piątek, 21 sierpnia 2026

#93. Początek końca cz. I

Odkąd spod Lwiej Skały wyruszyła ekspedycja minął już przynajmniej tydzień. Odłam lwioziemców przeniósł się na Wolną Ziemię pod przewodnictwem księżniczki i jej partnera. Choć Valentine nie była jeszcze koronowana, rozdzielenie władzy między terytoriami zarówno jej, jak i jej ojcu wydawało się dobrym posunięciem. Dzięki odseparowaniu Wolnej Ziemi od jego rządów, mógł skupić większą uwagę na Lwiej Ziemi. Choć ciężko było skupić się w ogóle, kiedy jego syn przebywał na nieznanych terenach. Wierzył jednak, że Kiongozi podoła zadaniu i niezależnie od rezultatu jaki przyniesie wyprawa biały książę powróci zmieniony i gotowy do przejęcia obowiązków, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Sawa i Eclipse wciąż pozostawali w sile wieku, do niemożności i konieczności przekazania władzy zostawało im jeszcze wiele czasu. Mimo wszystko, król był racjonalny. Wielka bitwa mogła stoczyć się lada dzień a wraz z nią losy ukochanej krainy leżały na szali. Sam Khari stanowił zagrożenie. Odizolowany, karmiący się nienawiścią i zawiścią za sprawy, które dawno minęły. Był głodny konfliktu, od lat własnoręcznie go podsycał. Sawa wiedział, że rudy lew celuje nie tylko w zdobycie własnego terytorium, ale również wyrządzenie krzywdy tym, których król trzymał blisko serca. Z drugiej strony była Narumi. Lwica, przepełniona zazdrością i chęcią zemsty. Na samą myśl o przeciwnikach serce władcy robiło się ciężkie. Z drugiej strony otaczało go tyle dobrych nowin. Miał zostać dziadkiem. Dorósł, wychował własne dzieci i miał oglądać nadejście na świat kolejnego pokolenia. Słońce  panowania Sawy było w zenicie. A jednak, Lwia Ziemia już wkrótce miała splamić się krwią. Jeśli wspólnymi siłami wrogie stada obaliłby rządy lwioziemców, rzeź nie skończyłaby się na tym. Rozpętałby się kolejny konflikt o władzę a kraina nie zaznałaby pokoju przez liczne pokolenia. Taka wizja szczerze go przerażała. Musieli wygrać. Nie tylko dla własnego przeżycia, ale przeżycia całej Lwiej Ziemi i jej mieszkańców. 
Cieszył się, że znalazł wsparcie i inicjatywę w córce. Valentine zwerbowała dość lwic by strzec granic Wolnej Ziemi na własną rękę. Gwardziści, wraz z Nuadą, który pozostawał jednak u boku księżniczki, wciąż byli pod władzą króla Lwiej Ziemi. Mimo to członkinie stada, które udały się za brązową lwicą na Wolną Ziemię wykazywały się niezwykłą lojalnością księżniczce oraz chęcią obrony ziem, jakby były ich domem od lat. Choć początki prawdziwego dowodzenia grupą były ciężkie, Valentine niezwykle doceniała siłę więzi tworzonych od wczesnego dzieciństwa. Nie tylko rodzina, ale również przyjaciele pomagający jej na nowym stanowisku i w tak skrajnie kryzysowym czasie byli w stanie ukoić jej nerwy.
Spośród lwic, które udały się za księżniczką, Hapana niemal natychmiast wykorzystała sytuację by w końcu dobrze wykorzystać swoje umiejętności. Szybko stała się przewodniczącą wśród lwic patrolujących. Od zawsze lubiła wyzwania i uchodziła za niezwykle zdolną w walce. Na Lwiej Ziemi najwyższe pozycje zajmowali starsi członkowie stada i Hapana czuła, że marnuje swój potencjał. Teraz, gdy stado było w potrzebie a grupa na Wolnej Ziemi dopiero kształtowała swoją wewnętrzną strukturę, uznała to za szansę na zarówno realną pomoc w sprawie, jak i zaspokojenie własnych ambicji. Miujiza całymi dniami i tak był zajęty, dowodząc swoją własną jednostką jako gwardzista, a ona już nie miała się z frustracji. Potrzebowała zająć czymś łapy i głowę. W przeddzień walki byle polowania jej nie wystarczały.
Choć wszystkie lwice patrolujące działały w grupach, dzięki swojej pozycji Hapana patrolowała sama. Gdy napotkała którąś z grup oczywiście mogła się do niej dołączyć, jednak nie miała wyznaczonego kierunku czy terytorium, którym miała się zajmować. Jak zwykle chodziła własnymi ścieżkami, lepiej poznając przy tym Wolną Ziemię. Wydeptała własne drogi, wyznaczyła własne trasy i skróty. Dzięki temu nic jej nie umknęło. Szybkość oraz kondycja lwicy polującej znacznie pomagały w pełnieniu zadania. 
Każdego ranka odkąd objęła pozycję, tuż przed świtem zmierzała na południowo-zachodnią granicę z Lwią Ziemią by spotkać się na chwilę z ukochanym. Udawali się na szybkie polowanie i cieszyli wspólnym posiłkiem. Po tej drobnej przyjemności, każdy z nich udawał się pełnić własne obowiązki. Miujiza wracał na Lwią Skałę odebrać rozkazy od Sawy i Asante, natomiast samotna biegaczka ruszała dalej wzdłuż granicy, przeganiając mrok. Przeważnie nie napotykała nic wielkiego. Żaden z lwów Khariego nie odważył się opuścić Cmentarzyska. Notorycznie gdy zbliżała się do wrogiego terytorium czuła na sobie wzrok zwiadowców zza muru, ale nie zniechęcało jej to. Wręcz przeciwnie. Jej częsta obecność o nieregularnych porach dnia  dawała przeciwnikom jasny sygnał, że Wolna Ziemia nie da się zaskoczyć. Hapana wiedziała jak bardzo Valentine przejmuje się nową pozycją i całą sytuacją. Mimo, że księżniczka sama wyszła z inicjatywą by przenieść się na obiecane jej terytorium, wcale nie znaczyło to, że nie martwi ją odpowiedzialność. Hapana miała pewność, że jej przyjaciółka dobrze się spisze. Zawierzyłaby jej swoje życie bez zawahania. Wiedziała, że to czego Valentine teraz potrzebuje to wsparcie i lojalność. Te dwie rzeczy mogła jej zagwarantować.
Wybiło właśnie południe, gdy lwica z grzywką kończyła swój drugi posiłek. Kończąc obchód wpadła na grupę polującą, która wyruszała właśnie na łowy. Postanowiła pomóc i dołączyć. Niedługo potem leżały przy wodopoju ze zgromadzoną zwierzyną i zajadały się w najlepsze. Zbliżała się pora zmian patrolów, lwice które teraz jadły miały zaraz wejść na miejsce lwic patrolujących ziemie od rana.
Ruda rozglądała się za przyjaciółką, jednak nigdzie nie dostrzegła księżniczki.
- Gdzie zgubiłeś dziewczynę? - zagadnęła do siedzącego obok Nuady, oblizując kły z resztek.
- Poszła spotkać się z Eclipse. Miały dzisiaj razem robić obchód. - wyjaśnił. Hapana skinęła. Jej patrole różniły się od tych królewskich. Niebieskooka i podlegające jej lwice miały jedynie pilnować by wróg nie dostał się na terytorium. Valentine musiała kontrolować sytuację w jego wewnątrz i zapobiegać możliwym konfliktom między mieszkańcami. Przeciągnęła się i podeszła do wodopoju. Zbliżyła pysk do tafli i napiła się. Woda była spokojna, odbijała błękit nieba jak zwierciadło. Ujrzała w nim klucz ptaków, gnających wysoko nad stadem, z niosącym się echem gaworem. Zastygła tuż nad chłodną powierzchnią, nosem niemal brodząc w cieczy. Ogrom ptactwa zasłonił żar południowego słońca. Wtem zastrzygła uszami i mlasnęła głośno, zrywając się na równe łapy. Wbiła wzrok w niebo i przez moment podążyła oczyma za ptakami. Zanim nabrała świadomości, już wiedziała, co się dzieje. W kilku susach znalazła się z powrotem przy stadzie. Nuada zdawał się wyczuwać to samo co ona.
- Znajdź Valentine - rzucili niemal w tym samym czasie, prawie się zderzając. Ruda potrząsnęła grzywką, nie zgadzając się stanowczo.
