młodszej lwicy
-Och, Zawadi! - westchnęła z ulgą gdy spotkały się w połowie drogi. - Jesteś ostatnią osobą, której się spodziewałam, ale nawet nie wiesz jak się cieszę! -Valentine wyglądała na straszliwie zmęczoną, choć uśmiechała się zupełnie szczerze. Zawadi uścisnęła przyjaciółkę.
- Jak dobrze, że jesteś cała... Chociaż jedna dobra wiadomość w ostatnich dniach - choć chciała wyrazić ulgę, na twarzy księżniczki zobaczyła jedynie troskę. Od razu sprostowała - Nie martw się. Nuada jest cały i zdrów. Opowiem ci wszystko w drodze.
Nie czekając zbędnie, ruszyły razem pozwalając Zawadi prowadzić. Choć droga nie była aż tak długa, żadna z nich nie chciała zwlekać. Obie wiedziały, że powrót Valentine do domu w takich okolicznościach będzie dla wszystkich wielkim pocieszeniem. 
 ~*~
Shani nie mogła zasnąć.
Wszystko mówiło jej, że ta noc była jedną z tych zwiastujących coś wielkiego. Czuła całym ciałem, że od kolejnego świtu nastąpią jakieś nieodwracalne zmiany, że same zdarzenia nocy będą zwiastunem pewnego końca. Przez to również początku.
Dzięki przodkom widziała przyszłość. Zwycięstwo. Żyzne ziemie Lwiej i Wolnej Ziemi, królewskie dzieci na tronie. Harmonię i nieprzerwaną ciągłość kręgu życia. Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Wśród całej nadziei i spełnienia, jakim zdawały się emanować duchy tej nocy, nie mogła odgonić od siebie poczucia jakiejś głęboko ukrytej tragedii. Cały spokój i akceptacja podszyte były jej zwykłym, śmiertelnym niepokojem. Ta troska... Nie była w stanie się jej pozbyć. Jakaś jej część myślała, że to przecież normalne, kiedy ma przed sobą perspektywę niesamowicie intensywnych zmian. Intuicja podpowiadała jej jednak, że chodzi o coś więcej. O coś co nie zmieni biegu świata, tylko jej własne życie. O sukces, kupiony jej własnym, personalnym cierpieniem. Westchnęła głęboko i obróciła się na drugi bok. 
Asani smacznie spał. Jego spokojny oddech muskał jej psyk raz po raz, łaskocząc ciepłym powiewem. Był dla niej zawsze taki dobry. Choć doskonale radziła sobie sama, sprawna para oczu zawsze się przydała. Nawet bez tego, po prostu bardzo ceniła sobie towarzystwo lwa. Pomimo wielu trudności i niecodziennego sposobu życia Shani, on pozostawał niezmiennie cierpliwy i wyrozumiały. Wiedziała, że bardzo ją kochał, już od dzieciństwa. Teraz, gdy dorosła, sama wiedziała ile znaczy dla niej tak stabilna i zaufana osoba. Oczywiście, zawsze miała u swojego boku Amarę, ale Asani... Chciała móc odwdzięczyć się choć po części za opokę, jaką dla niej był. Dałaby wszystko, by zignorować mrożący lęk, że to właśnie jego dotyczy zbliżająca się tragedia.

1 komentarz: