Bitwa eskalowała szybko. Gdy tylko Khari zbliżył się do władcy, pierwsze lwice z Lwiej Ziemi przystąpiły do ataku. W epicentrum starcia znaleźli się przywódcy obu stron. Wokół dwóch samców wzniosły się tumany kurzu, gdy członkowie ich stad szczepili się ze sobą w nienawiści. Khari pierwszy zaatawkował Sawę, z silnym wybiciem tylnych łap popychając go mocno. Nie udało mu się jednak obalić króla. Silna postawa brązowego zapewniła mu stabilność i możliwość odparcia zamachu. Gdy łapy rudego wylądowały na nim, obrócił się sprawnie i wgryzł w kark przeciwnika. Czuł jak tamten orze jego ciało pazurami, więc zacisnął szczęki mocniej. Z bólu oboje oderwali się od siebie by ponownie przystąpić do pojedynku ledwie moment później. Natarli na siebie, przewalając między innymi lwami. Wirujący tłum łap i kłów rozdzielił napastników. Wśród palącego w płucach pyłu ledwie dali radę się dostrzec. Lwioziemki szybko zauważyły zmianę położenia i wkroczyły między samców, oddzielając rudego od swojego władcy. Khari zjeżył się na ich widok. Nie chciał walczyć z lwicami. Potrzebował dostać się do Sawy, rozegrać starcie najszybciej jak się da. Pozbawione króla stado nie miałoby wyboru, musiałoby uznać jego przywództwo.
piątek, 21 sierpnia 2026
#94. Początek końca cz. II
Zniżając się bliżej ziemi obnażył kły w ostrzegawczym geśice. Nim przystąpił do ataku, rozpoznał w tłumie jedno spojrzenie. Nigdy nie był by w stanie go zapomnieć. Ślepia jak akwamaryn wpatrywały się w niego z czystą pasją i nienawiścią. Złowrogi śmiech wymknał mu się z gardła. Idia stała za lwicami, które najwidoczniej oddzielały nie tylko Sawę, ale również córkę Kiary. Widząc, że rudy dostrzegł ją, nie wytrzymała napięcia. Z całych sił naparła na lwice, wystrzelając jak z procy w kierunku wroga. Khari uśmiechnał się jedynie i zniżył jeszcze mocniej. W odpowiednim momencie sam wybił się z ziemi by sparować atak Idii. Lwy wpadły na siebie z impetem, od razu wczepiając się w ciała z zawiścią. Choć Idia była mniejsza, jej złość i pragnienie odpłacenia się za lata cierpień dodawały jej siły. Gdy tylko zobaczyła Khariego, zalały ją wspomnienia Chaki. Gdyby tylko mógł przy niej być, wszystko wyglądałoby inaczej... Samiec był zaskoczony zaciekłością lwicy, jednak jedynie go to podnieciło. Wściekłość Idii bawiła go. Lwica przelała w starcie swój cały gniew i frustrację, lata skrywanej furii. Pozwalał jej wyładować na sobie tą złość. Wystarczyła chwila, moment i... Przebił się przez atak lwicy i wgryzł w jej gardło, obalając bez problemu. Idia poczuła strach, po raz pierwszy odkąd stawiła się na polu bitwy. Khari puścił ją, przydeptując jej szyję. Drugą łapą unieruchomił jej własne. Leżała przygwożdżona bez możliwości wymknięcia się oprawcy. Lew zbliżył swój pysk do tego jej. W oczach lwicy wciąż widział tą samą złość i niezłomność. Przejechał pazurem po postrzępionym uchu rudej i nachylił się tak, by mogła go słyszeć wyraźnie.
- Zrobiłbym wszystko tak samo. Tym razem, kazałbym Ci patrzeć. - Idia szarpnęła się, co jedynie rozbawiło lwa. - Twoje córki będą kolejne. Wymażę wszelki ślad po Chace, aż zaczniesz wątpić, czy kiedykolwiek istniał.
Idia próbowała ukąsić go w łapę, wymknąć się spod jego ciała, ale nie była w stanie tego zrobić. Strach przed krzywdą, jaka mogła stać się jej dzieciom sparaliżował ją na moment. Nie była w stanie ochronić ich ojca. Czy była w stanie ochronić chociaż je?
W tej chwili coś zrzuciło z niej samca. To Miujiza ruszył z odsieczą. W końcu mógł naprawdę wykorzystać wszystko, czego Khari sam go nauczył. Rzucił się na lwa z góry, atakując jego kark. Idia wykorzystała momentalne zachwianie równowagi wroga, by wymknąć się spod niego. Ujrzała syna Wazi, odpierającego ataki rudego. Poczuła jak kamień spada jej z serca. Nigdy nie wątpiła w lojalność potomstwa kuzynki, jednak wiedziała, że zmierzenie się z lwem może być dla nich ciężkie. Miujiza jak zawsze stanął jednak na wysokości zadania. Nie mógł zaprzątać sobie głowy strachem i wątpliwościami. Przyszła chwila, w której musiał przestać żałować krwi z której się narodził. Nigdy nie mógł jej wybrać. Mógł chociaż wybrać swój dom i przyszłość.
Całą sytuację obserwowała Wazi, która sama chciała ruszyć Idii z pomocą. Podobnie jak ruda nosiła w sobie wielką bliznę po relacji z lwem. Gdy ujrzała syna stającego przeciw swojemu biologicznemu ojcu, zalała ją wielka duma. Widziała jak Idia podnosi się i pomaga gwardziście w walce. Mogła ponownie rzucić się w wir walki. Nie dane jej było jednak wybrać swojego kolejnego przeciwnika. Tym razem to ona została zaatakowana. Mogłaby przysiąc, że Lisa pojawiła się znikąd, choć od razu skarciła się za swoją własną nieuwagę. Mogła spodziewać się, że niedaleko lwa będzie jego partnerka. Pokryta bliznami samica podcięła ją, wbijając się pazurami w żebra. Poczuła ogromny wstęt, gdy znalazły się na niej łapy lwicy. Odepchnęła ją od siebie i natychmiast odzyskała trzeźwość umysłu. Przeciwniczka okrążyła ją wolnym krokiem, nie spuszczając z niej wzroku.
Choć Wazi starała się skupić całą swoją uwagę na wrogiej lwicy, w tle wciąż widziała przebłyski walki między Miujizą a Kharim. Wystarczył moment zawachania, gdy syn otrzymał silniejszy cios by Lisa wykorzystała chwilową słabość przeciwniczki. Ruda skoczyła w stronę jej gardła.
- Mamo! - do uszu obu lwic dobiegł krzyk. Odwróciły głowy w stronę znajomego głosu, by ujrzeć jak brązowy lew obala na ziemię Lisę nim sama zdążyła zaatakować. Bahati przygwoździł ją nie pozwalając sobie na chwilę zwąpienia. Choć nie wystawił pazurów, silnymi łapami skutecznie uniemożliwił jej ucieczkę. Lisa sapnęła jedynie w oszołomieniu, podnosząc wzrok na chłodne spojrzenie syna. - Mówiłem do niej. - odparł jedynie cicho, zerkając na Wazi. Serce córki Vitani zalała fala ciepła. Słowa Bahatiego wypełniły ją siłą, której nie była sama świadoma. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, młody lew kontynuuował. - Mamo, posłuchaj mnie. Zza muru przy Złej Ziemi wyrusza druga grupa. Musisz ostrzec nasze tyły, nie spodziewają się ataku.
~*~
Nim Nuada dotarł na pole bitwy, walka rozpętała się na dobre. Prowadził ze sobą niewielki oddział lwic. Ich głównym zadaniem był atak z nienacka i odciągnięcie uwagi wroga od głównych sił Lwiej Ziemi. Nuada czuł stres. Walczył wcześniej niejeden raz, ale minęło zbyt wiele czasu od jego ostatniej walki bez Ryku Pradawnych. Odkąd Lwia Gwardia rozpadła się po zdradzie Chaki, nie mógł w pełni wykorzystywać swojej pozycji. Musiał polegać na własnej sile i umiejętnościach, które nabył w młodości. Pomimo cienia lęku, skupiał się na determinacji buzującej w jego żyłach. Nie był na Lwiej Ziemi gdy konflikt z Kharim się rozpoczął. Nie zaznał krzywdy z jego strony na własnej skórze. Ale Narumi... Jej decyzje wciąż ciążyły mu na sercu. Mimo całego gniewu, wciąż w jakiś sposób kochał siostrę. Nie miało to jednak znaczenia. Jako gwardzista musiał wypełnić powierzone mu zadanie. Jako on sam nie mógł pozwolić by zaufanie jakim obdarzyli go lwioziemcy poszło na marne.