- Ruszam w stronę granicy. Twoja łapa wciąż nie jest w pełni sprawna, będę tam szybciej. Znajdź Valentine, zawiadomcie Sawę. - wydała krótkie polecenia i nim lew zdążył jej przerwać odwróciła się i w te pędy rzuciła przed siebie. Coś spłoszyło ptaki. To nie mogło zwiastować nic dobrego. Biegła ile sił miała w całym ciele. Ruszyła pierwszym skrótem, przez niewielki wąwóz, który porą deszczową napełniał się wodą. Czmychnęła zwinnie w dół, mknąc dnem koryta. Nasłuchiwała jakichkolwiek sygnałów, ale nic więcej nie zapowiadało możliwej napaści. To wcale jej nie uspokoiło. Słyszała jedynie własne łapy i głośny oddech, gdy z każdym susem uderzała o ziemię. Wysuszona rzeka wyprowadziła ją tuż nieopodal granicy oddzielonej kamienną ścianą. Zatrzymała się gwałtownie, prawie potykając o własne łapy. Serce stanęło jej na moment. Jeden z głazów był odsunięty. Przejście o którym mówili Valentine i Nuada. Trawa wokół niego leżała płasko, zupełnie wydeptana. Wykorzystali momentalną przerwę w patrolach i postanowili zaatakować.
Chwilę zajęło jej dojście do siebie i zmuszenie ciała do dalszego biegu. Ruszyła tropem wroga, odbijając gwałtownie by obrać trasę prosto na Lwią Skałę. Musiała wszystkich ostrzec, nim będzie za późno.
~*~
Ziemia zatrzęsła się od tętentu łap, gdy lwioziemcy zbiegli z Lwiej Skały. Z Sawą na czele zmierzali w stronę Wolnej Ziemi. Valentine stała u boku rodziców, pozwoliła by Nuada udał się do ich nowej siedziby i przegrupował siły. Między oboma stadami w optymalnym dystansie trzymał się Agile, mający za zadanie doprowadzić stado na miejsce, jeśli drugie wpadłoby na wroga wcześniej. Sawanna zdawała się opustoszała, pozostali mieszkańcy musieli wyczuwać zbliżające się starcie i znaleźć bezpieczne kryjówki. Pochód lwioziemców zatrzymał się niemal na samej granicy z Cmentarzyskiem. Stado znalazło się na zderzeniu trzech terytoriów - swoich sojuszników z Wolnej Ziemi i wrogiej siedziby. Oczekując w napięciu obserwowali kamienny mur, oddzielający terytoria. Choć Sawa otrzymał informację, że tunel ponownie otworzono, gdy znaleźli się niemal u jego stóp, nic na to nie wskazywało. Poza niepokojący wydeptaną trawą i absolutną ciszą w okolicy nic nie wyglądało podejrzanie. 
- Panie...! - jedna z lwic w tłumie odezwała się zlęknionym tonem. Sawa odwrócił się w stronę głosu i sierść zjeżyła mu się na grzbiecie.
- Khari - warknął król. Rudy lew leżał na skale, grzejąc się w słońcu, prowokując swoją nonszalancją. Za nim gromadziło się jego własne stado. Dzięki wiejącemu na ich korzyść wiatrowi, wrogie stado obeszło ich od tyłu. Najbliżej stała Lisa. Na jej widok Bahati poczuł lekkie ukłucie w sercu. Przyszedł dzień, gdy musiał stanąć przeciw swojej przeszłości. 
- Proszę, proszę, czyżby kogoś obleciał strach? - Khari przeciągnął się leniwie, drapiąc głaz. Na pysku gościł mu jadowity uśmiech - Kopę lat, starzy przyjaciele.
- Podnieś się, gdy do mnie mówisz - rozkazał Sawa, występując przed szereg. Brew rudego drgnęła do góry. Samice zgromadzone w okół niego zbliżyły się kilkla kroków w stronę lwioziemców.
- Nie podniosę się, królu. - pokręcił głową i przymrużył oczy, akcętując ironicznie ostatnie słowo. Wśród lwic ponownie pojawiło się poruszenie. Rudy ciężko dźwignął się na łapy, trzymając łeb nisko i obnażając zęby w pogardliwym uśmiechu - Tak jak ty, nie podniesiesz się pod koniec tego dnia. Ty, ani żaden z lwioziemców. Lepiej zapamiętajcie jak słońce razi w zenicie. - Jednym susem zeskoczył ze skały i stanął przed synem Kiary prostując się. - Więcej dla was nie wstanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz