piątek, 21 sierpnia 2026

Podsumowanie

 Moi drodzy, stało się. Aż ciężko mi w to uwierzyć, ale po 13 latach blog został zakończony.

Pamiętam moment, gdy Irma zdecydowała się przekazać go komuś innemu i gdy coś pokusiło mnie o spróbowanie swoich sił. Byłam wtedy w podstawówce, dziś jestem po pierwszym stopniu studiów. Z jednej strony chcę was wszystkich przeprosić, zwłaszcza tych, którzy pewnie nigdy nie przeczytają już końcówki tej historii, przez to ile zajęło mi to czasu. Z drugiej strony natomiast, całkiem cieszę się, że mogłam dokończyć bloga mając już nieco większe pojęcie o pisaniu i planowaniu historii.

Czy wyszło tak jak chciałam? Nie wiem. Przeczytałam wszystkie 90 rozdziałów w dwa dni po zimowej sesji egzaminacyjnej tego roku. Udało mi się posklejać wszystkie wątki i bohaterów tak, by wyszło z tego... coś. I chyba jest nieźle! Myślę, że całkiem ma to sens, jak na to, że większość rozdziałów to zwyczajna paplanina. Nie wiem jak chciała skończyć tę historię Irma. Nie wiem, czy przez te wszystkie lata kiedykolwiek tu jeszcze zajrzała. Całkiem nie wierzę, że faktycznie mogłam dokończyć tak dużego bloga. Oczywiście nie uważam go za swoją historię, bo gdyby nie jej początek, gdyby nie legenda tego bloga, którą zbudowała Irma pierwszymi kilkunastoma (kilkudiesięcioma?) rozdziałami, w życiu nie udałoby mi się stworzyć czegoś podobnego. Ci, którzy spotkali wcześniej moją twórczość w tym małym zakątku internetu, wiedzą, że nigdy nie dokończyłam ani jednej ze swoich historii. Chyba właśnie to dawało mi ciągle motywacyjnego kopa, by jednak kiedyś napisać to kilka kończących rozdziałów. Bo jeśli któryś z blogów w moich rękach zasługiwał na dokończenie, to zdecydowanie The Lion Heart.

Przez te wszystkie lata, kiedy mnie tu nie było, jednak tu byłam. Co roku miałam ochotę wrócić do bloggera i do tych ludzi, których poznałam, ale co tu dużo mówić. Nasza blogsfera się wyludniła, co jest absolutnie normalną sprawą. W obecnych czasach szczególnie brakuje mi jednak tego, co tutaj mieliśmy. Z każdym dniem tęsknię mocniej i mocniej do pewności, że to co czytam i na co patrzę wyszło spod ręki człowieka. Bo tutaj, w czasach pisania na bloggerze, nigdy nawet nie przeszłoby mi to przez myśl. Owszem, kradło się cudze obrazki na potęgę, mi zdarzało się nawet plagiatować teksty innych twórców (co i po tylu latach spędza mi sen z powiek), ale na wszystko poświęcaliśmy czas, we wszystko wkładaliśmy serce. Bo znaliśmy się w tym zakątku internetu i robiliśmy to wszytko, pisaliśmy, tworzyliśmy dla siebie nawzajem. Boże, okropnie za tym tęsknię.

Niesamowicie się cieszę widząc nowe komentarze po tylu latach, nie tylko pod nowymi, ale i pod starymi rozdziałami. Macham i pozdrawiam wszystkie drogie Anonimy, które podejrzewam, że są najmłodszymi czytelnikami. Mam nadzieję, że założycie własne konta i napiszecie rzecz czy dwie. Dla zabawy, dla siebie, dla utrzymania fandomu przy życiu. Jest to warte więcej niż może wam się wydawać.

Naprawdę pisząc tego posta, jeszcze nie czuję, że to koniec. Czy to mój koniec z bloggerem? Pewnie tak, bo nie odzyskam już tego co tutaj było. Jestem zupełnie inną osobą, w zupełnie innym momencie życia. Ale ta witryna i ten rozdział mojego życia na zawsze będą lwią (hehe) częścią mojej tożsamości. Może jeszcze kiedyś się zobaczymy. Może jeszcze kiedyś przeczytamy swoje historie. Jeśli nie,

ściskam was wszystkich serdeczenie. Dziękuję za tyle lat wspomnień, za cierpliwość i wytrwanie. Jeśli tu nie wrócę, będę tęsknić, jeśli wrócę, i tak będę tęsknić.


PS. Czasami bawię się w grafikę komputerową, więc żeby do reszty pozbyć się ukradzionych obrazków, niewykluczone, że będę aktualizować zakładkę z bohaterami, wstawiając tam własne projekty :) Może wstawię również post w którym przedstawiam dzieciaki z kolejnego pokolenia. Tym razem nic jednak nie obiecuję, bo może zajmie mi to kolejne 9 lat.

Epilog

 Rządy Kiongoziego stanowiły najspokojniejszy czas w historii Lwiej Ziemi. Jako pierwszy z władców, wstąpił na tron, gdy jego dzieci były już podrostkami. Dzięki temu, zdążył nauczyć się jeszcze wiele od poprzedniej pary królewskiej, która pozostawała na tronie przez kilka kolejnych lat. To ostatni okres panowania Sawy i Eclipse umożliwił Kiongoziemu tak spokojne rządy. Syn Kiary oraz jego żona byli najdłużej panującymi władcami w dziejach krainy.

Wraz z Niszą, Kion doczekał się łącznie pięciorga lwiątek. W pierwszym miocie, Nisza urodziła dwie córeczki. W kolejnym również dwie lwiczki oraz najmłodszego, jedynego synka. Późniejsza trójka urodziła się już za panowania Kiongoziego. Jako król, Kion spoważniał, choć w głębi serca wciąż był pełen młodzieńczego zapału i pasji do wędrowania. Pozostawał w bliskich stosunkach ze wszystkimi członkami stada. Nie dopuścił by ktokolwiek siał w nim chaos i wyrządzał innym krzywdę.
Wolna Ziemia stała się krainą w której schronienie mogli znaleźć wszyscy, potrzebujący drugiej szansy. Valentine była królową pewną swojego osądu, dzięki czemu jakiekolwiek ziarno konfliktu było niszczone nim zdążyło zapuścić korzenie. Przyjmowała do swojego stada wędrowców z dalekich krain szukających bezpiecznej przystani, lwy chcące zapomnieć o przeszłości i szukające nowego, spokojnego życia. Zbudowała podstawy Wolnej Ziemi na zgliszczach wspomnień o Złej Ziemi. Córka Sawy nie chciała by jej nowy dom kiedykolwiek stał się miejscem pełnym nienawiści i urazy. Wśród lwów, które dołączyły do jej stada znalazł się samiec, który został partnerem Zawadi. Dzielił z lwicą podobną przeszłość, której ból był jedynie wielką motywacją do stawania się coraz lepszym. Razem doczekali się trójki lwiątek, dwóch synów i córeczki.
Z Nuadą, Valentine miała córkę. Nazwano ją Mwanga, czyli światło. Ciąża Valentine była bardzo ciężka w związku z jej chorobą. Do ostatniej chwili królowa była w niepewności, czy dziecko przeżyje, czy jej samej dane będzie dalej rządzić Wolną Ziemią. Zdarzył się jednak cud, lwiczka urodziła się całkowicie zdrowa a Valentine nigdy nie czuła się lepiej niż po jej urodzeniu. Wypełniły ją nowe siły, serce biło z większym zapałem, zupełnie jakby mała lwiczka wypełniła ją nieskończoną energią.
Dzieci Sawy i Eclipse do końca życia pozostawały ze sobą niezwykle blisko. Valentine oraz Kiongozi często udawali się na wspólne patrole i zacieśniali więzy między oboma stadami. Pragnęli aby dobre stosunku między Lwią a Wolną Ziemią trwały do końca istnienia obu krain. Dzięki temu, przetrwałaby pamięć o miłosći ich babci i dziadka, o osiągnięciach ich ojca, o nich samych, ale przede wszystkim o tym, czym chcieli by żyły następne pokolenia. O konieczności dbania o dobro w świecie i pielęgnowania tego, czym jesteśmy obdarzeni.
Z upływem lat zapomniano o starych konflikatach, o wygnańcach ze Złej Ziemi. Stare dzieje przeszły do legend i baśni. Następne pokolenia przychodziły na świat w pokoju i dobrobycie. Niezmiennie jednak, jak miało to miejsce od zarania dziejów, niebo wypełniło się gwiazdami następnych władców a Krąg Życia toczył się własnym, harmonijnym rytmem.

#95. Nowy świt

 Ziemia wciąż na sawannie pachniała wilgocią, powietrze przesycone było jej zapachem. W noc po walce spadł pierwszy deszcz, zapowiadający nadejście pory deszczowej. Woda zmyła z gleby wszelkie ślady walki, chłonąc wraz z deszczem przelaną krew. Mrok powoli rozpraszał się pierwszymi promieniami słońca. Rozpoczynał się drugi dzień od bitwy, która rozegrała się na granicy trzech lwich terytoriów. 