Serce stanęło mu w gardle gdy zbliżyli się dostatecznie blisko by dojrzał całą scenerię. Starcie nie było zwykłą bitwą. Gdy dotarli na miejsce, na tyłach lwioziemców rozgrywała się krwawa jatka. Królowa Eclipse walczyła w centrum, osłaniana przez Asante gdy zza muru wybiegały coraz to kolejne lwy, za każdym razem, gdy lwioziemcom udawało się nadrobić straty. Otrząsając się z chwilowego oszołomienia, wydał lwicom rozkaz do ataku. Sam natychmiast ruszył w stronę królowej, widząc jej znaczne zmęczenie walką i strugi krwi plamiące jej jasne futro.
Ztaranował kogoś, kto właśnie próbował ją zaatakować. Kilka kłapnięć szczęką i silnych ciosów łapami. Kolejny przeciwnik. Odciągając uwagę od białej lwicy, umożliwił Asante wyprowadzenie jej z centrum walki. Gdy tylko odsunęli się na większy dystans, Nuada ujrzał jak duży samiec obala Asante na ziemię, wskakując na niego od tyłu. Atak był silny i brutalny. Eclipsce natychmiast ruszyła by pomóc lwu, jednak osłabiona własnymi ranami nie dawała rady osłaniać męża Leah. Brązowy lew, który go zdominował, szarpał cały grzbiet beżowego, zaciskając szczęki na jego karku. Nuada wyrwał się z uścisku własnego przeciwnika i choć jego łapa dawała się we znaki kilkoma susami znalazł się przy starszych lwach. Rozkazał jednej z lwic by odciągnęła królową, sam rzucił się na napastnika, w którym rozpoznał kochanka siostry. Zalany goryczą, z rykiem rzucił się na samca, skutecznie odwracając jego uwagę. Z pyska Nguvu ciekła krew, którą zlizał z satysfakcją, nim zaatakował gwardzistę. Młode lwy sczepiły się z sobą, nie tracąc czasu na zbędne słowa.
Wśród całego motłochu i kurzu nikt nie zwrócił uwagi na samotną sylwetkę, która dotarła na pole walki. Masa ciał wyglądała niemal jak jeden organizm, jak wielka fala pulsująca własnym rytmem. Lew wyłapał w tej masie kilka znajomych pysków, kilka zbyt znanych zapachów i grzyw. Obserwując liczne ciała splecione ze sobą w tym brutalnym tańcu, ciężko mu było uwierzyć, że lwioziemcy zdają się lepiej zgrani z ich śmiertelnym wrogiem niż z nim samym. Dostrzegł dwie sylwetki wydostające się z tłumu. Białą lwicę rozpoznał od razu, jednak lwa u jej boku...
Poczuł jak robi mu się słabo. Z zakrwawionej sierści i struchlałej sylwetki nie był w stanie rozpoznać go na pierwszy rzut oka. Ale wiedział, że to on, że to jego ojciec. Mimowolnie uczynił krok w stronę oddalającej się dwójki, gdy Asante osunął się na ziemię. Chaka odwrócił wzrok, czując jak wraz z nieokiełznanym gniewem zalewa go żal, a oczy wypełniają się łzami. Zacisnął zęby. Zwrócił wzrok na walczące stada. Nuada wciąż walczył z lwem, którego imię wyleciało mu z głowy w przypływie złości. I wtedy ją ujrzał, Narumi, skradającą się do jasnego samca z drugiej strony. Poczuł jak jego łapy płoną żywym ogniem i nim sam się zorientował, rzucił się w stronę lwicy. Sama siła z jaką zderzył się z jej ciałem, musiała złamać jej żebro czy dwa. Wrzasnęła z przerażającym rykiem, gdy pozwolił sobie na rozpłatanie jej brzucha pazurami. Nie dbał o honor walki. Wszyscy wiedzieli, że dawno stracił jego resztki. Obezwładniający skowyt bólu brązowej, zamroził Nguvu dając przewagę Nuadzie. Chaka nie odpuszczał, zaślepiony agresją. Zbliżył pysk do szyi lwicy by ją wykończyć.
