Poranek zapowiadał się spokojnie. Jak co dzień od wielu lat, wraz z pierwszymi chwilami brzasku, Sawa udawał się na patrol. Już dawno temu stało się to częścią jego rutyny i nawet teraz, kiedy straże na całej ziemi były wzmożone, nie potrafił odpuścić sobie samodzielnej kontroli.
Lwia Ziemia wciąż spała. Przyroda zdawała się zupełnie nieświadoma napiętej atmosfery, krytycznego momentu w jakim w każdej chwili mogli znaleźć się lwioziemcy. Sawanna żyła własnym życiem, nieustannie zmieniając się przez czas i tylko czas. Znał tę przestrzeń od zawsze, związał z nią całe swoje życie. Wiedział, że jak świat długi i szeroki, nigdzie nie czułby się tak jak tutaj. Ta ziemia go wychowała, wykarmiła i dała dom wszystkim, których kochał najbardziej. Choć ciężar władzy był duży, zwłaszcza w ostatnich dniach, czuł się powołany do obrony Lwiej Ziemi.
Poranny obchód mijał bez zastrzeżeń. Przy wschodniej granicy spotkał jeden z patroli, wymienił kilka zdań z dowodzącym nim Asante i ruszył z nimi dalej, wzdłuż wąwozu. Oddzielił się by udać się nad wodopój i ugasić pragnienie. Mieszkańcy równiny powoli rozpoczynali własne poranki. Odnalazł jakiś komfort w tej zwykłej codzienności, tak bardzo różnej od ostatnich wydarzeń. Słońce znajdowało się już znacząco nad widnokręgiem, więc skierował swoje kroki w stronę Lwiej Skały. Ku swojemu zdziwieniu, na jej szczycie dostrzegł córkę. Postanowił do niej dołączyć. Wdrapując się na rodzinny tron, spoczął obok brązowej lwicy.
- Dzień dobry, Valentine - przywitał się ciepło. Księżniczka uśmiechnęła się do ojca.
- Witaj, ojcze. Poranny patrol udany?
- Jak najbardziej. Ufam naszym strażom. Poza tym, rytm życia mieszkańców jest zupełnie niezakłócony. - Lwica skinęła głową, patrząc gdzieś w dal. Zdawała się pogrążona głęboko w myślach. Jej szczęki były zaciśnięte, cała postawa pozostawała czujna. Sawa zmarszczył brwi na ten widok. - Co się dzieje?
-Martwię się o Kiona. - przyznała lwica po chwili ciszy. Ojciec zerknął na nią. Wzrok córki wciąż był wbity w horyzont. Podążył oczyma za tymi jej. - Wydawał się wczoraj strasznie zdenerwowany. Jak mówił o zarządzaniu nie tylko Lwią, ale też Wolną Ziemią... Prawie nie poznałam w nim mojego brata. Myślę, że cała ta sytuacja naprawdę źle na niego wpływa.
- Myślisz, że możemy temu jakoś zaradzić?
- Czemu król pyta się mnie o radę? To ty powinieneś dawać rady przyszłym władcom, ojcze. - zażartowała z lekkim przekąsem. Sawa uśmiechnął się pobłażliwie na komentarz córki.
- Pytam władczyni, którą będziesz. Sama z resztą wiesz, że z Kiongozim często nie potrafiliśmy się zrozumieć. Myślę, że najlepiej z nas wszystkich wiesz czego mu potrzeba.
- Może i tak, ale w końcu wydaje się gotowy podejmować dorosłe decyzje. - przyznała. Nie chciała decydować za brata, nawet jeśli miała robić to w dobrej wierze. Żadne z nich nie było już dzieckiem. - O sobie mogłabym powiedzieć to samo. Kiedy wczoraj mówił o patrolowaniu Wolnej Ziemi, poczułam, że sama powinnam się nią zająć. Myślę, że ja i Nuada powinniśmy się na nią przenieść, ojcze. Walka nie będzie toczyła się jedynie o Lwią Ziemię. Jeśli przegramy, nie pozwolą nam zostać nigdzie. Powinniśmy bronić Wolnej Ziemi jak naszego drugiego domu.
Sawa skinął głową. Zgadzał się ze wszystkim co mówiła córka. Swoim rozsądkiem i erudycją bardzo przypominała mu Eclipse. Choć zawsze wiedział, że brązowa jest niezwykle bystra i doskonale sprawdzi się w roli przywódcy, podczas tej rozmowy naprawdę mu imponowała. Po raz kolejny musiał się z nią zgodzić. Jego dzieci były już dorosłe.
Valentine kontynuowała.
- Co więcej, kiedy wczoraj poruszyliśmy temat możliwego sojuszu między Kharim a Narumi, pomyślałam, że my również powinniśmy sięgnąć po pomoc innych stad.
- Masz kogoś na myśli?
- Rodzina Niszy. W sposób bezpośredni Narumi zagraża ich córce i synowi. Jeśli wciąż im na nich zależy, powinniśmy odnowić stosunki. Gościliśmy Nevadę jakby była jedną z nas. Jeśli Narumi nas nie prześcignęła i nie przeciągnęła stada na swoją stronę, wierzę, że to może się udać - wyjaśniła. Po chwili namysłu dodała - Myślałam również o Asanim. Jest synem kuzynki mamy. Moglibyśmy wysłać jego i Wimbo w delegację.
- Oraz Kiona. - dodał król.
- Oraz Kiona. - przytaknęła. Nie chciała sama tego proponować, chociaż widząc wczorajszy stan brata i jego skłonności do ulegania własnym emocjom... Wierzyła, że to słuszna opcja. - Chcę dla niego jak najlepiej, ojcze. Wiem, że będzie się upierał, że chce być przy Niszy, ale... Odnoszę wrażenie, że jeśli tutaj zostanie będzie chciał pomóc każdemu na każdy sposób i w ostateczności...
- Zaszkodzi. A tego by sobie nie wybaczył. - Valentine pokręciła głową zgadzając się z rodzicem. - Na podróży dyplomatycznej, może sprawdzić się jako przyszły władca. Nie wiemy jeśli jakakolwiek ze stron zechce nam pomóc, a posyłanie królewskiego reprezentanta może pokazać istotę sprawy.
- Wiesz, że nie będzie łatwo go przekonać.
- Jeśli on nie wyruszy, ja to zrobię. Przyda nam się każda pomoc. Nie wiemy ilu członków liczy ich stado, ale znamy siłę ich nienawiści aż za dobrze.
~*~
- Jesteś tego pewna? - jasny lew spytał ukochanej.
- Nie jesteśmy już dziećmi, Nuada. Kocham Lwią Ziemię, ale po tym jak zostałam uprowadzona... Coś się zmieniło. Martwiłam się o ciebie, oczywiście o stado, ale w głowie miałam też Wolną Ziemię. Wcześniej nie myślałam o niej w tej kategorii aż tak poważnie. Teraz naprawdę czuję się za nią odpowiedzialna. Myślę, że to najwyższa pora byśmy się na niej zadomowili.
Para przemierzała powierzone im terytorium w kierunku niewielkiego źródła wody, wokół którego planowali się osiedlić. Miejsce było zacienione dzięki krzewom akacji i sieci kamiennych usypisk, pośród którymi znajdowały się liczne groty.
Wędrując przez terytorium Valentine czuła dumę z tego w jak żyzną krainę przemieniła się dawna Zła Ziemia. Po starym pustkowiu i jego niebezpieczeństwach nie ostał się ślad. Teraz Wolna Ziemia była domem dla różnych gatunków, rodzin. Wierzyła, że odpowiednio zarządzana może stać się ostoją dla wielu zbłąkanych wędrowców i prosperującym sprzymierzeńcem Lwiej Ziemi na wiele następnych pokoleń. Była pewna, że z Nuadą u boku założą stado oparte na sprawiedliwości i rozwadze.
Dotarli do celu w okolicy południa. Nad wodą zgromadziło się stado żurawi gawędzących melodyjnie. Lwy przywitały się i ugasiły pragnienie. Pijąc, Valentine spoglądała na jaskinie tuż przed nią. Pamiętała to miejsce jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy ojciec zabierał ją i Kiongoziego na przechadzki, by lepiej poznali terytoria. Teraz miało stać się jej nowym domem. W rozmiarze czy majestacie nie było nawet zbliżone do Lwiej Skały, ale nie uważała tego za coś złego. Było ulokowane prawie w samym centrum Wolnej Ziemi, miało bezpośredni dostęp do wody, a skomplikowana sieć jaskiń schodząca jeszcze pod powierzchnię mogła zapewnić schronienie licznym mieszkańcom.
- Jak myślisz, zadomowisz się tu? - spytała partnera, oblizując pysk z pozostałej wilgoci.
- Bez ciebie będzie trochę ciężko - przyznał jasny. Valentine uśmiechnęła się i przewróciła oczami.
- Nie będzie mnie tylko chwilę. Wierzę, że dasz sobie radę.
Lew odburknął coś jedynie i zbliżył się do groty. Odetchnęła głęboko. Naprawdę miała nadzieję, że powróci tu jako nowa, zarazem pierwsza władczyni Wolnej Ziemi. Podróż, która była przed nią mogła zadecydować o dalszych losach obu, tak bliskich jej sercu miejsc.
Wcześniej tego dnia
- Nie ma takiej opcji.
Biały książę pokręcił głową marszcząc brwi. Nawet na nią nie spojrzał. Valentine spodziewała się tego. Wiedziała ile znaczy dla brata bycie u boku ukochanej i wśród stada, którym miał w przyszłości przewodzić. Opuszczenie Lwiej Ziemi w chwili kryzysu zdawało się dla niego czymś nie do pomyślenia. Kiongozi wciąż zdawał się nie dojrzeć do myśli, że władanie Lwią Ziemią nie będzie ograniczało się jedynie do brania na siebie odpowiedzialności wtedy, kiedy czuł, że jest to słuszne. Odkąd był małym lwiakiem miał skłonności do rozwiązywania konfliktów prostymi metodami. Jeśli nie mógł poradzić sobie w czymś sam - trudno, czasem musiał zmierzyć się z porażką. Zrobienie z niego posłańca, kiedy lwioziemcy mogli spotkać się z otwartą walką w każdej chwili, było dla niego czymś wręcz absurdalnym.
- Kiongozi, proszę cię - lwica wciąż błagała - schowaj dumę i rusz głową. To najrozsądniejsze wyjście.
- Dlaczego ty nie wyruszysz? Też reprezentujesz naszą rodzinę.
- Rozmawiałam dzisiaj z ojcem. Chcę przenieść się na Wolną Ziemię i stamtąd prowadzić własne patrole.
Kion zmierzył siostrę wzrokiem. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
Jakaś jego część wiedziała, że Valentine ma rację. Poselstwo było konieczne. Zupełnie nie widział się jednak w roli dyplomaty. Siostra biegle władała językiem, była opanowana i umiała być niezwykle przekonująca. On? Wciąż dawał ponieść się emocjom. Szczególnie w ostatnim czasie. Sam nie do końca siebie poznawał. Wiedział, że jest dorosły, że nim się obejrzy będzie miał własne dzieci, że już niebawem zasiądzie na tronie. Nadal sam czuł się jednak dzieckiem swoich rodziców. Księciem, bardziej niż przyszłym królem. Im więcej o tym myślał, tym bardziej go to przerażało. Pokręcił głową i spojrzał na siostrę.
- Przepraszam, Valentine. Nie zrobię tego.
~*~
Kiedy nadszedł wieczór, grupa wskazana rano przez króla stawiła się u podnóży Lwiej Skały. Każdy odczuwał lekki niepokój. Nadzieja jaką pokładali w wyprawie była ogromna. Dodatkowo nikomu nie podobała się wizja opuszczania rodzinnych ziem w tak niepewnych czasach. Asani czuł jak z nerwów zaciska mu się cały brzuch. Wcześniej tak nie było, dzień minął mu spokojnie, dopóki nie opuścił baobabu Shani. Choć wiedział jak silna jest, bał się zostawiać ją samą. Co więcej, czuł stres związany z powrotem w rodzinne strony po tak długim czasie. Opuścił je jako dziecko. Teraz był już całkowicie dorosły.
Z trójki zgromadzonych Wimbo wykazywał najwięcej entuzjazmu. Oczywiście, nie chciał zostawiać Wazi. Rozumiał jednak powagę sytuacji i niezwykle docenił bycie wskazanym jako jeden z reprezentantów władcy Lwiej Ziemi. Ze stadem Niszy niewiele miał wspólnego, natomiast wizja powrotu do dawnego domu choć na chwilę dawała mu wiele radości. Pamiętał, że Asani poprosił go kiedyś o wspólne odwiedziny Lany, chwilę po tym gdy dowiedział się o ich pokrewieństwie. Choć od tamtej chwili minęło wiele lat, cieszył się, że dojdzie ona do skutku.
Valentine pogodziła się z myślą, że zostawia Wolną Ziemię ukochanemu. Jeszcze tego samego dnia Nuada przeniósł się z Hapaną i kilkoma innym lwicami do groty, którą odwiedzali. Valentine wiedziała, że zostawia terytorium zaufanym przyjaciołom. Było jej jednak przykro, że brat nie dał się przekonać. Mimo, że rozumiała go, rozumiała również konieczność wyruszenia na wyprawę. Gdyby miała wybór, sama wcale by nie szła.
Gdy patrzyła na ojca, dającego jakieś przemówienie, dotarło do niej, że lada moment rozegra się kluczowa dla Lwiej Ziemi bitwa. Oczekiwanie było nie do zniesienia. Wiedziała, że sprawa z Kharim ciągnęła się, jeszcze odkąd jej rodzice byli młodsi od niej samej. Idia, będąca w jakiś sposób centrum konfliktu znosiła to wszystko w zupełnej ciszy. Okazjonalnie widywano ją z Leah czy Eclipse, ale przeważnie znikała gdzieś na całe dni. Ona jedyna wiedziała, jak bardzo Khari zranił ją te lata temu.
Teraz, gdy Valentine stała z odprawą pod siedzibą stada, obie ciotki wyszły by się pożegnać. Widziała wśród zgromadzonych same znajome pyski. Każdy jeden naprawdę wiele dla niej znaczył. Rodzina i przyjaciele... Nie mogła znaleźć jedynie brata. Poczuła w piersi gorzki żal. Nie chciała by ta sytuacja ich podzieliła. Zdawało się jednak, że nie mogła nic zrobić.
Mieli właśnie wyruszać, gdy ciężar w piersi zniknął zupełnie, na widok białego lwa, zbliżającego się biegiem ze strony zachodzącego już słońca. Wyglądał na zdeterminowanego i pewnego siebie. Patrzył jedynie na nią, nie zwrócił nawet uwagi na ojca, który wywołał jego imię.
- Miałaś rację. - wysapał, gdy skończył szaleńczy bieg. Valentine uśmiechnęła się, aż rozbolały ją policzki. Przytuliła brata. - Stchórzyłem. To wszystko naprawdę mnie przytłacza. Nie powinienem był w ciebie wątpić. Ani w ciebie, ani w tatę. - Spojrzał na brązowego lwa, zasiadającego na stadnym tronie. Sawa uśmiechnął się jedynie na widok swoich dzieci i skinął głową. - Wracaj na swoją ziemię, Val. Zadbaj o nią, a ja zadbam o resztę.
Rodzeństwo uścisnęło się ciepło. Nie wiedziała co skłoniło Kiona do nagłej zmiany swojej decyzji. Może była to Nisza? Może Eclipse doradziła synowi jak naprawdę może ochronić tych, których kocha? Cokolwiek sprowadziło białego na właściwą drogę, dało Valentine poczucie spokoju, jakiego dawno nie zaznała. Puściła brata z ciasnego uścisku.
- Dziękuję, Kion. Wiem, że dasz sobie radę, jak nikt inny.
Książę odpowiedział jedynie uśmiechem. Przywitał się z Asanim i Wimbo, którzy z entuzjazmem powitali go w drużynie. Mieli właśnie odchodzić, kiedy biały zatrzymał się jeszcze jeden, ostatni raz.
-Valentine? Mieliśmy naprawdę mądrego dziadka. - wyszczerzył się jedynie.
~*~
Chaka nie był specjalnie zaskoczony tym, że Valentine uciekła. Miał świadomość, że dał jej na to wiele szans. Byłaby głupia, gdyby z nich nie skorzystała. A przecież to, co mógł powiedzieć o księżniczce z absolutną pewnością, to że głupota jest jedną z ostatnich rzeczy jakie reprezentuje. Wciąż nie był pewien, dlaczego zdecydował się ją uprowadzić, więc skąd miałby wiedzieć dlaczego ma ją dłużej przetrzymywać? Pewnie liczył, że uda mu się wypracować jakąś kartę przetargową, mając kuzynkę na swojej łasce. Na jakiekolwiek pertraktacje było już jednak za późno. Może porwaniem próbował sobie wmówić, że wcale tak nie jest.
Czuł okropny wstręt, nawet nie miał już siły się złościć. Spotkanie z Zawadi uświadomiło mu, że sam siebie podstawił pod ścianą. Oczywiście, że był dumny, że znał swoje pochodzenie i wartość. A jednak teraz wiedział, że nic z tego nie ma już znaczenia. Nawet, jeśli rozdanie było dobre, wykorzystał swoje karty w najgorszy możliwy sposób.
Myśli o matce nie dawały mu spokoju. Wiedział, że ojciec nie chce go widzieć, że krzywdę jaką mu wyrządził przekierował w gniew. Leah natomiast... Ona zawsze w niego wierzyła. Sam chciałby móc teraz uwierzyć w siebie choć po części tak, jak ona zawsze potrafiła.
Wiedział, że walka się zbliża. Na własne oczy widział co szykuje Khari. Nie należał jednak do żadnej ze stron. Każda z nich go skrzywdziła i on skrzywdził każdą z nich. Bezczynność, na jaką był skazany wydawała mu się najgorszą z kar.
Noc była chłodna. A może po prostu był głodny. Nigdy nie był wyborowym łowcą. Teraz, gdy nie musiał dbać o to by Valentine miała co jeść, nawet niespecjalnie chciało mu się polować. Czas mijał mu zupełnie na niczym. Całe życie wręcz rwał się do działania, którego teraz nie miał za grosz. Odnosił wrażenie, że nigdy nie myślał tyle co przez ostatnie dni. Wydawało mu się, że zaczyna przez to wariować. Ciągle czuł na sobie czyjś wzrok, czyjąś obecność. Nigdy nic jednak nie słyszał, ani nie zwęszył. Samotność i nieustanne milczenie wystawiały jego zmysły na próbę. Znów towarzyszyło mu to dziwne wrażenie, że ktoś jest tuż obok, że niemal czuje jak zaraz go dotknie. Wzdrygnął się na samą myśl.
- Spokój - charknął, drapiąc pazurami ziemię. Otrząsnął się z nieprzyjemnego wrażenia. Moment później spiął się cały a jego serce stanęło na chwilę. Usłyszał cichy, gardłowy rechot, tuż obok siebie. Obrócił się w kierunku dźwięku i wcale nie poczuł się lepiej. Nieopodal stał lew, którego rozpoznał od razu. Ruda sierść i czarna grzywa. Blizna przecinająca oko. Znał go jako postać z legend i opowieści. Nigdy nie był w nich jednak bohaterem. Chaka zerwał się na równe nogi i obrócił w stronę postaci.
- Wiem kim jesteś. - zawiadomił od razu. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Lew znów parsknął śmiechem i zbliżył się.
- Straszą mną niegrzeczne dzieci. Byłbym zdziwiony, gdybyś nie wiedział.
- Dlaczego cię widzę?
- Wiesz kim jestem, ale nie wiesz, kim mogłem być. Jesteśmy bardziej podobni niż ci się wydaje. - Chaka oburzył się na te słowa. Najbardziej znany uzurpator i zdrajca właśnie go do siebie porównał. Spuścił wzrok. Nie chciał wierzyć, że naprawdę tak było. Rudy lew kontynuował. Jego głos brzmiał dziwnie. Chaka czuł się, jakby słyszał go wewnątrz własnego ciała. - Nie zawsze byłem Skazą. Jaki rodzic nazwałby tak dziecko? - rzucił tonem ociekającym ironią. Zatrzymał się i spojrzał Chace w oczy. Poczuł, jak przez grzbiet znów przechodzi mu nieprzyjemny dreszcz. Zielone ślepia, choć martwe od lat wpatrywały się w niego z taką intensywnością, że każdy jego oddech stawał się coraz płytszy. Młody lew poddał się pod naciskiem wzroku. Wbił własne oczy w ziemię we wstydzie i skrusze, jednak nawet wówczas nie mógł uniknąć nacisku spojrzenia. Duch odezwał się po raz ostatni tej nocy - Nie pozwól by krzywda stała się wszystkim czym jesteś.
Choć widmo zniknęło bez śladu, ciężar w piersi Chaki pozostał.


Uwielbiam, w jaki sposób opisujesz relacje pomiędzy Sawą i Valentine, oraz Kionem i Val. Cieszę się, że Kion ostatecznie zdecydował się wyruszyć z poselstwem. A także wow, Skaza ukazał się Chace! Coś wyczuwam, że szykuje nam się tu zmiana stron ;)
OdpowiedzUsuńwruciło jej
OdpowiedzUsuń