Pomimo wszechogarniającej ciszy, Lwia Skała nigdy nie była pełniejsza. Poza całym stadem lwioziemców musiała pomieścić dwie sojusznicze grupy, które przybyły by wesprzeć Sawę. Jak się okazało, wysłane poselstwo oraz uzyskana dzięki niemu pomoc zdecydowały o rozstrzygnięciu starcia. Choć był jednym z namłodszych lwów wśród zgromadzonych sojuszników, Kiongozi został wskazany przez Lanę oraz Nevadę na głównodowodzącego atakiem. Dzięki licznym patrolom, które odbywał od dziecka z ojcem znał tereny najlepiej. Dzięki wsparciu swoich przyjaciół oraz głównych wojowników z sojuszniczych stad udało mu się opracować strategię, która poprowadziła lwioziemców do zwycięstwa. Mimo to, w walce śmierć poniosło wiele lwów, po obu stronach. Przywódcy wrogich stad zginęli, Narumi w starciu z Chaką, Khari niemal wdeptany w ziemię, wykończony licznymi ranami zadanymi mu przez gniewny tłum. Lisa, zrozpaczona po stracie nie tylko partnera, ale również ostatecznym zerwaniu więzi z synem, zniknęła. Nikt nie wiedział czy zbiegła z pola bitwy, czy skończyła przygnieciona przez głazy z rozbitego muru. Jej los nigdy się nie wyjaśnił. 
Po stronie lwioziemców, królowa Eclipse oraz Asani odnieśli najcięższe rany. Biała lwica została oślepiona na jedno oko, Asani zaś doznał poważnego urazu łapy. Pieczę nad rannymi sprawowała Shani, wspomagana przez dwie ciężarne - Niszę oraz Amarę. Niewidoma szamanka niezwykle przejęła się stanem lwa, który kilkukrotnie tracił przytomność z odniesionych ran i silnie gorączkował. Choć rannych było wielu, lwica męczona wspomnieniami wizji, które ją nachodziły, nie chciała odstępywać Asaniego na krok. Wciąż czuła straszliwą niepewność o przyszłość, którą ukazali jej przodkowie. 
Śmierć w walce poniósł Wimbo, który zdołał jednak zadać kilka znaczących ciosów samemu Khariemu. Wielu mówiło, że to dzięki ranom, które mąż Wazi zadał głównemu wrogowi, ostatecznie udało się go zabić. Jedną z największych strat, którą odniosło stado, była jednak śmierć Asante. Lew zginął przez rany nabyte w obronie królowej Eclipse. Patrząc na to, jak zły był stan lwicy i z doświadczonym wojownikiem u boku, wszyscy domyślali się, że gdyby nie poświęcenie głównego strażnika, królowa nie przeżyłaby walki. Pogrzeb odbył się dzień po bitwie. Asante został pochowany z największymi honorami. Leah całkowicie pogrążyła się w żałobie, choć znajdywała resztki otuchy w bliskości z synem, któremu pozwolono tymczasowo przebywać na Lwiej Ziemi. Chaka po raz pierwszy zdawał się dojrzeć. Nie zbliżał się nawet do Lwiej Skały, trzymał swój dystans od wszystkiego i wszystkich, spotykając się z całym stadem jedynie na pogrzebie Asante. Jego  spowodowane serią fatalnych decyzji rozstanie z ojcem w trudnych stosunkach miało ogromny wpływ na młodego lwa. W dużej mierze obwiniał się za śmierć ojca.
Swoją drogę spowrotem do serca lwa próbowała odnaleźć córka Wazi. Zawadi ciężko przeżywała brutalny rozlew krwi, którego doświadczyli. Pomio radości z odniesionego zwycięstwa, koniec walki uświadomił ją całego strachu i stresu, który nosiła w sercu. Lęk o życie najbliższych, zobaczenie się z biologicznym ojcem w takich okolicznościach, ale również śmierć Wimbo, lwa, który pokochał ją jak własną córkę, sprawiły, że po całym starciu czuła potrzebę być jeszcze bliżej lwioziemców niż do tej pory.
Cieszyła się, że Chakę dopuszczono do pogrzebu ojca. Lew okazał się dużą pomocą w czasie walki. Mimo to, nie oczekiwała by jego zdrada została zapomniana. Wciąż miała jednak nadzieję, że sytuacja z Chaką rozwinie się inaczej.
Na drugi dzień po bitwie, obudziła się jako jedna z pierwszych. Grota była nagrzana od wspólnego ciepła wielu ciał śpiących pod jej sklepieniem. Wymknęła się by zaczerpnąć świeżego powietrza. Na zewnątrz panował półmrok. Niebo zaczynało nabierać popielatej barwy, gdy leniwe promienie wyciągały swoje ręce spomiędzy chmur. Ziewnęła szeroko. Wciąż ciężko jej było uwierzyć, że konflikt, który zaczął się jeszcze przed jej narodzinami, a którego była wielką częścią, nareszcie się rozwiązał.
Ujrzała dwie sylwetki u podnóży Lwiej Skały. Leah wraz z synem spacerowała powoli, z wolna zbliżając się do siedziby stada. Chciała zejść i się przywitać, ale coś mówiło jej, że powinna zaczekać.
Chaka odprowadził lwicę bliżej, zatrzymując się jednak dość daleko by nikt ich nie słyszał. Matka i syn przytulili się, Leah czule polizała policzek lwa. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim, serce Zawadi zabiło mocniej, gdy niebieskie spojrzenie Chaki skrzyżowało się z tym jej. Po chwili samiec spuscił wzrok i trącając Leah pyskiem, odwrócił się. Powoli zaczął oddalać się od Lwiej Skały. Zawadi w te pędzy zeskoczyła z góry, chcąc go dogonić. Dostrzgła jednak jak Leah siada na ziemi ociężale ze zwieszoną głową. Zatrzymała się więc kilka kroków od złotej. Mogła usłyszeć jej tłumiony szloch. Niepewnie zbliżyła się o kolejne kroki.
- Ciociu Leah? - zagadnęła cichutko. Zmęczone, lśniące od łez oczy podniosły na nią swój wzrok. Lwica z grzywką westchnęła z rozedrganiem.
- ... Odszedł - załkała - Mój syn...
Drobna lwica zaniosła się płaczem. Zawadi poczuła falę gorąca na jej słowa. Bez zastanowienia przytuliła starszą mocno. Leah drżała niespokojnie, płacząc cicho, by nie zbudzić reszty stada. Od dłuższego czasu jej serce krwawiło bolesnymi ranami. Zdrady syna, świeża śmierć Asante... Została zupełnie sama. Gdy młoda lwica uspokoiła złotą, ta wyjaśniła, że Chaka zdecydował się odejść z najbliższych terenów. Nie zamierzał starać się o powrót na Lwią Ziemię, nie chciał żyć w odosobnieniu na Cmentarzysku. Zawadi poczuła się zmieszana. Nie wiedziała, dlaczego ta decyzja tak ją zaskoczyła. Może wciąż miała nadzieję, że dadzą sobie szansę. Przecież chciała ruszyć za nim..! Żal ze straconej możliwości wypełnił młodą lwicę. Zastanowiła się jednak. Czy faktycznie byłaby w stanie to zrobić? Zostawić matkę i brata, wszystkich przyjaciół i ziemię, która była jej domem...? Nie. Jej miejsce, w przeciwieństwie do Chaki, było tutaj. 
O odejściu młodego lwa Leah poinformowała jedynie swoje rodzeństwo. Zarówno Idia, jak i Sawa skupili się na prywatnym wymiarze odejścia Chaki. Oboje nie uważali by była potrzeba ścigać chrześniaka by upewnić się, że faktycznie opuścił granice. Oficalna banicja również zdawała się zbędna. Nie chcieli krzywdzić zrozpaczonej siostry jeszcze bardziej. Wierzyli, że Chaka nie wróci. I faktycznie, nie wrócił. Słuch zaginął o jedynym dziecku Leah, które dożyło dorosłości.
Na dzień, który rozpoczęła nowina o jego odejściu, zaplanowane zostało duże polowanie oraz ostatnie spotkanie z sojuszniczymi stadami. Tego dnia, miały opuścić tereny Lwiej Ziemi i powrócić na własne terytoria. Starsze pokolenie niezwykle ucieszyło się z ponownego spotkania z Nevadą, podobnie jak Nisza, która w końcu miała możliwość poinformowania matki o ciąży. Kuzynka królowej, Lana, spędzała większość czasu w baobabie szmanki, dotrzymując towarszystwa Eclipse, ale również słuchając opowiści o swoim synu. Zafascynowała ją postać Shani, która wypowiadała się o młodym lwie ze szczerą radością. Siedziały razem przed drzewem, dzieląc się posiłkiem upolowanym przez Lanę oraz siostrę Shani. 
- Naprawdę go kochasz - uśmiechnęła się ciepło do młodszej z córek Idii, wysłuchując kolejenej ze wspominek o Asanim. Na psyk Shani również wkradł się nieśmiały uśmiech.
- Musiałabym się postarać, żeby było inaczej. - przyznała - Nie sądzę jednak, by dane nam bylo być razem, Pani.
- Dlaczego? - lwica przechyliła głowę, sięgając po kolejny kęs.
- Życie szamana toczy się w odosobnieniu. Trzymając przy sobie Asaniego, skazałabym go na towarzystwo jedynie moje oraz... cóż, duchów.
- Myślę, że jesteś dla siebie zbyt surowa, droga szamanko. - Lana uśmiechnęła się do niewidomej. Jej nadmierna empatia i troska nieco rozbaiwły kuzynkę królowej. - Jesteś młodą, piękną lwicą. Życie z tobą nie musi oznaczać dla nikogo klatki.
- Nie śmiałabym zamykać go tutaj. - Shani nie dawała za wygraną. Wiedziała ile kosztowało jej matkę i siostrę rozstanie z nią samą, gdy udawała się na szkolenie. Asani miał na Lwiej Skale przyjaciół, miał rodzinę, miał gwardię i obowiązki. Nawet jeśli była między nimi miłość, nie chciała by kosztowała go innych relacji w życiu.
- Co gdyby wybór zależał ode mnie? - znajomy głos wyrwał ją z rozmyślań. Spomiędzy konarów drzew wyłonił się mocno kulejący, rudawy lew. Shani poderwała się na cztery łapy, niemal potykając o leżącą przed nią zwierzynę.
- Asani...! - kilkoma susami znalazła się przy lwie. Samiec przytulił lwicę. - Jak się czujesz?
- Teraz już dobrze. - przyznał z uśmiechem, głaszcząc ją lekko. Odetchnął głęboko. - Tęskniłem za tobą, Shani.
- Tak się martwiłam...
Rozmawiając z lwem, Shani poczuła się lekko. Jego ciepły, beztroski śmiech... Bała się, że już go nie usłyszy. Wtedy pomyślała, że może to nie przed jego śmiercią ostrzegały ją duchy. Może strata Asaniego oznaczała wyrzeczenie się miłości na rzecz obowiązku...? Ostatnie wydarzenia na Lwiej Ziemi sprawiły, że była potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. A jednak zwykła rozmowa z lwem sprawiła, że nabarała nowej siły. Tak... Jeśli tylko Asani chaiłby z nią zostać, nie mogłaby być szczęśliwsza.
Lana obserwowała jak młodzi nadrabiają stracony czas. Zdołała poznać syna lepiej, gdy wyruszył z misją poselską. Nie spodziewała się spotkać ani Wimbo, ani potomka, którego widziała ostatni raz jako małe lwiątko. Asani wyrósł na lwa o złotym sercu. Nie mieli zbyt wiele czasu by nadrobić minione lata, ale w podróży na Lwią Ziemię okazał się znakomitym przewodnikiem i troskliwym towarzyszem. Życzyła mu wszystkiego co najlepsze. Korzystając z okazji gdy para zajęła się sobą, zostawiła ich i udała się na Lwią Skałę.
Spotkanie, właśnie się zaczynało. Sawa rozpoczął od głębokich podziękowań dla obu stad, dzięki którym do zebrania w ogóle mogło dojść. Ogłosił Lwią Ziemię bezpieczną przystanią dla lwów z sojuszniczych stad, której granice stoją otworem, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. W zgodzie z obojgiem dzieci, zarówno Valentine, której koronacja na królową Wolnej Ziemi była tuż za rogiem, jak i Kionem, przedłużyli sojusz. Jeśli tylko któreś ze stad znalazłoby się w potrzebie, mogło liczyć na wsparcie zarówno Lwiej, jak i Wolnej Ziemi.
Wraz z pożegnaniem i odejściem sojuszników, Sawa zorganizował kolejne spotkanie, na którym ustalono nowe pozycje w stadzie. Po śmierci wielu lwioziemców oraz przeniesieniu się części z nich na Wolną Ziemię, konieczne było ustalenie nowej hierarchii. Bahati, Amara oraz Zawadi chcieli pozostać na Lwiej Ziemi. Hapana z Miujizą zdecydowali się na stałe osiedlić na Wolnej Ziemi. Koronację księżniczki Valentine zaplanowano na kolejny dzień. 
Zgodnie z wolą jej członków, Lwią Gwardię rozwiązano. Nuada miał stanąć u boku Valentine jako lider Wolnej Ziemi, Bahati oraz Amara spodziewali się lwiątek, zaś Asani ogłosił, że planuje ożenić się z Shani oraz zamieszkać wraz z nią w baobabie. Z pokonaniem Narumi oraz ostatecznym rozstrzygnięciem wieloletniego sporu z Kharim, potrzeba obecności Gwardii była dużo mniejsza. Choć wszyscy gwardziści poczuli uszczypnięcie żalu w związku z zamknięciem tego rozdziału ich życia, wiedzieli, że ich przyjaźń i więź pozostaną równie silnymi. 
Wyglądało na to, że kolejna era dziejów Lwiej Ziemi dobiegała końca. Nadchodziły nowe czasy, lepsze czasy. Bez cienia konfliktu między Lwią a Złą Ziemią. Bez wrogich stad czychających za granicami. To wszystko zdawało się teraz zaledwie cieniem przeszłości, który będą przekazywać dalej przyszłym pokoleniom. 

#94. Początek końca cz. II

Bitwa eskalowała szybko. Gdy tylko Khari zbliżył się do władcy, pierwsze lwice z Lwiej Ziemi przystąpiły do ataku. W epicentrum starcia znaleźli się przywódcy obu stron. Wokół dwóch samców wzniosły się tumany kurzu, gdy członkowie ich stad szczepili się ze sobą w nienawiści. Khari pierwszy zaatawkował Sawę, z silnym wybiciem tylnych łap popychając go mocno. Nie udało mu się jednak obalić króla. Silna postawa brązowego zapewniła mu stabilność i możliwość odparcia zamachu. Gdy łapy rudego wylądowały na nim, obrócił się sprawnie i wgryzł w kark przeciwnika. Czuł jak tamten orze jego ciało pazurami, więc zacisnął szczęki mocniej. Z bólu oboje oderwali się od siebie by ponownie przystąpić do pojedynku ledwie moment później. Natarli na siebie, przewalając między innymi lwami. Wirujący tłum łap i kłów rozdzielił napastników. Wśród palącego w płucach pyłu ledwie dali radę się dostrzec. Lwioziemki szybko zauważyły zmianę położenia i wkroczyły między samców, oddzielając rudego od swojego władcy. Khari zjeżył się na ich widok. Nie chciał walczyć z lwicami. Potrzebował dostać się do Sawy, rozegrać starcie najszybciej jak się da. Pozbawione króla stado nie miałoby wyboru, musiałoby uznać jego przywództwo. 

Zniżając się bliżej ziemi obnażył kły w ostrzegawczym geśice. Nim przystąpił do ataku, rozpoznał w tłumie jedno spojrzenie. Nigdy nie był by w stanie go zapomnieć. Ślepia jak akwamaryn wpatrywały się w niego z czystą pasją i nienawiścią. Złowrogi śmiech wymknał mu się z gardła. Idia stała za lwicami, które najwidoczniej oddzielały nie tylko Sawę, ale również córkę Kiary. Widząc, że rudy dostrzegł ją, nie wytrzymała napięcia. Z całych sił naparła na lwice, wystrzelając jak z procy w kierunku wroga. Khari uśmiechnał się jedynie i zniżył jeszcze mocniej. W odpowiednim momencie sam wybił się z ziemi by sparować atak Idii. Lwy wpadły na siebie z impetem, od razu wczepiając się w ciała z zawiścią. Choć Idia była mniejsza, jej złość i pragnienie odpłacenia się za lata cierpień dodawały jej siły. Gdy tylko zobaczyła Khariego, zalały ją wspomnienia Chaki. Gdyby tylko mógł przy niej być, wszystko wyglądałoby inaczej... Samiec był zaskoczony zaciekłością lwicy, jednak jedynie go to podnieciło. Wściekłość Idii bawiła go. Lwica przelała w starcie swój cały gniew i frustrację, lata skrywanej furii. Pozwalał jej wyładować na sobie tą złość. Wystarczyła chwila, moment i... Przebił się przez atak lwicy i wgryzł w jej gardło, obalając bez problemu. Idia poczuła strach, po raz pierwszy odkąd stawiła się na polu bitwy. Khari puścił ją, przydeptując jej szyję. Drugą łapą unieruchomił jej własne. Leżała przygwożdżona bez możliwości wymknięcia się oprawcy. Lew zbliżył swój pysk do tego jej. W oczach lwicy wciąż widział tą samą złość i niezłomność. Przejechał pazurem po postrzępionym uchu rudej i nachylił się tak, by mogła go słyszeć wyraźnie.
- Zrobiłbym wszystko tak samo. Tym razem, kazałbym Ci patrzeć. - Idia szarpnęła się, co jedynie rozbawiło lwa. - Twoje córki będą kolejne. Wymażę wszelki ślad po Chace, aż zaczniesz wątpić, czy kiedykolwiek istniał.
Idia próbowała ukąsić go w łapę, wymknąć się spod jego ciała, ale nie była w stanie tego zrobić. Strach przed krzywdą, jaka mogła stać się jej dzieciom sparaliżował ją na moment. Nie była w stanie ochronić ich ojca. Czy była w stanie ochronić chociaż je?
W tej chwili coś zrzuciło z niej samca. To Miujiza ruszył z odsieczą. W końcu mógł naprawdę wykorzystać wszystko, czego Khari sam go nauczył. Rzucił się na lwa z góry, atakując jego kark. Idia wykorzystała momentalne zachwianie równowagi wroga, by wymknąć się spod niego. Ujrzała syna Wazi, odpierającego ataki rudego. Poczuła jak kamień spada jej z serca. Nigdy nie wątpiła w lojalność potomstwa kuzynki, jednak wiedziała, że zmierzenie się z lwem może być dla nich ciężkie. Miujiza jak zawsze stanął jednak na wysokości zadania. Nie mógł zaprzątać sobie głowy strachem i wątpliwościami. Przyszła chwila, w której musiał przestać żałować krwi z której się narodził. Nigdy nie mógł jej wybrać. Mógł chociaż wybrać swój dom i przyszłość. 
Całą sytuację obserwowała Wazi, która sama chciała ruszyć Idii z pomocą. Podobnie jak ruda nosiła w sobie wielką bliznę po relacji z lwem. Gdy ujrzała syna stającego przeciw swojemu biologicznemu ojcu, zalała ją wielka duma. Widziała jak Idia podnosi się i pomaga gwardziście w walce. Mogła ponownie rzucić się w wir walki. Nie dane jej było jednak wybrać swojego kolejnego przeciwnika. Tym razem to ona została zaatakowana. Mogłaby przysiąc, że Lisa pojawiła się znikąd, choć od razu skarciła się za swoją własną nieuwagę. Mogła spodziewać się, że niedaleko lwa będzie jego partnerka. Pokryta bliznami samica podcięła ją, wbijając się pazurami w żebra. Poczuła ogromny wstęt, gdy znalazły się na niej łapy lwicy. Odepchnęła ją od siebie i natychmiast odzyskała trzeźwość umysłu. Przeciwniczka okrążyła ją wolnym krokiem, nie spuszczając z niej wzroku.
Choć Wazi starała się skupić całą swoją uwagę na wrogiej lwicy, w tle wciąż widziała przebłyski walki między Miujizą a Kharim. Wystarczył moment zawachania, gdy syn otrzymał silniejszy cios by Lisa wykorzystała chwilową słabość przeciwniczki. Ruda skoczyła w stronę jej gardła.
- Mamo! - do uszu obu lwic dobiegł krzyk. Odwróciły głowy w stronę znajomego głosu, by ujrzeć jak brązowy lew obala na ziemię Lisę nim sama zdążyła zaatakować. Bahati przygwoździł ją nie pozwalając sobie na chwilę zwąpienia. Choć nie wystawił pazurów, silnymi łapami skutecznie uniemożliwił jej ucieczkę. Lisa sapnęła jedynie w oszołomieniu, podnosząc wzrok na chłodne spojrzenie syna. -  Mówiłem do niej. - odparł jedynie cicho, zerkając na Wazi. Serce córki Vitani zalała fala ciepła. Słowa Bahatiego wypełniły ją siłą, której nie była sama świadoma. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, młody lew kontynuuował. - Mamo, posłuchaj mnie. Zza muru przy Złej Ziemi wyrusza druga grupa. Musisz ostrzec nasze tyły, nie spodziewają się ataku.
 ~*~
Nim Nuada dotarł na pole bitwy, walka rozpętała się na dobre. Prowadził ze sobą niewielki oddział lwic. Ich głównym zadaniem był atak z nienacka i odciągnięcie uwagi wroga od głównych sił Lwiej Ziemi. Nuada czuł stres. Walczył wcześniej niejeden raz, ale minęło zbyt wiele czasu od jego ostatniej walki bez Ryku Pradawnych. Odkąd Lwia Gwardia rozpadła się po zdradzie Chaki, nie mógł w pełni wykorzystywać swojej pozycji. Musiał polegać na własnej sile i umiejętnościach, które nabył w młodości. Pomimo cienia lęku, skupiał się na determinacji buzującej w jego żyłach. Nie był na Lwiej Ziemi gdy konflikt z Kharim się rozpoczął. Nie zaznał krzywdy z jego strony na własnej skórze. Ale Narumi... Jej decyzje wciąż ciążyły mu na sercu. Mimo całego gniewu, wciąż w jakiś sposób kochał siostrę. Nie miało to jednak znaczenia. Jako gwardzista musiał wypełnić powierzone mu zadanie. Jako on sam nie mógł pozwolić by zaufanie jakim obdarzyli go lwioziemcy poszło na marne.
Serce stanęło mu w gardle gdy zbliżyli się dostatecznie blisko by dojrzał całą scenerię. Starcie nie było zwykłą bitwą. Gdy dotarli na miejsce, na tyłach lwioziemców rozgrywała się krwawa jatka. Królowa Eclipse walczyła w centrum, osłaniana przez Asante gdy zza muru wybiegały coraz to kolejne lwy, za każdym razem, gdy lwioziemcom udawało się nadrobić straty. Otrząsając się z chwilowego oszołomienia, wydał lwicom rozkaz do ataku. Sam natychmiast ruszył w stronę królowej, widząc jej znaczne zmęczenie walką i strugi krwi plamiące jej jasne futro.
Ztaranował kogoś, kto właśnie próbował ją zaatakować. Kilka kłapnięć szczęką i silnych ciosów łapami. Kolejny przeciwnik. Odciągając uwagę od białej lwicy, umożliwił Asante wyprowadzenie jej z centrum walki. Gdy tylko odsunęli się na większy dystans, Nuada ujrzał jak duży samiec obala Asante na ziemię, wskakując na niego od tyłu. Atak był silny i brutalny. Eclipsce natychmiast ruszyła by pomóc lwu, jednak osłabiona własnymi ranami nie dawała rady osłaniać męża Leah. Brązowy lew, który go zdominował, szarpał cały grzbiet beżowego, zaciskając szczęki na jego karku. Nuada wyrwał się z uścisku własnego przeciwnika i choć jego łapa dawała się we znaki kilkoma susami znalazł się przy starszych lwach. Rozkazał jednej z lwic by odciągnęła królową, sam rzucił się na napastnika, w którym rozpoznał kochanka siostry. Zalany goryczą, z rykiem rzucił się na samca, skutecznie odwracając jego uwagę. Z pyska Nguvu ciekła krew, którą zlizał z satysfakcją, nim zaatakował gwardzistę. Młode lwy sczepiły się z sobą, nie tracąc czasu na zbędne słowa.
Wśród całego motłochu i kurzu nikt nie zwrócił uwagi na samotną sylwetkę, która dotarła na pole walki. Masa ciał wyglądała niemal jak jeden organizm, jak wielka fala pulsująca własnym rytmem. Lew wyłapał w tej masie kilka znajomych pysków, kilka zbyt znanych zapachów i grzyw. Obserwując liczne ciała splecione ze sobą w tym brutalnym tańcu, ciężko mu było uwierzyć, że lwioziemcy zdają się lepiej zgrani z ich śmiertelnym wrogiem niż z nim samym. Dostrzegł dwie sylwetki wydostające się z tłumu. Białą lwicę rozpoznał od razu, jednak lwa u jej boku... 
Poczuł jak robi mu się słabo. Z zakrwawionej sierści i struchlałej sylwetki nie był w stanie rozpoznać go na pierwszy rzut oka. Ale wiedział, że to on, że to jego ojciec. Mimowolnie uczynił krok w stronę oddalającej się dwójki, gdy Asante osunął się na ziemię. Chaka odwrócił wzrok, czując jak wraz z nieokiełznanym gniewem zalewa go żal, a oczy wypełniają się łzami. Zacisnął zęby. Zwrócił wzrok na walczące stada. Nuada wciąż walczył z lwem, którego imię wyleciało mu z głowy w przypływie złości. I wtedy ją ujrzał, Narumi, skradającą się do jasnego samca z drugiej strony. Poczuł jak jego łapy płoną żywym ogniem i nim sam się zorientował, rzucił się w stronę lwicy. Sama siła z jaką zderzył się z jej ciałem, musiała złamać jej żebro czy dwa. Wrzasnęła z przerażającym rykiem, gdy pozwolił sobie na rozpłatanie jej brzucha pazurami. Nie dbał o honor walki. Wszyscy wiedzieli, że dawno stracił jego resztki. Obezwładniający skowyt bólu brązowej, zamroził Nguvu dając przewagę Nuadzie. Chaka nie odpuszczał, zaślepiony agresją. Zbliżył pysk do szyi lwicy by ją wykończyć.
- Znajdę cię w piekle - charknął jedynie, nim zmiażdzył jej kark szczęką.W tej chwili rzucił się na niego brązowy samiec, znacząco osłabiony starciem z Nuadą. Brat Niszy nie zrezygnował jednak i gdy Chaka przyjął przeciwnika od frontu, gwardzista kontynuował atak z drugiej strony. Po chwili ciało samca padło obok jego partnerki. Nuada zawachał się nad przystąpieniem do ataku na Chakę. Po całej krzywdzie jaką wyrządził Valentine, łapy same rwały mu się do ciosu. Syn Leah nie pozwolił mu na to jednak, niemal natychmiast po pokonaniu Nguvu wskazując na granicę z Cmentarzyskiem. 
- Mur! Musimy zniszczyć mur! - krzyknął do Nuady. Brat Niszy zerknął na kamienną konstrukcję. Wrogie stado otworzyło w ścianie kolejne tunele, w których ukrywały się ich posiłki. Chaka miał rację. Jeśli udałoby im się zniszczyć konstrukcję, szyk rozproszyłby się i przeciwnicy musieliby obrać nową strategię. Oboje ich dowódców nie żyło, co znacznie utrudniłoby zadanie. Nawet chwila dezorientacji w szeregach wroga dawała lwioziemcom większe szanse na przetrzymanie ataku.
Wiedział jednak, że stracił Ryk bez którego zadanie było niemożliwe do wykonania. I z pomocą siły Chaki, jakkolwiek nie chciał jej otrzymywać, udanie się do tuneli wroga by je zasypać było samobójstwem. Na ramieniu lwa ujrzał jednak dawne znamię gwardzisty, tlące się, jakby świeżo wypalone. Sam poczuł w sobie jakąś niemal zapomnianą moc, przepływającą przez jego ciało aż do ziemi. Chaka nieustępliwie patrzył na niego. Od początku byli dla siebie rywalami i darzyli się szczerą niechęcią. Teraz jednak nie było czasu o tym pamiętać. Zajmie się Chaką po bitwie. Jeśli ją przeżyją.
- Osłaniaj mnie. - wydał jedynie prosty rozkaz, na który młodszy skinął głową. Ruszyli w stronę blokady, ignorując toczącą się wokół walkę. Niebo zaczęły spowijać gęste chmury. Nim dotarli pod mur, powietrze zdawało się naelektryzowane napięciem. Choć z początku wątpił w tę możliwość, stawiając się u podnóży przejścia, Nuada uwierzył, że się uda. Gdy Chaka ściągnął na siebie uwagę przeciwników, lider gwardii odzyskał swoją dawną siłę. I gdyby miał użyć Ryku po raz ostatni, wiedział, że jest to odpowiedni moment. Odgłosy walki przytłumił przytłaczający dźwięk jego głosu, kruszący skały i wywołujący małą lawinę z resztek muru. Głazy sunęły w dół pod naciskiem Ryku, niszcząc sztuczną granicę między ziemiami. Część wrogów uciekła z tworzących się ruin, część zginęła pod nimi. Główna strategia wrógów została rozgromiona. Walka dłużej nie rozgrywała się na dwa fronty. Z upadkiem muru, dwie strony całkowicie zmieszały się ze sobą, chcąc doprowadzić walkę do końca jak najszybciej. 
Mimo pozornej przewagi, przeciwnicy Lwiej Ziemi wciąż zdawali się przodować. Skutecznie udało im się rozbić szyki lwioziemców, utrudniając komunikację pośród walki. Wielu rannych plątało się pod łapami, coraz więcej ciał bezwładnie leżało u stóp walczących. Grupa Narumi po stracie przywódczyni zdecydowała się dołączyć w roli wsparcia dla Khariego, dołączając do ich własnej strategii zamiast obmyślać własną. Przewaga liczebna wrogów była znacząca i jedynie nabierała na sile z biegiem walki. Choć mieszkańcy Lwiej Ziemi nie chcieli tego przyznawać, myśli o przegranej coraz silniej dawały się we znaki. Członkowie stada starali się wciąż zagrzewać do walki, udzielać sobie wzajemnego wsparcia, ale wobec agresji i nieustannego natarcia przeciwników, wszelkie próby pełzły na niczym.
Ogólny popłoch trwał, dopóki na obalonym murze nie pojawiły się dwie sylwetki, początkowo wzbudzające jeszcze większy niepokój. Stojąc pod słońce, nikt nie był w stanie dokładnie określić tożsamości przybyszów. Część stada pomyślała, że to resztki niedobitków, wydostające się spod gruzuów, do chwili gdy ktoś w tłumie krzyknął:
- To książę! Książę Kiongozi powrócił!

#93. Początek końca cz. I

Odkąd spod Lwiej Skały wyruszyła ekspedycja minął już przynajmniej tydzień. Odłam lwioziemców przeniósł się na Wolną Ziemię pod przewodnictwem księżniczki i jej partnera. Choć Valentine nie była jeszcze koronowana, rozdzielenie władzy między terytoriami zarówno jej, jak i jej ojcu wydawało się dobrym posunięciem. Dzięki odseparowaniu Wolnej Ziemi od jego rządów, mógł skupić większą uwagę na Lwiej Ziemi. Choć ciężko było skupić się w ogóle, kiedy jego syn przebywał na nieznanych terenach. Wierzył jednak, że Kiongozi podoła zadaniu i niezależnie od rezultatu jaki przyniesie wyprawa biały książę powróci zmieniony i gotowy do przejęcia obowiązków, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Sawa i Eclipse wciąż pozostawali w sile wieku, do niemożności i konieczności przekazania władzy zostawało im jeszcze wiele czasu. Mimo wszystko, król był racjonalny. Wielka bitwa mogła stoczyć się lada dzień a wraz z nią losy ukochanej krainy leżały na szali. Sam Khari stanowił zagrożenie. Odizolowany, karmiący się nienawiścią i zawiścią za sprawy, które dawno minęły. Był głodny konfliktu, od lat własnoręcznie go podsycał. Sawa wiedział, że rudy lew celuje nie tylko w zdobycie własnego terytorium, ale również wyrządzenie krzywdy tym, których król trzymał blisko serca. Z drugiej strony była Narumi. Lwica, przepełniona zazdrością i chęcią zemsty. Na samą myśl o przeciwnikach serce władcy robiło się ciężkie. Z drugiej strony otaczało go tyle dobrych nowin. Miał zostać dziadkiem. Dorósł, wychował własne dzieci i miał oglądać nadejście na świat kolejnego pokolenia. Słońce  panowania Sawy było w zenicie. A jednak, Lwia Ziemia już wkrótce miała splamić się krwią. Jeśli wspólnymi siłami wrogie stada obaliłby rządy lwioziemców, rzeź nie skończyłaby się na tym. Rozpętałby się kolejny konflikt o władzę a kraina nie zaznałaby pokoju przez liczne pokolenia. Taka wizja szczerze go przerażała. Musieli wygrać. Nie tylko dla własnego przeżycia, ale przeżycia całej Lwiej Ziemi i jej mieszkańców. 
Cieszył się, że znalazł wsparcie i inicjatywę w córce. Valentine zwerbowała dość lwic by strzec granic Wolnej Ziemi na własną rękę. Gwardziści, wraz z Nuadą, który pozostawał jednak u boku księżniczki, wciąż byli pod władzą króla Lwiej Ziemi. Mimo to członkinie stada, które udały się za brązową lwicą na Wolną Ziemię wykazywały się niezwykłą lojalnością księżniczce oraz chęcią obrony ziem, jakby były ich domem od lat. Choć początki prawdziwego dowodzenia grupą były ciężkie, Valentine niezwykle doceniała siłę więzi tworzonych od wczesnego dzieciństwa. Nie tylko rodzina, ale również przyjaciele pomagający jej na nowym stanowisku i w tak skrajnie kryzysowym czasie byli w stanie ukoić jej nerwy.
Spośród lwic, które udały się za księżniczką, Hapana niemal natychmiast wykorzystała sytuację by w końcu dobrze wykorzystać swoje umiejętności. Szybko stała się przewodniczącą wśród lwic patrolujących. Od zawsze lubiła wyzwania i uchodziła za niezwykle zdolną w walce. Na Lwiej Ziemi najwyższe pozycje zajmowali starsi członkowie stada i Hapana czuła, że marnuje swój potencjał. Teraz, gdy stado było w potrzebie a grupa na Wolnej Ziemi dopiero kształtowała swoją wewnętrzną strukturę, uznała to za szansę na zarówno realną pomoc w sprawie, jak i zaspokojenie własnych ambicji. Miujiza całymi dniami i tak był zajęty, dowodząc swoją własną jednostką jako gwardzista, a ona już nie miała się z frustracji. Potrzebowała zająć czymś łapy i głowę. W przeddzień walki byle polowania jej nie wystarczały.
Choć wszystkie lwice patrolujące działały w grupach, dzięki swojej pozycji Hapana patrolowała sama. Gdy napotkała którąś z grup oczywiście mogła się do niej dołączyć, jednak nie miała wyznaczonego kierunku czy terytorium, którym miała się zajmować. Jak zwykle chodziła własnymi ścieżkami, lepiej poznając przy tym Wolną Ziemię. Wydeptała własne drogi, wyznaczyła własne trasy i skróty. Dzięki temu nic jej nie umknęło. Szybkość oraz kondycja lwicy polującej znacznie pomagały w pełnieniu zadania. 
Każdego ranka odkąd objęła pozycję, tuż przed świtem zmierzała na południowo-zachodnią granicę z Lwią Ziemią by spotkać się na chwilę z ukochanym. Udawali się na szybkie polowanie i cieszyli wspólnym posiłkiem. Po tej drobnej przyjemności, każdy z nich udawał się pełnić własne obowiązki. Miujiza wracał na Lwią Skałę odebrać rozkazy od Sawy i Asante, natomiast samotna biegaczka ruszała dalej wzdłuż granicy, przeganiając mrok. Przeważnie nie napotykała nic wielkiego. Żaden z lwów Khariego nie odważył się opuścić Cmentarzyska. Notorycznie gdy zbliżała się do wrogiego terytorium czuła na sobie wzrok zwiadowców zza muru, ale nie zniechęcało jej to. Wręcz przeciwnie. Jej częsta obecność o nieregularnych porach dnia  dawała przeciwnikom jasny sygnał, że Wolna Ziemia nie da się zaskoczyć. Hapana wiedziała jak bardzo Valentine przejmuje się nową pozycją i całą sytuacją. Mimo, że księżniczka sama wyszła z inicjatywą by przenieść się na obiecane jej terytorium, wcale nie znaczyło to, że nie martwi ją odpowiedzialność. Hapana miała pewność, że jej przyjaciółka dobrze się spisze. Zawierzyłaby jej swoje życie bez zawahania. Wiedziała, że to czego Valentine teraz potrzebuje to wsparcie i lojalność. Te dwie rzeczy mogła jej zagwarantować.
Wybiło właśnie południe, gdy lwica z grzywką kończyła swój drugi posiłek. Kończąc obchód wpadła na grupę polującą, która wyruszała właśnie na łowy. Postanowiła pomóc i dołączyć. Niedługo potem leżały przy wodopoju ze zgromadzoną zwierzyną i zajadały się w najlepsze. Zbliżała się pora zmian patrolów, lwice które teraz jadły miały zaraz wejść na miejsce lwic patrolujących ziemie od rana.
Ruda rozglądała się za przyjaciółką, jednak nigdzie nie dostrzegła księżniczki.
- Gdzie zgubiłeś dziewczynę? - zagadnęła do siedzącego obok Nuady, oblizując kły z resztek.
- Poszła spotkać się z Eclipse. Miały dzisiaj razem robić obchód. - wyjaśnił. Hapana skinęła. Jej patrole różniły się od tych królewskich. Niebieskooka i podlegające jej lwice miały jedynie pilnować by wróg nie dostał się na terytorium. Valentine musiała kontrolować sytuację w jego wewnątrz i zapobiegać możliwym konfliktom między mieszkańcami. Przeciągnęła się i podeszła do wodopoju. Zbliżyła pysk do tafli i napiła się. Woda była spokojna, odbijała błękit nieba jak zwierciadło. Ujrzała w nim klucz ptaków, gnających wysoko nad stadem, z niosącym się echem gaworem. Zastygła tuż nad chłodną powierzchnią, nosem niemal brodząc w cieczy. Ogrom ptactwa zasłonił żar południowego słońca. Wtem zastrzygła uszami i mlasnęła głośno, zrywając się na równe łapy. Wbiła wzrok w niebo i przez moment podążyła oczyma za ptakami. Zanim nabrała świadomości, już wiedziała, co się dzieje. W kilku susach znalazła się z powrotem przy stadzie. Nuada zdawał się wyczuwać to samo co ona.
- Znajdź Valentine - rzucili niemal w tym samym czasie, prawie się zderzając. Ruda potrząsnęła grzywką, nie zgadzając się stanowczo.
- Ruszam w stronę granicy. Twoja łapa wciąż nie jest w pełni sprawna, będę tam szybciej. Znajdź Valentine, zawiadomcie Sawę. - wydała krótkie polecenia i nim lew zdążył jej przerwać odwróciła się i w te pędy rzuciła przed siebie. Coś spłoszyło ptaki. To nie mogło zwiastować nic dobrego. Biegła ile sił miała w całym ciele. Ruszyła pierwszym skrótem, przez niewielki wąwóz, który porą deszczową napełniał się wodą. Czmychnęła zwinnie w dół, mknąc dnem koryta. Nasłuchiwała jakichkolwiek sygnałów, ale nic więcej nie zapowiadało możliwej napaści. To wcale jej nie uspokoiło. Słyszała jedynie własne łapy i głośny oddech, gdy z każdym susem uderzała o ziemię. Wysuszona rzeka wyprowadziła ją tuż nieopodal granicy oddzielonej kamienną ścianą. Zatrzymała się gwałtownie, prawie potykając o własne łapy. Serce stanęło jej na moment. Jeden z głazów był odsunięty. Przejście o którym mówili Valentine i Nuada. Trawa wokół niego leżała płasko, zupełnie wydeptana. Wykorzystali momentalną przerwę w patrolach i postanowili zaatakować.
Chwilę zajęło jej dojście do siebie i zmuszenie ciała do dalszego biegu. Ruszyła tropem wroga, odbijając gwałtownie by obrać trasę prosto na Lwią Skałę. Musiała wszystkich ostrzec, nim będzie za późno.
~*~
Ziemia zatrzęsła się od tętentu łap, gdy lwioziemcy zbiegli z Lwiej Skały. Z Sawą na czele zmierzali w stronę Wolnej Ziemi. Valentine stała u boku rodziców, pozwoliła by Nuada udał się do ich nowej siedziby i przegrupował siły. Między oboma stadami w optymalnym dystansie trzymał się Agile, mający za zadanie doprowadzić stado na miejsce, jeśli drugie wpadłoby na wroga wcześniej. Sawanna zdawała się opustoszała, pozostali mieszkańcy musieli wyczuwać zbliżające się starcie i znaleźć bezpieczne kryjówki. Pochód lwioziemców zatrzymał się niemal na samej granicy z Cmentarzyskiem. Stado znalazło się na zderzeniu trzech terytoriów - swoich sojuszników z Wolnej Ziemi i wrogiej siedziby. Oczekując w napięciu obserwowali kamienny mur, oddzielający terytoria. Choć Sawa otrzymał informację, że tunel ponownie otworzono, gdy znaleźli się niemal u jego stóp, nic na to nie wskazywało. Poza niepokojący wydeptaną trawą i absolutną ciszą w okolicy nic nie wyglądało podejrzanie. 
- Panie...! - jedna z lwic w tłumie odezwała się zlęknionym tonem. Sawa odwrócił się w stronę głosu i sierść zjeżyła mu się na grzbiecie.
- Khari - warknął król. Rudy lew leżał na skale, grzejąc się w słońcu, prowokując swoją nonszalancją. Za nim gromadziło się jego własne stado. Dzięki wiejącemu na ich korzyść wiatrowi, wrogie stado obeszło ich od tyłu. Najbliżej stała Lisa. Na jej widok Bahati poczuł lekkie ukłucie w sercu. Przyszedł dzień, gdy musiał stanąć przeciw swojej przeszłości. 
- Proszę, proszę, czyżby kogoś obleciał strach? - Khari przeciągnął się leniwie, drapiąc głaz. Na pysku gościł mu jadowity uśmiech - Kopę lat, starzy przyjaciele.
- Podnieś się, gdy do mnie mówisz - rozkazał Sawa, występując przed szereg. Brew rudego drgnęła do góry. Samice zgromadzone w okół niego zbliżyły się kilkla kroków w stronę lwioziemców.
- Nie podniosę się, królu. - pokręcił głową i przymrużył oczy, akcętując ironicznie ostatnie słowo. Wśród lwic ponownie pojawiło się poruszenie. Rudy ciężko dźwignął się na łapy, trzymając łeb nisko i obnażając zęby w pogardliwym uśmiechu - Tak jak ty, nie podniesiesz się pod koniec tego dnia. Ty, ani żaden z lwioziemców. Lepiej zapamiętajcie jak słońce razi w zenicie. - Jednym susem zeskoczył ze skały i stanął przed synem Kiary prostując się. - Więcej dla was nie wstanie.