- Znajdę cię w piekle - charknął jedynie, nim zmiażdzył jej kark szczęką.W tej chwili rzucił się na niego brązowy samiec, znacząco osłabiony starciem z Nuadą. Brat Niszy nie zrezygnował jednak i gdy Chaka przyjął przeciwnika od frontu, gwardzista kontynuował atak z drugiej strony. Po chwili ciało samca padło obok jego partnerki. Nuada zawachał się nad przystąpieniem do ataku na Chakę. Po całej krzywdzie jaką wyrządził Valentine, łapy same rwały mu się do ciosu. Syn Leah nie pozwolił mu na to jednak, niemal natychmiast po pokonaniu Nguvu wskazując na granicę z Cmentarzyskiem.
- Mur! Musimy zniszczyć mur! - krzyknął do Nuady. Brat Niszy zerknął na kamienną konstrukcję. Wrogie stado otworzyło w ścianie kolejne tunele, w których ukrywały się ich posiłki. Chaka miał rację. Jeśli udałoby im się zniszczyć konstrukcję, szyk rozproszyłby się i przeciwnicy musieliby obrać nową strategię. Oboje ich dowódców nie żyło, co znacznie utrudniłoby zadanie. Nawet chwila dezorientacji w szeregach wroga dawała lwioziemcom większe szanse na przetrzymanie ataku.
Wiedział jednak, że stracił Ryk bez którego zadanie było niemożliwe do wykonania. I z pomocą siły Chaki, jakkolwiek nie chciał jej otrzymywać, udanie się do tuneli wroga by je zasypać było samobójstwem. Na ramieniu lwa ujrzał jednak dawne znamię gwardzisty, tlące się, jakby świeżo wypalone. Sam poczuł w sobie jakąś niemal zapomnianą moc, przepływającą przez jego ciało aż do ziemi. Chaka nieustępliwie patrzył na niego. Od początku byli dla siebie rywalami i darzyli się szczerą niechęcią. Teraz jednak nie było czasu o tym pamiętać. Zajmie się Chaką po bitwie. Jeśli ją przeżyją.
- Osłaniaj mnie. - wydał jedynie prosty rozkaz, na który młodszy skinął głową. Ruszyli w stronę blokady, ignorując toczącą się wokół walkę. Niebo zaczęły spowijać gęste chmury. Nim dotarli pod mur, powietrze zdawało się naelektryzowane napięciem. Choć z początku wątpił w tę możliwość, stawiając się u podnóży przejścia, Nuada uwierzył, że się uda. Gdy Chaka ściągnął na siebie uwagę przeciwników, lider gwardii odzyskał swoją dawną siłę. I gdyby miał użyć Ryku po raz ostatni, wiedział, że jest to odpowiedni moment. Odgłosy walki przytłumił przytłaczający dźwięk jego głosu, kruszący skały i wywołujący małą lawinę z resztek muru. Głazy sunęły w dół pod naciskiem Ryku, niszcząc sztuczną granicę między ziemiami. Część wrogów uciekła z tworzących się ruin, część zginęła pod nimi. Główna strategia wrógów została rozgromiona. Walka dłużej nie rozgrywała się na dwa fronty. Z upadkiem muru, dwie strony całkowicie zmieszały się ze sobą, chcąc doprowadzić walkę do końca jak najszybciej.
Mimo pozornej przewagi, przeciwnicy Lwiej Ziemi wciąż zdawali się przodować. Skutecznie udało im się rozbić szyki lwioziemców, utrudniając komunikację pośród walki. Wielu rannych plątało się pod łapami, coraz więcej ciał bezwładnie leżało u stóp walczących. Grupa Narumi po stracie przywódczyni zdecydowała się dołączyć w roli wsparcia dla Khariego, dołączając do ich własnej strategii zamiast obmyślać własną. Przewaga liczebna wrogów była znacząca i jedynie nabierała na sile z biegiem walki. Choć mieszkańcy Lwiej Ziemi nie chcieli tego przyznawać, myśli o przegranej coraz silniej dawały się we znaki. Członkowie stada starali się wciąż zagrzewać do walki, udzielać sobie wzajemnego wsparcia, ale wobec agresji i nieustannego natarcia przeciwników, wszelkie próby pełzły na niczym.
Ogólny popłoch trwał, dopóki na obalonym murze nie pojawiły się dwie sylwetki, początkowo wzbudzające jeszcze większy niepokój. Stojąc pod słońce, nikt nie był w stanie dokładnie określić tożsamości przybyszów. Część stada pomyślała, że to resztki niedobitków, wydostające się spod gruzuów, do chwili gdy ktoś w tłumie krzyknął:
- To książę! Książę Kiongozi powrócił!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz