czwartek, 26 lutego 2026

#92. Dorosłość

Poranek zapowiadał się spokojnie. Jak co dzień od wielu lat, wraz z pierwszymi chwilami brzasku, Sawa udawał się na patrol. Już dawno temu stało się to częścią jego rutyny i nawet teraz, kiedy straże na całej ziemi były wzmożone, nie potrafił odpuścić sobie samodzielnej kontroli.
Lwia Ziemia wciąż spała. Przyroda zdawała się zupełnie nieświadoma napiętej atmosfery, krytycznego momentu w jakim w każdej chwili mogli znaleźć się lwioziemcy. Sawanna żyła własnym życiem, nieustannie zmieniając się przez czas i tylko czas. Znał tę przestrzeń od zawsze, związał z nią całe swoje życie. Wiedział, że jak świat długi i szeroki, nigdzie nie czułby się tak jak tutaj. Ta ziemia go wychowała, wykarmiła i dała dom wszystkim, których kochał najbardziej. Choć ciężar władzy był duży, zwłaszcza w ostatnich dniach, czuł się powołany do obrony Lwiej Ziemi.
Poranny obchód mijał bez zastrzeżeń. Przy wschodniej granicy spotkał jeden z patroli, wymienił kilka zdań z dowodzącym nim Asante i ruszył z nimi dalej, wzdłuż wąwozu. Oddzielił się by udać się nad wodopój i ugasić pragnienie. Mieszkańcy równiny powoli rozpoczynali własne poranki. Odnalazł jakiś komfort w tej zwykłej codzienności, tak bardzo różnej od ostatnich wydarzeń. Słońce znajdowało się już znacząco nad widnokręgiem, więc skierował swoje kroki w stronę Lwiej Skały. Ku swojemu zdziwieniu, na jej szczycie  dostrzegł córkę. Postanowił do niej dołączyć. Wdrapując się na rodzinny tron, spoczął obok brązowej lwicy.
- Dzień dobry, Valentine - przywitał się ciepło. Księżniczka uśmiechnęła się do ojca.
- Witaj, ojcze. Poranny patrol udany?
- Jak najbardziej. Ufam naszym strażom. Poza tym, rytm życia mieszkańców jest zupełnie niezakłócony. - Lwica skinęła głową, patrząc gdzieś w dal. Zdawała się pogrążona głęboko w myślach. Jej szczęki były zaciśnięte, cała postawa pozostawała czujna. Sawa zmarszczył brwi na ten widok. - Co się dzieje?
-Martwię się o Kiona. - przyznała lwica po chwili ciszy. Ojciec zerknął na nią. Wzrok córki wciąż był wbity w horyzont. Podążył oczyma za tymi jej. - Wydawał się wczoraj strasznie zdenerwowany. Jak mówił o zarządzaniu nie tylko Lwią, ale też Wolną Ziemią... Prawie nie poznałam w nim mojego brata. Myślę, że cała ta sytuacja naprawdę źle na niego wpływa.
- Myślisz, że możemy temu jakoś zaradzić?
- Czemu król pyta się mnie o radę? To ty powinieneś dawać rady przyszłym władcom, ojcze. - zażartowała z lekkim przekąsem. Sawa uśmiechnął się pobłażliwie na komentarz córki.
- Pytam władczyni, którą będziesz. Sama z resztą wiesz, że z Kiongozim często nie potrafiliśmy się zrozumieć. Myślę, że najlepiej z nas wszystkich wiesz czego mu potrzeba.
- Może i tak, ale w końcu wydaje się gotowy podejmować dorosłe decyzje. - przyznała. Nie chciała decydować za brata, nawet jeśli miała robić to w dobrej wierze. Żadne z nich nie było już dzieckiem. - O sobie mogłabym powiedzieć to samo. Kiedy wczoraj mówił o patrolowaniu Wolnej Ziemi, poczułam, że sama powinnam się nią zająć. Myślę, że ja i Nuada powinniśmy się na nią przenieść, ojcze. Walka nie będzie toczyła się jedynie o Lwią Ziemię. Jeśli przegramy, nie pozwolą nam zostać nigdzie. Powinniśmy bronić Wolnej Ziemi jak naszego drugiego domu. 
Sawa skinął głową. Zgadzał się ze wszystkim co mówiła córka. Swoim rozsądkiem i erudycją bardzo przypominała mu Eclipse. Choć zawsze wiedział, że brązowa jest niezwykle bystra i doskonale sprawdzi się w roli przywódcy, podczas tej rozmowy naprawdę mu imponowała. Po raz kolejny musiał się z nią zgodzić. Jego dzieci były już dorosłe.
Valentine kontynuowała.
- Co więcej, kiedy wczoraj poruszyliśmy temat możliwego sojuszu między Kharim a Narumi, pomyślałam, że my również powinniśmy sięgnąć po pomoc innych stad.
- Masz kogoś na myśli?
- Rodzina Niszy. W sposób bezpośredni Narumi zagraża ich córce i synowi. Jeśli wciąż im na nich zależy, powinniśmy odnowić stosunki. Gościliśmy Nevadę jakby była jedną z nas. Jeśli Narumi nas nie prześcignęła i nie przeciągnęła stada na swoją stronę, wierzę, że to może się udać - wyjaśniła. Po chwili namysłu dodała - Myślałam również o Asanim. Jest synem kuzynki mamy. Moglibyśmy wysłać jego i Wimbo w delegację.
- Oraz Kiona. - dodał król.
- Oraz Kiona. - przytaknęła. Nie chciała sama tego proponować, chociaż widząc wczorajszy stan brata i jego skłonności do ulegania własnym emocjom... Wierzyła, że to słuszna opcja. - Chcę dla niego jak najlepiej, ojcze. Wiem, że będzie się upierał, że chce być przy Niszy, ale... Odnoszę wrażenie, że jeśli tutaj zostanie będzie chciał pomóc każdemu na każdy sposób i w ostateczności...
- Zaszkodzi. A tego by sobie nie wybaczył. - Valentine pokręciła głową zgadzając się z rodzicem. - Na podróży dyplomatycznej, może sprawdzić się jako przyszły władca. Nie wiemy jeśli jakakolwiek ze stron zechce nam pomóc, a posyłanie królewskiego reprezentanta może pokazać istotę sprawy.
- Wiesz, że nie będzie łatwo go przekonać.
- Jeśli on nie wyruszy, ja to zrobię. Przyda nam się każda pomoc. Nie wiemy ilu członków liczy ich stado, ale znamy siłę ich nienawiści aż za dobrze.
~*~
- Jesteś tego pewna? - jasny lew spytał ukochanej.
- Nie jesteśmy już dziećmi, Nuada. Kocham Lwią Ziemię, ale po tym jak zostałam uprowadzona... Coś się zmieniło. Martwiłam się o ciebie, oczywiście o stado, ale w głowie miałam też Wolną Ziemię. Wcześniej nie myślałam o niej w tej kategorii aż tak poważnie. Teraz naprawdę czuję się za nią odpowiedzialna. Myślę, że to najwyższa pora byśmy się na niej zadomowili. 
Para przemierzała powierzone im terytorium w kierunku niewielkiego źródła wody, wokół którego planowali się osiedlić. Miejsce było zacienione dzięki krzewom akacji i sieci kamiennych usypisk, pośród którymi znajdowały się liczne groty.
Wędrując przez terytorium Valentine czuła dumę z tego w jak żyzną krainę przemieniła się dawna Zła Ziemia. Po starym pustkowiu i jego niebezpieczeństwach nie ostał się ślad. Teraz Wolna Ziemia była domem dla różnych gatunków, rodzin. Wierzyła, że odpowiednio zarządzana może stać się ostoją dla wielu zbłąkanych wędrowców i prosperującym sprzymierzeńcem Lwiej Ziemi na wiele następnych pokoleń. Była pewna, że z Nuadą u boku założą stado oparte na sprawiedliwości i rozwadze.
Dotarli do celu w okolicy południa. Nad wodą zgromadziło się stado żurawi gawędzących melodyjnie. Lwy przywitały się i ugasiły pragnienie. Pijąc, Valentine spoglądała na jaskinie tuż przed nią. Pamiętała to miejsce jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy ojciec zabierał ją i Kiongoziego na przechadzki, by lepiej poznali terytoria. Teraz miało stać się jej nowym domem. W rozmiarze czy majestacie nie było nawet zbliżone do Lwiej Skały, ale nie uważała tego za coś złego. Było ulokowane prawie w samym centrum Wolnej Ziemi, miało bezpośredni dostęp do wody, a skomplikowana sieć jaskiń schodząca jeszcze pod powierzchnię mogła zapewnić schronienie licznym mieszkańcom.
- Jak myślisz, zadomowisz się tu? - spytała partnera, oblizując pysk z pozostałej wilgoci.
- Bez ciebie będzie trochę ciężko - przyznał jasny. Valentine uśmiechnęła się i przewróciła oczami.
- Nie będzie mnie tylko chwilę. Wierzę, że dasz sobie radę.
Lew odburknął coś jedynie i zbliżył się do groty. Odetchnęła głęboko. Naprawdę miała nadzieję, że powróci tu jako nowa, zarazem pierwsza władczyni Wolnej Ziemi. Podróż, która była przed nią mogła zadecydować o dalszych losach obu, tak bliskich jej sercu miejsc.
Wcześniej tego dnia
- Nie ma takiej opcji.
Biały książę pokręcił głową marszcząc brwi. Nawet na nią nie spojrzał. Valentine spodziewała się tego. Wiedziała ile znaczy dla brata bycie u boku ukochanej i wśród stada, którym miał w przyszłości przewodzić. Opuszczenie Lwiej Ziemi w chwili kryzysu zdawało się dla niego czymś nie do pomyślenia. Kiongozi wciąż zdawał się nie dojrzeć do myśli, że władanie Lwią Ziemią nie będzie ograniczało się jedynie do brania na siebie odpowiedzialności wtedy, kiedy czuł, że jest to słuszne. Odkąd był małym lwiakiem miał skłonności do rozwiązywania konfliktów prostymi metodami. Jeśli nie mógł poradzić sobie w czymś sam - trudno, czasem musiał zmierzyć się z porażką. Zrobienie z niego posłańca, kiedy lwioziemcy mogli spotkać się z otwartą walką w każdej chwili, było dla niego czymś wręcz absurdalnym.
- Kiongozi, proszę cię - lwica wciąż błagała - schowaj dumę i rusz głową. To najrozsądniejsze wyjście.
- Dlaczego ty nie wyruszysz? Też reprezentujesz naszą rodzinę.
- Rozmawiałam dzisiaj z ojcem. Chcę przenieść się na Wolną Ziemię i stamtąd prowadzić własne patrole.
Kion zmierzył siostrę wzrokiem. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. 
Jakaś jego część wiedziała, że Valentine ma rację. Poselstwo było konieczne. Zupełnie nie widział się jednak w roli dyplomaty. Siostra biegle władała językiem, była opanowana i umiała być niezwykle przekonująca. On? Wciąż dawał ponieść się emocjom. Szczególnie w ostatnim czasie. Sam nie do końca siebie poznawał. Wiedział, że jest dorosły, że nim się obejrzy będzie miał własne dzieci, że już niebawem zasiądzie na tronie. Nadal sam czuł się jednak dzieckiem swoich rodziców. Księciem, bardziej niż przyszłym królem. Im więcej o tym myślał, tym bardziej go to przerażało. Pokręcił głową i spojrzał na siostrę.
- Przepraszam, Valentine. Nie zrobię tego.
~*~
Kiedy nadszedł wieczór, grupa wskazana rano przez króla stawiła się u podnóży Lwiej Skały. Każdy odczuwał lekki niepokój. Nadzieja jaką pokładali w wyprawie była ogromna. Dodatkowo nikomu nie podobała się wizja opuszczania rodzinnych ziem w tak niepewnych czasach. Asani czuł jak z nerwów zaciska mu się cały brzuch. Wcześniej tak nie było, dzień minął mu spokojnie, dopóki nie opuścił baobabu Shani. Choć wiedział jak silna jest, bał się zostawiać ją samą. Co więcej, czuł stres związany z powrotem w rodzinne strony po tak długim czasie. Opuścił je jako dziecko. Teraz był już całkowicie dorosły.
Z trójki zgromadzonych Wimbo wykazywał najwięcej entuzjazmu. Oczywiście, nie chciał zostawiać Wazi. Rozumiał jednak powagę sytuacji i niezwykle docenił bycie wskazanym jako jeden z reprezentantów władcy Lwiej Ziemi. Ze stadem Niszy niewiele miał wspólnego, natomiast wizja powrotu do dawnego domu choć na chwilę dawała mu wiele radości. Pamiętał, że Asani poprosił go kiedyś o wspólne odwiedziny Lany, chwilę po tym gdy dowiedział się o ich pokrewieństwie. Choć od tamtej chwili minęło wiele lat, cieszył się, że dojdzie ona do skutku.
Valentine pogodziła się z myślą, że zostawia Wolną Ziemię ukochanemu. Jeszcze tego samego dnia Nuada przeniósł się z Hapaną i kilkoma innym lwicami do groty, którą odwiedzali. Valentine wiedziała, że zostawia terytorium zaufanym przyjaciołom. Było jej jednak przykro, że brat nie dał się przekonać. Mimo, że rozumiała go, rozumiała również konieczność wyruszenia na wyprawę. Gdyby miała wybór, sama wcale by nie szła.
Gdy patrzyła na ojca, dającego jakieś przemówienie, dotarło do niej, że lada moment rozegra się kluczowa dla Lwiej Ziemi bitwa. Oczekiwanie było nie do zniesienia. Wiedziała, że sprawa z Kharim ciągnęła się, jeszcze odkąd jej rodzice byli młodsi od niej samej. Idia, będąca w jakiś sposób centrum konfliktu znosiła to wszystko w zupełnej ciszy. Okazjonalnie widywano ją z Leah czy Eclipse, ale przeważnie znikała gdzieś na całe dni. Ona jedyna wiedziała, jak bardzo Khari zranił ją te lata temu.
Teraz, gdy Valentine stała z odprawą pod siedzibą stada, obie ciotki wyszły by się pożegnać. Widziała wśród zgromadzonych same znajome pyski. Każdy jeden naprawdę wiele dla niej znaczył. Rodzina i przyjaciele... Nie mogła znaleźć jedynie brata. Poczuła w piersi gorzki żal. Nie chciała by ta sytuacja ich podzieliła. Zdawało się jednak, że nie mogła nic zrobić.
Mieli właśnie wyruszać, gdy ciężar w piersi zniknął zupełnie, na widok białego lwa, zbliżającego się biegiem ze strony zachodzącego już słońca. Wyglądał na zdeterminowanego i pewnego siebie. Patrzył jedynie na nią, nie zwrócił nawet uwagi na ojca, który wywołał jego imię.
- Miałaś rację. - wysapał, gdy skończył szaleńczy bieg. Valentine uśmiechnęła się, aż rozbolały ją policzki. Przytuliła brata. - Stchórzyłem. To wszystko naprawdę mnie przytłacza. Nie powinienem był w ciebie wątpić. Ani w ciebie, ani w tatę. - Spojrzał na brązowego lwa, zasiadającego na stadnym tronie. Sawa uśmiechnął się jedynie na widok swoich dzieci i skinął głową. - Wracaj na swoją ziemię, Val. Zadbaj o nią, a ja zadbam o resztę.
Rodzeństwo uścisnęło się ciepło. Nie wiedziała co skłoniło Kiona do nagłej zmiany swojej decyzji. Może była to Nisza? Może Eclipse doradziła synowi jak naprawdę może ochronić tych, których kocha? Cokolwiek sprowadziło białego na właściwą drogę, dało Valentine poczucie spokoju, jakiego dawno nie zaznała. Puściła brata z ciasnego uścisku.
- Dziękuję, Kion. Wiem, że dasz sobie radę, jak nikt inny.
Książę odpowiedział jedynie uśmiechem. Przywitał się z Asanim i Wimbo, którzy z entuzjazmem powitali go w drużynie. Mieli właśnie odchodzić, kiedy biały zatrzymał się jeszcze jeden, ostatni raz.
-Valentine? Mieliśmy naprawdę mądrego dziadka. - wyszczerzył się jedynie.
~*~
Chaka nie był specjalnie zaskoczony tym, że Valentine uciekła. Miał świadomość, że dał jej na to wiele szans. Byłaby głupia, gdyby z nich nie skorzystała. A przecież to, co mógł powiedzieć o księżniczce z absolutną pewnością, to że głupota jest jedną z ostatnich rzeczy jakie reprezentuje. Wciąż nie był pewien, dlaczego zdecydował się ją uprowadzić, więc skąd miałby wiedzieć dlaczego ma ją dłużej przetrzymywać? Pewnie liczył, że uda mu się wypracować jakąś kartę przetargową, mając kuzynkę na swojej łasce. Na jakiekolwiek pertraktacje było już jednak za późno. Może porwaniem próbował sobie wmówić, że wcale tak nie jest.
Czuł okropny wstręt, nawet nie miał już siły się złościć. Spotkanie z Zawadi uświadomiło mu, że sam siebie podstawił pod ścianą. Oczywiście, że był dumny, że znał swoje pochodzenie i wartość. A jednak teraz wiedział, że nic z tego nie ma już znaczenia. Nawet, jeśli rozdanie było dobre, wykorzystał swoje karty w najgorszy możliwy sposób. 
Myśli o matce nie dawały mu spokoju. Wiedział, że ojciec nie chce go widzieć, że krzywdę jaką mu wyrządził przekierował w gniew. Leah natomiast... Ona zawsze w niego wierzyła. Sam chciałby móc teraz uwierzyć w siebie choć po części tak, jak ona zawsze potrafiła.
Wiedział, że walka się zbliża. Na własne oczy widział co szykuje Khari. Nie należał jednak do żadnej ze stron. Każda z nich go skrzywdziła i on skrzywdził każdą z nich. Bezczynność, na jaką był skazany wydawała mu się najgorszą z kar.
Noc była chłodna. A może po prostu był głodny. Nigdy nie był wyborowym łowcą. Teraz, gdy nie musiał dbać o to by Valentine miała co jeść, nawet niespecjalnie chciało mu się polować. Czas mijał mu zupełnie na niczym. Całe życie wręcz rwał się do działania, którego teraz nie miał za grosz. Odnosił wrażenie, że nigdy nie myślał tyle co przez ostatnie dni. Wydawało mu się, że zaczyna przez to wariować. Ciągle czuł na sobie czyjś wzrok, czyjąś obecność. Nigdy nic jednak nie słyszał, ani nie zwęszył. Samotność i nieustanne milczenie wystawiały jego zmysły na próbę. Znów towarzyszyło mu to dziwne wrażenie, że ktoś jest tuż obok, że niemal czuje jak zaraz go dotknie. Wzdrygnął się na samą myśl.
- Spokój - charknął, drapiąc pazurami ziemię. Otrząsnął się z nieprzyjemnego wrażenia. Moment później spiął się cały a jego serce stanęło na chwilę. Usłyszał cichy, gardłowy rechot, tuż obok siebie. Obrócił się w kierunku dźwięku i wcale nie poczuł się lepiej. Nieopodal stał lew, którego rozpoznał od razu. Ruda sierść i czarna grzywa. Blizna przecinająca oko. Znał go jako postać z legend i opowieści. Nigdy nie był w nich jednak bohaterem. Chaka zerwał się na równe nogi i obrócił w stronę postaci.
- Wiem kim jesteś. - zawiadomił od razu. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Lew znów parsknął śmiechem i zbliżył się.
Straszą mną niegrzeczne dzieci. Byłbym zdziwiony, gdybyś nie wiedział.
- Dlaczego cię widzę?
- Wiesz kim jestem, ale nie wiesz, kim mogłem być. Jesteśmy bardziej podobni niż ci się wydaje. - Chaka oburzył się na te słowa. Najbardziej znany uzurpator i zdrajca właśnie go do siebie porównał. Spuścił wzrok. Nie chciał wierzyć, że naprawdę tak było. Rudy lew kontynuował. Jego głos brzmiał dziwnie. Chaka czuł się, jakby słyszał go wewnątrz własnego ciała. - Nie zawsze byłem Skazą. Jaki rodzic nazwałby tak dziecko? - rzucił tonem ociekającym ironią. Zatrzymał się i spojrzał Chace w oczy. Poczuł, jak przez grzbiet znów przechodzi mu nieprzyjemny dreszcz. Zielone ślepia, choć martwe od lat wpatrywały się w niego z taką intensywnością, że każdy jego oddech stawał się coraz płytszy. Młody lew poddał się pod naciskiem wzroku. Wbił własne oczy w ziemię we wstydzie i skrusze, jednak nawet wówczas nie mógł uniknąć nacisku spojrzenia. Duch odezwał się po raz ostatni tej nocy - Nie pozwól by krzywda stała się wszystkim czym jesteś.
Choć widmo zniknęło bez śladu, ciężar w piersi Chaki pozostał.

wtorek, 10 lutego 2026

#91. Strategie i nowiny

Na Lwiej Skale od samego świtu panował zgiełk. Gdy Zawadi i Valentine wróciły jeszcze w nocy, przywitał je Miujiza, oczekujący powrotu siostry. Wyraził wielką ulgę na widok nie jednej, ale dwóch zgub.
- Dobra robota, Zawadi. Byłaś bardzo dzielna - otarł się czule o siostrę, gdy Valentine pobiegła przywitać się z resztą. Choć nie popierał jej uczuć dla Chaki, wiedział ile kosztowało ją spotkanie z lwem i własnymi uczuciami. Lwica zawsze była strachliwa i unikała konfrontacji jeśli tylko mogła. Tej nocy wykazała się odwagą i determinacją. Przy tym, los chciał, że sprowadziła do domu księżniczkę! Choć nie wierzył w przesądy, coś mu mówiło, że dokładnie tak miało być.
Dołączyli do reszty stada w grocie, gdzie na widok Valentine powstała już zawierucha. Pierwszy poderwał się Kiongozi, niemal obalając siostrę na ziemię. Władcy byli tuż obok, witając córkę z rozrzewnieniem. Młody książę trząsł się z emocji, ostatnie wydarzenia mocno się na nim odbiły. Miał nadzieję, że wszystko będzie wracało do normy. Cała rodzina przywitała Valentine ciepło, jedynie Leah miała w oczach pewien smutek. Brązowa wiedziała jednak, że nie jest to w żadnej mierze spowodowane jej powrotem, a przypomnieniem o wciąż świeżej w sercu matki zdradzie syna. Nim wszyscy się przywitali i emocje z lekka opadły, Lwią Skałę opatulały już pierwsze promienie słońca.
Valentine nie dała się opanować emocjom i ogólnemu poczuciu bezpieczeństwa. Niemal natychmiast zażądała spotkania w którym mieli omówić co właściwie się zdarzyło i czego można spodziewać się w kolejnych dniach. Rodzina królewska oraz członkowie gwardii udali się więc do Baobabu Shani, gdzie wciąż leczył się Nuada. Nim wyruszyli w kierunku drzewa, Miujiza zatrzymał się na chwilę, by porozmawiać z siostrą.
-Powinnaś iść z nami. - spojrzał na siostrę. - Widziałaś się z Chaką. Wiesz gdzie jest. - Lwica niemal natychmiast pożałowała swojej wyprawy. Żal ponownie wypełnił jej serce. Wbiła wzrok w ziemię. - Zawadi. - stanowczo upomniał ją brat. Spostrzegł, że Valentine również zatrzymała się z znaczącej odległości i obserwowała rodzeństwo.
- Miujiza... - wyjąkała tylko. Informacje, które zdobyła były naprawdę cenne. Bała się jednak, że jakiś patrol będzie ścigał Chakę. Że na dobre przegonią go z okolicznych ziem.
- Zawadi, wiesz coś, co my również powinniśmy wiedzieć. Musisz się tym z nami podzielić. - samiec wciąż naciskał. W głębi wiedziała, że ma rację. Nie tylko myśl, że mogą skrzywdzić Chakę, ale jeszcze, że może być dla niego kolejnym zdrajcą, że musi przyznać się przed wszystkimi, że wciąż... - Nie pozwolę ci go chronić, nawet jeśli nadal go kochasz. - urwał Miujiza. Mówił stanowczo, choć wciąż troskliwie. Wiedział, że dla Zawadi jest to naprawdę trudne, choć miał nadzieję, że siostra zrozumie wagę sytuacji. Valentine zbliżyła się do nich.
- Co się dzieje?
- Zawadi powinna iść z nami. Myślę, że wie więcej, niż się spodziewamy. - lew pozostawał nieustępliwy. Valentine przekrzywiła głowę w zaciekawieniu, zerkając na Miujizę. - Spotkała się w nocy z Chaką. Nic nie wiesz?
Obie lwice spięły się nagle. Relacjonując księżniczce ostatnie dni, Zawadi uniknęła przyznania się do prawdziwego powodu jej wyjścia w nocy. Valentine spoważniała.
- Zawadi - zaczęła, jej ton brzmiał niemal chłodno i zmusił wywołaną do spojrzenia na lwicę. - Jeśli potrzebujesz czasu, to rozumiem. Ale jesteś członkinią stada. Jesteś naszą rodziną. Bitwa wisi na włosku. Jeśli wiesz cokolwiek, co może przydać się obronie Lwiej Ziemi musimy o tym wiedzieć. 
Zawadi wciąż milczała.
Po chwili Valentine zawołała Miujizę by udał się z nią do reszty. Nie mogli tracić czasu na decyzję córki Wazi. Każda minuta była teraz na wagę złota. Niezbyt chętnie, ale dołączyli więc do grupy.
Ilość zebranych nie pozwalała na posiedzenie wewnątrz siedziby szamanki, dlatego rozmowy przebiegły w cieniu bujnej korony drzewa. Valentine nie miała się z radości na widok narzeczonego. Nuada zerwał się z miejsca, nie zważając na swoją kondycję i wybiegł naprzeciw ukochanej. Po raz pierwszy od dłuższej chwili atmosfera stała się jakaś lekka. Zebrali się władcy oraz gwardia. Zawadi nie przyszła. Valentine i Miujiza nie powiedzieli nikomu o sekrecie lwicy. Oboje wierzyli, że jeszcze się pojawi.
Kiongozi wykazywał niesamowity entuzjazm do planowania strategii i przygotowania do walki. Proponował wiele różnych rozwiązań, przejmując pałeczkę kiedy tylko nadarzyła się do tego okazja. Był podekscytowany, choć wydawał się równie nerwowy. Jego najbliżsi rozumieli, że mogą za tym stać tak skrajnie różne wydarzenia, zarówno pozytywne jak i negatywne. Spodziewali się z Niszą potomstwa, była to niesamowita nowina, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Jednak widmo zbliżającego się konfliktu, porwanie żony, następnie siostry... to wszystko przytłaczało następcę bardziej, niż sam był tego świadomy.
- Ich wojowniczki są naprawdę silne. - Nuada odezwał się, gdy Valentine wylizywała jedną z pozostałych po ostatnim starciu ran. - Dodatkowo ten mur... Chyba się przeliczyliśmy. Ten tunel daje im niesamowite możliwości odwrotu i obrony. Nawet nie wiemy ilu ich jest. 
- Moglibyśmy go zniszczyć. Z twoim Rykiem Pradawnych, powinno być łatwo. Co więcej, byłaby to demonstracja siły. - padła propozycja. Nuada pokręcił głową.
- Nie sądzę. Po pierwsze, nie uważam, że powinniśmy pierwsi przystąpić do ataku. Zwłaszcza patrząc na to, że nie wiemy ile liczy ich stado. Po drugie, mój ryk... - przechylił głowę w zastanowieniu. - Odkąd gwardia się rozpadła, odkąd nie jesteśmy w pełnym składzie... nie jestem w stanie dłużej go używać.
Wśród zgromadzonych zapadła cisza. Nie była to dobra wiadomość. Umiejętność gwardii, zwłaszcza ryku dawała dużą przewagę. Jeśli musieli radzić sobie bez niej...
- To nic. - przerwał Kiongozi. - Wciąż, każdy z was jest niesamowicie zdolny w walce. Nim dojdzie do starcia, proponuję stworzyć patrole takie, by każdy z gwardzistów dowodził jednym. Pozostaje was czterech, więc cztery patrole. Dwa na Lwią i dwa na Wolną Ziemię. Asani i Bahati, stacjonowalibyście na Wolnej... - książę ponownie pozwolił sobie przejąć inicjatywę. Na jego słowa Valentine przestała opatrywać partnera. Uniosła jedną brew. Jej brat naprawdę mocno poczuwał się do roli. Ten jeden z nielicznych razy poczuła jakieś ukłucie własnego poczucia obowiązku za Wolną Ziemię. To ona miała nią rządzić. Kion nie miał do niej uprawnień ani teraz, ani w przyszłości. Wiedziała, że brat nie mówił tego w złej wierze, w życiu nie posądziłaby go o chęć odebrania jej terytorium, jednak zaczynała poważnie martwić się o stan białego. Kiongozi bardzo długo pragnął pozostać wolnym duchem i nie mieszać się w królewskie obowiązki. Musiał mocno martwić się o swoją rodzinę i nienarodzone dzieci. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl. Oboje naprawdę dorośli.
Propozycję księcia przerwało w połowie pojawienie się kolejnej osoby. Stado wymieniło zmieszane spojrzenia, jedynie Valentine i Miujiza wymienili porozumiewawcze uśmiechy. Zawadi bardzo niepewnie zbliżyła się do grupy i zajęła miejsce obok brata. Nim zdołała cokolwiek z siebie wydusić, lew zrobił to za nią.
- Moja siostra widziała się wczoraj z Chaką. Podobnie jak Valentine, zdobyła od niego pewne informacje, które mogą być dla nas bezcenne.
Zgromadzenie wypełnił pomruk zadowolenia. Zawadi dotknęła łapy brata i podziękowała mu. Znalazła w sobie wszelkie pokłady odwagi i stwierdziła, że dla dobra wszystkich, nawet kosztem jej złamanego serca, powie im co wie.
~*~
Dzięki informacjom, które dwie lwice zdobyły od syna Leah spotkanie przebiegło pomyślnie. Valentine udało się wydedukować, że Chaka nie opowiada się za żadną ze stron i nie powinien stanowić zagrożenia, co Zawadi potwierdziła. Z tego co udało jej się wyciągnąć z rozmowy z lwem, nie można wykluczyć, że Khari i Narumi połączą siły. Już w tej chwili oboje przebywali na Cemntarzysku. Dla obopólnej wygody zdecydowanie byli w stanie połączyć siły, nawet jeśli mieliby potem walczyć między sobą. Atak na lwioziemców stawał się priorytetem, personalną zadrą obu rywali. Sprawa nie wyglądała kolorowo i Shani coraz mniej rozumiała pozytywną energię duchów.
Gdy spotkanie dobiegło końca, po Bahatiego przyszła Amara, co niezwykle ucieszyło jej młodszą siostrę. Odkąd na stałe zamieszkała w Baobabie nie widywały się tak często jak by tego chciała. Natychmiast udała się w stronę pary, licząc, że uda jej się złapać lwicę choć na chwilę. Potrzebowała bliskości siostry i rozmowy o strapieniach.
- Amaro, Bahati! - zawołała radośnie. Amara rozpromieniła się uśmiechem i przywitała siostrę.
- Bycie szamanką ci służy, Shani. Wyglądasz świetnie - przyznała starsza.
-Asani o mnie dba - zachichotała niewidoma. - Czy... Znajdziesz dla mnie chwilę?
-Miałam spytać cię o to samo. 
Po chwili lwice pożegnały się z przyjaciółmi i zniknęły wewnątrz pnia. Amara wydawała się  czymś podekscytowana. Shani domyślała się sprawy z jaką siostra przyszła i sama niesamowicie chciała rozładować to napięcie. Jak się okazało spekulowała dobrze. Starsza z córek Idii najprawdopodobniej była w ciąży i potrzebowała badania, które ją upewni. Shani niemal pisnęła z radości na myśl o byciu ciocią. Od razu przystała na prośbę jasnej lwicy. Poprosiła ją by położyła się we wskazanym miejscu i przystąpiła do badania.
- Wszystko w porządku? - spytała po jakimś czasie Amara.
- Tak, nie wyczuwam nic niepokojącego. - powiedziała z zadowoleniem szamanka. Jasna zatrzymała jej łapę.
- Nie pytam o siebie siostro.
Shani speszyła się nieco, mimo to uśmiechnęła się ciepło. Nie od dziś wiedziała, że przed czujnym wzrokiem Amary nic nie ukryje.
-Ja... Martwię się. Masz rację - przyznała. Lwica wymsknęła się spod jej dotyku i usiadła przy siostrze. Poczuła jej łapę na swojej. - Boję się o to, co nadchodzi. Przodkowie mówią mi, że zwyciężymy tę walkę, ale nie bez cierpienia. Że okupimy ją jakąś straszną ceną, której nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Amaro, ja... Boję się, że duchy przygotowują mnie na śmierć Asaniego... lub twoją.
Serce jasnej lwicy stanęło na moment. Musiała to wszystko przeanalizować. Mimowolnie dotknęła  swojego brzucha. Tyle nadziei i szczęścia... Czy w ogóle go doczeka? Spojrzała na siostrę. Nie chciała sobie nawet wyobrażać poczucia winy z jakim musi żyć. Przytuliła się do młodszej.
-Ani ja, ani Asani nigdzie się nie wybieramy, słyszysz? - zapewniła ją. - Jak będę musiała, to sama z tymi przodkami porozmawiam. - rzuciła półżartem, choć brzmiała na bardzo zdeterminowaną. - Wierzę, że duchy nie będą kazały ci przechodzić kolejnej żałoby. I tak czujesz dużo więcej niż my. Nie skazaliby cię na takie cierpienie. Musisz im zaufać. Im i sobie.
Słowa ukoiły nieco niespokojne serce młodszej lwicy. Odwzajemniła siostrzany uścisk.
-Będziecie mieć z Bahatim dwoje lwiątek.

niedziela, 8 lutego 2026

#90. Pod osłoną nocy

Valentine niemal nie zmrużyła oka odkąd wybudziła się po raz pierwszy. Długa, położona głęboko pod ziemią grota pozostawała niemal równie ciemna, niezależnie od pory dnia. Kompletnie straciła już rachubę czasu. Nie wiedziała ile była nieprzytomna, ani ile leży już bezczynnie spoglądając w sklepienie. Była zupełnie sama - Chaka zostawił ją po ich pierwszej konfrontacji i wracał okazjonalnie, podzielić się łupami z polowań. Miał chociaż dość rozumu i godności by z nią nie przesiadywać. Wiedziała jednak, że lew wciąż jest gdzieś w okolicy. Wszystko było nim przesiąknięte, nie mogła nic poradzić, tylko czuć się obserwowaną. 
Miała dość czasu by wszystko sobie przypomnieć i ułożyć w głowie. Zamieniła z kuzynem nawet kilka suchych zdań, martwiąc się o stan narzeczonego i ojczyzny. Nie wierzyła jednak w ani jedno jego słowo. Wciąż nie rozumiała dlaczego Chaka ją przetrzymuje. Gdyby chodziło o Narumi, nienawistna lwica już dawno by tu była. Z resztą na samo wspomnienie tego imienia, lwa ogarniała jeszcze większa ponurność. Zagrali nim, tego Valentine była pewna. 
Nie rozumiała ani powodu przetrzymywania, ani powodu pomocy przy granicy z Cmentarzyskiem. Nie sądziła jednak, by były jej one potrzebne. Chaka pozostawał wrogiem, dopóki nie udowodniłby by było inaczej. Nawet wtedy nie powinien był spodziewać się z jej strony przebaczenia. To co potrzebowała wiedzieć, to jak się wydostać i wrócić na Lwią Ziemię. Starała się jeść, choć każdy kęs zwierzyny podstawionej jej pod nos przez kuzyna przyprawiał ją o mdłości. Wiedziała jednak, że musi zachować formę, zwłaszcza jeśli ryzykowała bezpośrednim starciem z Chaką. Jakaś jej część wierzyła, że pomimo ogromnej siły, lew nie znalazłby jej w sobie aż tyle, by naprawdę ją skrzywdzić. Mimo wszystko zawsze był słaby.
Nauczyła się już rutyny samca, którą potraktowała jako przepustkę do ucieczki. Choć nie była w stanie dokładnie odmierzać czasu, miała w pewien sposób poczucie kiedy jej porywacz znikał na dłużej. Którejś nocy, poczuła, że nastał odpowiedni moment. Nie potrafiła określić tego co się stało, ale znalazła w sobie głos, który wręcz zmusił ją do ucieczki. Poczuła nagły przypływ sił i determinacji. Nie mogła dłużej zwlekać, bać się nieznanej drogi. Czuła, że to przodkowie ją prowadzą.
Wspinając się po ścianie groty wydostała się na zewnątrz. Ciało wciąż miała obolałe, umysł nieco przyćmiony, ale duma i wiara dodawały jej sił. Gnała przed siebie trawiastą równiną, nie patrząc wstecz. Wciąż nie miała pewności gdzie jest, ale w tej chwili jedyne co chciała to uciec jak najdalej. I zapachy, i widoki były obce, dopóki nie spojrzała w niebo. Ujrzała setki znanych gwiazd nad sobą, napawających nadzieją. Znów poczuła tę siłę i pragnienie by znaleźć się z bliskimi. Pędziła dalej,  choć mięśnie i płuca paliły od nagłego wysiłku. W tej chwili nie bała się nawet choroby. Czuła, że za wszystkimi z ostatnich wydarzeń stoi coś wielkiego, że ten ogromny punkt kulminacyjny zbliża się nieubłaganie. Musiała wrócić do domu.
~*~
Zawadi siedziała i nasłuchiwała odgłosów nocy. W życiu nie czuła się tak samotnie.
Chaka po prostu ją zostawił. Całe życie zabiegał o czyjąś uwagę, o adorację i uznanie, a kiedy chciała mu je dać...? Po prostu odszedł. Znów poczuła, że trzęsie jej się broda. Nie mogła uwierzyć we własną naiwność! Przez moment naprawdę wierzyła, że mu pomoże, że razem jakoś dadzą radę. Ba, wierzyła nawet, że była w stanie dla niego zostawić Lwią Ziemię! Ale to on odszedł. Po prostu jej nie chciał, z jakiegoś powodu, którego nie umiała do końca zrozumieć. Nic z tego nie miało dla niej sensu. Przecież Sarabi jej powiedziała...? Przełknęła słone łzy i wbiła spojrzenie w niebo. Straciła dla siebie już wszelką nadzieję. W jakiś sposób naprawdę kochała Chakę. Może za późno znalazła w sobie odwagę by skonfrontować go z własnymi uczuciami? Pomyślała o bracie, Miujiza był zawsze taki odważny. Nie bał się spotkać z Kharim, nie bał się walczyć o Hapanę, zaprzyjaźnić z Bahatim... Tak bardzo chciałaby mieć choć cząstkę jego odwagi.
Chaka powiedział jej wiele rzeczy na tym krótkim spotkaniu. Że przetrzymuje Valentine, przodkowie wiedzą po co, że zna plany Khariego, że zdradził i został zdradzony na wszystkie możliwe sposoby. Sama czuła się jak zdrajca, że wciąż potrafiła znaleźć dla niego współczucie. Zranił tyle osób, które kochała, które on sam kochał. To wszystko było dla niej zbyt ciężkie. Siedziała więc zupełnie sama, nie czując już nawet obecności swojej duchowej przewodniczki i słuchała szumu trawy oraz własnego łkania.
Nim stała się tego świadoma, jej ucho zastrzygło, przez cichą wibrację dobiegającą gdzieś z oddali. Podniosła wzrok. Chcąc czy nie, od razu pomyślała, że to Chaka, że jednak wrócił. Oczy rozszerzyły jej się, gdy w oddali dostrzegła zbliżającą się sylwetkę. Serce załomotało mocno, gardło przestał ściskać żal, poderwała się i ruszyła w stronę odgłosu. Leciała jak strzała, przez chwilę zapominając zupełnie o złamanym sercu.
-Valentine! – krzyknęła rozpaczliwe, przyśpieszając do granic swoich możliwości. Lwica zbliżała się, wciąż będąc dość daleko od niej, zmierzając nawet nie do końca w jej Zawadi. Wykrzyknęła jeszcze raz, by księżniczka zwróciła na nią uwagę. Kamień spadł jej z serca, gdy lwica zwolniła nieco, rozglądając się za źródłem nawoływania. Nie wiedziała czy roztropnym z jej strony było głośne wołanie, gdy czekoladowa najpewniej uciekała, ale nie mogła pozwolić sobie by ją zostawić. Gdy Valentine namierzyła ją wzrokiem od raz pędem rzuciła się w kierunku młodszej lwicy
-Och, Zawadi! - westchnęła z ulgą gdy spotkały się w połowie drogi. - Jesteś ostatnią osobą, której się spodziewałam, ale nawet nie wiesz jak się cieszę! -Valentine wyglądała na straszliwie zmęczoną, choć uśmiechała się zupełnie szczerze. Zawadi uścisnęła przyjaciółkę.
- Jak dobrze, że jesteś cała... Chociaż jedna dobra wiadomość w ostatnich dniach - choć chciała wyrazić ulgę, na twarzy księżniczki zobaczyła jedynie troskę. Od razu sprostowała - Nie martw się. Nuada jest cały i zdrów. Opowiem ci wszystko w drodze.
Nie czekając zbędnie, ruszyły razem pozwalając Zawadi prowadzić. Choć droga nie była aż tak długa, żadna z nich nie chciała zwlekać. Obie wiedziały, że powrót Valentine do domu w takich okolicznościach będzie dla wszystkich wielkim pocieszeniem. 
 ~*~
Shani nie mogła zasnąć.
Wszystko mówiło jej, że ta noc była jedną z tych zwiastujących coś wielkiego. Czuła całym ciałem, że od kolejnego świtu nastąpią jakieś nieodwracalne zmiany, że same zdarzenia nocy będą zwiastunem pewnego końca. Przez to również początku.
Dzięki przodkom widziała przyszłość. Zwycięstwo. Żyzne ziemie Lwiej i Wolnej Ziemi, królewskie dzieci na tronie. Harmonię i nieprzerwaną ciągłość kręgu życia. Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Wśród całej nadziei i spełnienia, jakim zdawały się emanować duchy tej nocy, nie mogła odgonić od siebie poczucia jakiejś głęboko ukrytej tragedii. Cały spokój i akceptacja podszyte były jej zwykłym, śmiertelnym niepokojem. Ta troska... Nie była w stanie się jej pozbyć. Jakaś jej część myślała, że to przecież normalne, kiedy ma przed sobą perspektywę niesamowicie intensywnych zmian. Intuicja podpowiadała jej jednak, że chodzi o coś więcej. O coś co nie zmieni biegu świata, tylko jej własne życie. O sukces, kupiony jej własnym, personalnym cierpieniem. Westchnęła głęboko i obróciła się na drugi bok. 
Asani smacznie spał. Jego spokojny oddech muskał jej psyk raz po raz, łaskocząc ciepłym powiewem. Był dla niej zawsze taki dobry. Choć doskonale radziła sobie sama, sprawna para oczu zawsze się przydała. Nawet bez tego, po prostu bardzo ceniła sobie towarzystwo lwa. Pomimo wielu trudności i niecodziennego sposobu życia Shani, on pozostawał niezmiennie cierpliwy i wyrozumiały. Wiedziała, że bardzo ją kochał, już od dzieciństwa. Teraz, gdy dorosła, sama wiedziała ile znaczy dla niej tak stabilna i zaufana osoba. Oczywiście, zawsze miała u swojego boku Amarę, ale Asani... Chciała móc odwdzięczyć się choć po części za opokę, jaką dla niej był. Dałaby wszystko, by zignorować mrożący lęk, że to właśnie jego dotyczy zbliżająca się tragedia.

czwartek, 31 stycznia 2019

#89.Lwiątka

Zawadi stała jak wmurowana w ziemię.
Oczy tępo wpatrywały się w rosłą sylwetkę, przyprawiając ją o jedno, bądź dwa zbyt szybkie uderzenia serca. W myślach pojawiało się tylko jedno słowo. Nie była w stanie zmusić się do czegokolwiek. Słyszała tylko jedno. Chaka.
Również lew stał, wpatrując się w czerwone oczęta lwicy, nie odważając odezwać się ani słowem. W jego głowie była pustka. Nie wiedział co robić. Uciekać? Walczyć? Stać dalej? Po chwili odezwał się jednak.
-Zawadi... Co ty tu robisz?-lwica zrobiła kilka kroków w jego stronę, nie zrywając kontaktu wzrokowego. Mimo, że nigdy nie łączyła ich szczególna więź, poczuła swego rodzaju tęsknotę, za jego porywczym charakterem i ślicznymi, niebieskimi oczyma.
-Chaka ja... Proszę, wróć ze mną do domu...-szepnęła jedynie nieśmiałą prośbę.- Twoja matka, ona...
-Wiem.-sarknął tylko, na co Zawadi wytrzeszczyła oczy.-Jeżeli jesteś kolejną osobą, która chce mi dać w kość, lepiej sobie odpuść, bo nie jestem dzisiaj w humorze.
Lew obrócił się i odszedł. Z bólem w głowie i sercu, ale odszedł zostawiając lwicę samą. Mimo wszystko Zawadi zmarszczyła brwi i kilkoma susami dogoniła byłego gwardzistę. Nie zostawi go. Nie teraz.
-Chaka daj mi wszystko wyjaśnić. Ja.. Ja jestem tu bo...-Kiedy ich spojrzenia ponownie się spotkały, dostrzegła w jego oczach jedynie gniew i ból. Ból jaki pojawia się w oczach małego dziecka, które zgubiło swoich rodziców. Zawadi przełknęła ślinę, spuszczając wzrok na swoje łapy.-Chaka, ja nie chcę dłużej stać w cieniu. Nawet jeśli nic to nie da... Ja cię kocham. Proszę Chaka, wróć ze mną do domu.
Serce lwa stanęło. Miał okazję zaistnieć w oczach chociaż jednej osoby. Zamknął oczy, zaciskając zęby.
-Przykro mi Zawadi. Spóźniłaś się. Lwia Ziemia to już nie mój dom. Przestała być moim domem, kiedy Nuada się na niej zjawił. To straszne. To tak okropne, że nie jestem nawet w stanie stwierdzić czy też coś do ciebie czuję. Całe życie zależało mi tylko na tym, żeby ktoś mnie wreszcie dostrzegł. A ciągle jedynie blednąłem. Ja już nie wiem czego chcę. Chcę, żeby to cholerne życie wreszcie się skończyło. Jestem wrakiem. Samotnym wrakiem, który przetrzymuje przyszłą królową w grocie, sam nie wiedząc dokładnie po co. Powinienem wrócić. Powinienem powiedzieć wam plany Khariego. Ale czy muszę to robić? Czy muszę pomagać osobom, które przez całe życie robiły mi tylko pod górkę?
Zawadi poczuła jedynie jak cały jej świat sypie się pod jej własnymi łapami. Nie spodziewała się tego. Nie liczyła, że lew rzuci jej się w ramiona, jednak nie oczekiwała z jego strony wypowiedzi, która tak gwałtownie na nią wpłynie. Teraz samą zaczęły ją męczyć wyrzuty, czy ona na pewno chce z nim być. Czy w ogóle jest dla niego jakiś ratunek?
Jedyne co mogła zrobić to objąć jego rozdygotane ramiona i wtulić się w brązową grzywę.
~*~
Kiongozi otworzył leniwie oczy. Obraz dopiero po chwili się wyostrzył, lew ziewnął przeciągle i zobaczywszy, że jego ukochanej nie ma obok skrzywił się nieco. Nisza zdecydowanie nie należała do rannych ptaszków, a po ostatnich wydarzeniach jakie miały miejsce, wolał nie puszczać jej samej nigdzie. Może i był przewrażliwiony, ale dopiero niedawno udało mu się odzyskać jej uczucia, toteż nie miał zamiaru tracić jej po raz kolejny.
Wstał więc, rozprostowując zdrętwiałe kończyny i udał się do wyjścia z groty.
Sawanna budziła się do życia, promienie słońca delikatnie łaskotały kołyszącą się na wietrze wysoką trawę, a znad wodopoju dochodził ptasi świergot. Duma wypełniła jego młode serce, kiedy dotarł do niego fakt, że już wkrótce losy tego wspaniałego królestwa będą zależeć od niego. Kilkoma susami zeskoczył z Lwiej Skały i przemierzając pokryte rosą oceany traw, skierował się w stronę serca krainy, gdzie zazwyczaj przebywały zwierzęta chcące zastać trochę spokoju.
Niebieskawa tafla wody zaczynała być widoczna już kilka minut później. O tej  porze znajdowało się tam jedynie kilku mieszkańców królestwa. Tego dnia Kion zastał tam jedynie kilka zebr i trzy lwice: Hapanę, Amarę i Wazi, które pozdrowił skinieniem głowy, a następnie dosiadł się do nich.
-Witaj, Kion- z promiennym uśmiechem przywitała go najjaśniejsza lwica, na co książę odpowiedział tym samym gestem.-Co cię do nas sprowadza?
-Widziałyście może Niszę?-zapytał od razu. Jego głowę zaczynały zajmować myśli o nieszczęściach jakie mogły ją spotkać. Na jego pytanie Hapana zachichotała lekko, a Wazi uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
-Udała się do Shani w odwiedziny do Nuady. Jego stan się polepsza, ale dalej musi odpoczywać.-Na te słowa, młody lew skinął jedynie głową.
Nie miał zamiaru odpuścić Khariemu tego wyczynu. Wiedział, że do bezpośredniej konfrontacji może dojść już wkrótce, a wydarzenia sprzed kilku ostatnich dni jedynie to przypieczętowały.
-Nie wiadomo co z Valentine?-Zapytał z nutą troski i zmartwieniem w głosie. Lwice spojrzały po sobie, Amara pokręciła przecząco głową.
-Zniknęła bez śladu. Ale nie przejmuj się Kion, to silna lwica. Poradzi sobie. Musi-ostatnie słowo powiedziała nieco ciszej, na co Hapana posłała jej karcące spojrzenie. Kiongozi, zdobył się na lekki uśmiech.
-Dobrze, dziękuję wam bardzo. Bawcie się dobrze-Tym razem jego uśmiech był znacznie szerszy i szczery. Lwice odpowiedziały tym samym, odprowadzając białego lwa, znikającego w gąszczu traw, wzrokiem.
Kion bez większego zastanowienia skierował swoje kroki w stronę baobabu w celu ujrzenia ukochanej.
Zarys wielkiego drzewa widoczny był już z daleka. Z każdą minutą monstrualnych rozmiarów baobab, był coraz bliżej, toteż już niedługo potem, syn Sawy mógł podziwiać jego gęstą koronę stojąc u jego podnóży. Z wnętrza drzewa dobiegały dobrze znane lwu głosy, wśród których od razu rozpoznał Niszę.
Bez zastanowienia wskoczył na jedną z niższych gałęzi, znikając w gęstwinie liści. Chwilę później znalazł się już wśród wielu małych buteleczek i sakiewek. Zapach ziół unosił się w powietrzu, nadając dodatkowego uroku miejscu. Pod jedną ze ścian leżał Nuada z zabandażowaną łapą, obok niego siedział Asani. Obaj byli pogrążeni w rozmowie.
Pierwszy zwrócił uwagę na białego Nuada, uśmiechając się i machając lwu a przywitanie. Kion odwzajemniając gest zbliżył się do nich.
-Witam panów- rzucił z rozbawieniem do samców, wywołując uśmiech u Asaniego.-Jak się trzymasz?
-Jest już całkiem dobrze. Jedynie łapa pozostawia wiele do życzenia.-westchnął gorzko jasny, podnosząc zabandażowaną kończynę.
Chwilkę później pojawiła się również Shani i Nisza obie promieniujące ze szczęścia.
Złota lwica na widok Kiona prawie podskoczyła ze szczęścia. Uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając rządki swoich białych kłów i rzuciła się na szyję ukochanego.
-Nie zgadniesz co się stało!-lwica pisnęła tylko wypuszczając męża z uścisku.
-Jak nie dasz mi podpowiedzi to nie zgadnę-zaśmiał się, widząc jak szczęśliwa jest lwica. Spojrzała na Shani i Nuadę, po chwili ponownie przenosząc wzrok na zielone tęczówki samca.
-Będziemy mieli lwiątka!
~*~
Khari z warkotem rzucił się na stare drzewo, zamaszyście wymachując łapami. Na starym, spróchniałym pniu pojawiły się głębokie rysy, niemal łamiąc drzewo na pół. Nie tak miało to wszystko wyglądać.
Kiedy lwice patrolujące znalazły ranne strażniczki od razu zabrały je na Cmentarzysko. Kiedy Khari usłyszał z ust Naandy, jednej z lepiej wyszkolonych lwic, że Chaka przybył z odsieczą księżniczce, krew w nim zawrzała. Liczył, że syn Leah ucieknie, dołączy do Narumi, zrobi cokolwiek, jednak nie zacznie wspomagać Lwiej Ziemi.
Krew wrzała w nim od kilku dni, na Cmentarzysku panowała niesamowicie napięta atmosfera, wszystkie lwice niesamowicie bały się jakkolwiek zawracać głowę Khariemu. Lisa martwiła się o męża, ostatni raz widziała go w takim stanie dobre kilka lat temu, kiedy to opuściła z nim Lwią Krainę. Mimo to i ona nie miała w planach wchodzić w drogę rozdrażnionemu samcu.
W dodatku, zasadzka okazała się w cale nie tak dobrze przemyślana jak z początku się wydawało. Nuadę zabrały lwiozemskie straże, dlatego wróg wyrzutków zdawał sobie sprawę z ich planów. Element zaskoczenia poszedł w zapomnienie. Teraz nie było już wyboru. Trzeba zacząć dopracowywać strategie i ruszyć do boju po raz ostatni.
Do boju o Lwią Ziemię.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Prawie rok.
Prawie rok zostawiłam was samych. Nawet nie wiecie jak bardzo mi przykro, że tak to wszystko zaniedbałam.
Wracam do was z rozdziałem. Stwierdziłam, że napiszę ich jeszcze kilka, a następnie zakończę tę historię, bo inaczej nie ma sensu tego ciągnąć
Mimo, że znacznie wyszłam z wprawy w tych tematach i notka nie jest powalająco długa ani ciekawa, mam nadzieję, że znajdą się osoby, które ucieszą się na widok chociaż takiego rozdziału.
Trzymajcie się, ściskam was mocno
Pozdrawiam
~Rosa
Ps. piszę to z gorączką, więc niewykluczone, że jest bez ładu i składu za co przepraszam XD

niedziela, 29 lipca 2018

Ja wciąż tu jestem...

Przepraszam.
Bardzo przepraszam.

Zawaliłam na całej linii, macie prawo mieć do mnie o to ogromnego focha. Ja wszystko rozumiem. Postu nie było tutaj wieki, ale musicie wiedzieć, że tak jak obiecałam kiedyś się pojawi. Zaczęłam go pisać, mam już jako taki pomysł, ale oczywiście na drodze stoi mój największy wróg- czas.

Ostatnio dwa tygodnie spędziłam na obozie harcerskim, wróciłam dzisiaj, a za tydzień startuję z nowym. W dodatku regularnie działam z zadaniami Projektu 62 i pracuję nad nowym blogiem. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie, chociaż wiem,  że będzie ciężko.

Wiedzcie, że chociażby na siłę, ale ja dokończę tego bloga. Albo znajdę kogoś kto mi pomoże, zmotywuje jak należy i da jakieś pomysły. Nie sądziłam, że prowadzenie bloga który był (jest) miłością mojego życia może być aż tak męczące. Liczyłam, że na moje barki spadnie połowa obowiązków na tym blogu, tymczasem wygląda na to, że pomału staję się jego pełnoprawnym administratorem.

Mam nadzieję, że mnie rozumiecie i nie zagryziecie mnie tak od razu, ale ja pomału nie wyrabiam. Dodatkowo dostałam Quo Vadis i Syzyfowe Prace do przeczytania na wakacje... Po prostu umieram ;-;

Ściskam was mocno
Trzymajcie się
~Roselina


sobota, 10 marca 2018

#88. Ciekawość prowadzi do zguby cz. II

Valentine wybudził okrutny ból głowy.
Lwica straciła poczucie miejsca i czasu. Nie wiedziała, czy zdarzenia z wczoraj to zwyczajny sen, czy może miały one miejsce w jej prawdziwym życiu. Serce jej stanęło, na myśl o pojmanym Nuadzie.
Lwica rozejrzała się dookoła. Znajdowała się w obcym jej miejscu, w grocie, przy małym wodopoju. Panowała absolutna ciemność, jedynym źródłem światła były gwiazdy migoczące na niebie oraz ogromny księżyc, którego magiczna poświata przedzierała się białym blaskiem zza chmur. Księżniczka wzięła głęboki wdech. Co jeżeli ona sama została porwana?
Z zamyślań wyrwał ją widok dobrze zbudowanego lwa o beżowej sierści i charakterystycznych, dużych, błękitnych oczach.Sierść Valentine automatycznie najeżyła się, a lwica z trudem powstrzymała chęć skoczenia na kuzyna, a następnie obezwładnienia go. Wstręt i nienawiść jaką do niego czuła są ciężkie do wyobrażenia. Teraz jednak była pewna jednego-wczorajsze zdarzenia wcale jej się nie przyśniły.
Ciało Chaki pokrywały liczne rany, niektóre dalej krwawiące a inne lekko zakrzepnięte. Lew wyglądał na niesamowicie zdołowanego i zmartwionego. Jego spojrzenie było zamglone a jego pewność siebie ulotniła się niczym podmuch wiatru. Gdyby nie wygląd, Valentine mogłaby spokojnie stwierdzić, że nie zna tego lwa.
Mimo wszystko zawarczała cicho i wstała, omal się nie przewracając.
-Cóż za miłe spotkanie, Chako - wysyczała przez zaciśnięte zęby. Syn Leah odwrócił się gwałtownie w stronę kuzynki. Mimowolnie uśmiechnął się, jednak widząc czystą nienawiść wymalowaną na pysku lwicy oprzytomniał.
-Masz rację. Okoliczności nie są zbyt sprzyjające - odparł z absolutnym spokojem.- Połóż się, Valentine. Jesteś poważnie ranna. Za niedługo zabiorę cię do Rafikiego.
-Skąd ta nagła troska, zdrajco? - wyszeptała niebezpiecznie - Poza tym, Rafiki odszedł. Teraz szamanem jest Shani. Nie waż się u niej stawić, bo Asani nie będzie ręczył za siebie.
-Shani? Shani jest szamanem? No proszę, a jednak coś z niej wyszło... - ostatnie zdanie wypowiedział niemal bezgłośnie, jednak Valentine zdołała je wyłapać. Z warkniecie skoczyła na kuzyna. Ten jedynie pchnął ją łapą, a następnie powalił na ziemię, stając nad lwicą.
-Coś z niej wyszło? Radziłabym spojrzeć na twoją pozycję, Chaka. Jesteś wyrzutkiem. Z tego co widzę, nawet na Cmentarzysku cię nie chcieli. Zwisasz na końcu łańcucha pokarmowego. Nie jesteś lwem. Ani hieną. Jesteś nikim - odpowiedziała z zaciekłością lwica, na co lew przybliżył swoją głowę do jej twarzy z warkotem.
-Radziłbym spojrzeć na twoją aktualną pozycję Valentine. Jesteś w moich sidłach, a do Shani nie muszę cię odnosić, skoro tak ci na tym zależy. Możesz gnić w tej jaskini, jak długo ci się podoba. Radziłbym się jednak zastanowić nad tym co mówisz. Najpierw ratuję tobie i Nuadzie życie, narażając swoje własne, później zabieram cię do siebie, gdzie opatruję ci wszystkie rany, a następnie chcę cię zabrać do szamana, a ty odwdzięczasz się w taki sposób. Atakujesz mnie.
-Pominąłeś kilka faktów. Najpierw zdradziłeś swoją ojczyznę, doprowadzając do czystego obłędu swoją matkę. Tak Chako, Leah ledwie się trzyma. Żałuj, że jej teraz nie widzisz. Może dopadły by cię wyrzuty sumienia. Wracając... Później dołączasz się do wrogiego stada, następnie znajdujesz się na mojej ziemi, łamiąc kolejny przepis. Dopiero później można uznać, że robisz coś przydatnego. Ale uwierz, mam powody by rozszarpać cię na strz...
-Ty? Ty masz powody?! Co ty możesz o tym wiedzieć?! Od dzieciaka miałaś wspaniałe dzieciństwo, zagwarantowaną pozycję i kochające rodzeństwo! A ja?! Całe życie nieakceptowany, moje siostry zmarły przy narodzinach, a walcząc o twoje serce nie tylko straciłem pozycję, ale także honor. Przez ciebie i Nuadę całe moje życie to jeden wielki pęk nieszczęść, Valentine! Myślisz, że tak łatwo jest zejść ze ścieżki porażek? Nigdy na niej nawet nie byłaś, więc nie waż mi się odezwać słowem w tej kwestii! - wyryczał prosto w twarz kuzynki lew, a do jego oczu napłynęły łzy. Valentine jednak nie zareagowała. Wyszła spod kuzyna, gdy ten usiadł obok ze spuszczoną głową.- Całe życie chciałem tylko zaistnieć. Ale wasze stado mi to uniemożliwiało. Jedna porażka doprowadziła do drugiej. Druga do następnej, a reszta przyszła tak niespodziewanie, że straciłem nad nimi panowanie... Valentine, ja wiem jak mnie postrzegacie. Macie do tego absolutne prawo. Ale musicie wiedzieć, że z moim charakterem bycie niedostrzeganym to coś co boli najbardziej. A jednak nigdy tego nie rozumieliście.
-Nie wracaj do przeszłości. To nie ona cię usprawiedliwia, nikt nigdy nie będzie na nią patrzeć. Lepiej zajmij się swoją teraźniejszością, chociaż nie wydaje mi się, żeby udało ci się ją naprawić - powiedziała z wyniosłością w głosie. Może powinna mieć wyrzuty sumienia? Może faktycznie życie Chaki wyglądało tak fatalnie? Może, jednak przysięgła sobie, że względem kuzyna nie okaże już niczego, niezależnie od tego jak bohaterskimi czynami się wykaże. Ona już nie wybaczy.
Lwica wyjrzała przez wejście do jaskini. Na zewnątrz panowała absolutna ciemność, jedynym źródłem światła był księżyc i gwiazdy, delikatnie migocące na niebie. Valentine zbadała wzrokiem grotę. Była sporych rozmiarów, jednak umieszczona głęboko w ziemi, dzięki czemu ciężko było ją zlokalizować. Nic dziwnego, że strażnicy nie mogli znaleźć zbiega. Przeniosła wzrok na postać kuzyna.
-Nie mazgaj się - odparła zimnym głosem. Lew podniósł ku niej oblicze i zawarczał cicho.
-Lepiej się pilnuj, Valentine. Tak łatwo mi nie uciekniesz, na dobrą sprawę nawet nie wiesz gdzie jesteśmy. Tak się składa, że to nie Wolna Ziemia. Diabli wiedzą gdzie to jest, to chyba niczyj teren.- Wzruszył ramionami, na co brązowa prychnęła.-Jeśli jesteś głodna, to tam leży mięso.-odparł jedynie, po czym wstał i położył się pod jedną ze ścian, zamykając oczy.
~*~
Stado lwioziemców już dawno spało. 
Na ten moment Zawadi czekała od świtu.
Zwinnie podniosła się i omijając śpiące lwy wyszła z jaskini. Odwróciła się, sprawdzając czy nikogo nie obudziła i zamarła z wrażenia kiedy tuż przed nią wyrosła postać Miujizy. Lwica wzięła kilka głębokich wdechów i uspokoiła się.
-Co tu robisz, Zawadi? Powinnaś już dawno spać - powiedział ze stanowczością w głosie brat lwicy. Ta jedynie wywróciła oczami.-Co tutaj robisz?- zadał pytanie, choć był pewien odpowiedzi. Zawadi zdała sobie z tego sprawę.
-Wiesz co myślę o Chace. Wiesz, że mi na nim zależy. Mam zamiar sprowadzić go tutaj i w miarę swoich możliwości namówić stado, żeby dali mu jeszcze jedną szansę - powiedziała ze stanowczością w głosie. Odpowiedziało jej prychnięcie.
-O jedną za dużo. Zawadi, Chaka jest wyrzutkiem, zdrajcą i nie otrzyma już szansy. Przykro mi, siostro. Jeśli chcesz z nim szczęścia, sama będziesz musiała odejść - Te słowa zabolały oboje. Rodzeństwo kochało się bardzo i ciężko było im myśleć o rozstaniu na zawsze. Zawadi spuściła głowę.
-Nie poddam się, bracie. Zbyt długo stałam w cieniu, by teraz sobie odpuścić. Nie dam się tak łatwo- spojrzała posępnie w oczy brata. Ten jedynie objął lwicę.
-Jesteś dorosła Zawadi, nie będę mieszał ci w twoim życiu. Wiedz, że we mnie zawsze będziesz miała wsparcie.
-Dziękuję, Miujizo - lwica odwzajemniła uścisk. Bała się, że lew będzie próbował ją zniechęcić, a jednak nie zawiodła się na nim. Odwróciła się i zaczęła schodzić z Lwiej Skały. Zatrzymał ją jednak głos brata. Odwróciła głowę w jego stronę, by z uśmiechem wysłuchać przestróg.
-Uważaj na siebie! Nie daj mu się zwieść!-krzyknął jedynie za lwicą. Ta uśmiechnęła się i pognała po okrytej czarnym płaszczem nocy sawannie.
Nie wiedziała od jakiego miejsca zacząć. Na dobrą sprawę, nie wiedziała nic. Gdzie jest, czy w ogóle żyje i co może jej zrobić. Poczuła nerwowy ból brzucha, jednak nie chciała zawrócić. Nie zależy jej na czasie, nie spieszy jej się. Przeszuka spokojnie sąsiednie ziemie, tak długo do póki go nie znajdzie.
Skąd nagle wziął się w niej ten zapał? Chaka nawet się nią nie interesował. Może pora, by zaczął?
Zawadi stwierdziła, że na Lwiej Ziemi nie będzie go na pewno. Byłoby to bardzo nierozsądne i nie w stylu zbiega. Postanowiła zacząć od Wolnej Ziemi.
Udała się więc na dawne tereny Złej Ziemi, na północ. Gnała pośród wysokich traw, nie zwracając uwagi na ciekawskie spojrzenia nocnych żyjątek. Odbijała się rytmicznie od ziemi, układając w głowie plan trasy. Postanowiła, że następną ziemią jaką odwiedzi będzie Zielona Ziemia,  na której mieszkała Shan odkąd stała się szamanką.
Wkrótce znalazła się przed mostem łączącym dwie ziemie, oraz z przerażeniem ujrzała ogromną ścianę, kamienny mur który odgradzał Cmentarzysko i Wolną Ziemię. Czyżby Sawa obawiał się czegoś od strony wyrzutków. Czy lwicy groziło śmiertelne niebezpieczeństwo? Przełknęła głośno ślinę.
Wiedziała, że jej plany mogą być niebezpieczne, jednak wiedziała, że może wykorzystać Khariego, jako swojego ojca. Mogłaby mu wmówić, że odłączyła się od Lwiej Ziemi po tym jak jej ojczyste stado znienawidziło Chakę. Dziękowała gwiazdom, że wcześniej nie wychylała się, ani nie wtrącała w nie swoje sprawy. W przeciwieństwie do Miujizy.
Zajęta swoimi myślami nie zwróciła uwagi kiedy znalazła się w centrum Wolnej Ziemi. Było cicho, mogłaby rzec, że najgłośniejszym dźwiękiem było szybkie i nierówne uderzanie jej serca, które dudniło w całym ciele lwicy po długim biegu.
Mimo szybkiego tętna jej serce zamarło na chwilę, lwica z przestrachem odwróciła głowę, kiedy do jej uszu dobiegł głos jej imienia.
Jej oczom ukazała się majestatyczna postać pełna powagi, a jednak z troską spoglądająca na nią. Postać była niemalże przezroczysta, otoczona białą aurą. Jedynie jej oczy odbijały światło gwiazd, świecąc się niesamowicie.
Była to piękna lwica, o dumnym wyrazie twarzy. Posiadała płową sierść, z jasnym podbrzuszem i duże czerwone oczy. Do złudzenia przypominała Valentine, jednak budziła w Zawadi taki respekt i podziw, że lwica zmusiła się do ukłonu, mimo, że nie znała obcej zjawy.
-Zawadi, moje dziecko... Podnieś się- odezwała się troskliwym, zarazem władczym głosem. Spojrzała z uśmiechem na lwicę- Pewnie głowisz się kim jestem. Byłam matką twojego pradziadka. Nazywam się Sarabi i jestem twoim opiekunem. Przybyłam nie bez powodu. Kiedyś znajdowałam się w podobnej sytuacji, chcę cię ostrzec, żebyś nie popełniła tego błędu co ja.
-A-Ale, jak to?- wyszeptała lwica patrząc z lękiem w oczy lwicy.- Co robię źle? Co grozi Lwiej Ziemi? Czy moim przeznaczeniem jest tkwienie w cieniu do końca mych dni?
-Spokojnie, kochana. Wszystko po kolei. Kierujesz się sercem, podobnie jak ja. Nie możesz jednak zapomnieć o tym, że posiadasz rozum. To on zazwyczaj kieruje nas tą słuszną ścieżką. A jednak jeśli kochasz, zapomnisz o swojej mądrości. Może cię to zdziwi, ale ja również kochałam wyrzutka. Tak, moje dziecko...
-Czy ty... Kochałaś Skazę?-wydukała z niedowierzaniem Zawadi. To czego właśnie się dowiedziała wprowadziło ją w szok. Była totalnie skołowana, jednak poczuła się jeszcze dziwniej kiedy lwica zaprzeczyła.
-Oczywiście, że nie. Skaza był nikczemnym tyranem. Władał twardą ręką, nie znał litości. Kochałam jego bliźniaczą duszę, Takę. To on był tym który zawsze stawał w obronie prawa, to on strzegł Lwiej Ziemi wraz z pierwszą gwardią. Kochałam mojego przyjaciela, a on kochał mnie. Wszystko jednak posypało się jak domek z kart, kiedy to doszło do starcia między nim a Mufa...
-Zaraz, zaraz... Mufasa miał dwóch braci?-Królowa z przeszłości przewróciła oczami na to zdanie.
-Nie, Zawadi. Taka był poprzednikiem Skazy. Przez moją miłość doszło do nieszczęścia i przeobraził się w Skazę, zapominając o wszystkich uczuciach i o tych, którzy go wciąż kochali. W dodatku, to głównie z mojej przyczyny doszło do starcia między nim a Mufasą. Przegrał, dopuścił się zdrady i został wygnany, ogłoszony wrogiem. Lecz co miałam na to powiedzieć ja, która dalej go kochała?
Byłam bezradna, mój głos się nie liczył. A jednak po wielu próbach postanowiłam zapomnieć o tym co mnie łączyło z Taką. Taka został zamordowany przez własnego brata. Jego miejsce zajął Skaza. Wiedząc, że nie mam wyboru porzuciłam przeszłość i wyszłam za Mufasę, raniąc własne uczucia. Nie było mi z nim źle. Szybko zapomniałam o tym, co wyrządził mojej pierwszej miłości. Doczekałam się z nim syna, a kiedy zmarł... Moje serce rozpadło się na miliony kawałeczków. Straciłam Takę, następnie Mufasę i Simbę, moje dziecko. Wyobraź sobie jaki ból musiałam przeżyć...
Dlatego zjawiłam się, żeby ci poradzić. Nie zapominaj o prawdziwej miłości. Podążaj za uczuciami i nie zważaj na to, co inni mówią. Ty kochasz, ty będziesz walczyć. Nikt nie ma prawa zmieniać twoich uczuć względem innych. Kochasz Chakę. Jednak nie wiesz, czy on kocha ciebie... Nie zwraca na ciebie uwagi, a jednak... Ty postanowiłaś go odszukać, ty Zawadi nie poddałaś się pomimo złego nastawienia innych. A ja to zrobiłam. I żałuję do teraz. Idź i odszukaj swojego ukochanego, gwiazdy wskażą ci drogę. Gdybyś czegoś potrzebowała, zjawię się...
Zawadi wysłuchiwała wypowiedzi z zapartym tchem. Wiedziała o dawnej królowej więcej niż ktokolwiek inny. Czuła się dumna, nieopisana radość rozpierała jej serce. Odkryła swojego przewodnika!
Niebo rozbłysło białą refleksją, a zaraz po niej pojawiła się nowa gwiazda, migocąca jakby chciała coś przekazać lwicy. Znak od przodków. Lwica podskoczyła z radości. Nareszcie coś idzie po jej myśli!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Boże, moi kochani nawet nie wiecie jakie wyrzuty sumienia mnie gryzą ;-;
Nie miałam weny, czasu ani jakichkolwiek chęci żeby napisać tutaj rozdział. Tymczasem usiadłam i w niespełna tydzień napisałam to. Ja nie wiem o co ze mną chodzi, ale jeszcze raz najmocniej was przepraszam!
Jestem względnie zadowolona z tego postu. Rozdział jest długi i pojawiła się Zawadi (wrrr, nawet nie wiecie jak długo musiałam się zmuszać, żeby cokolwiek o niej napisać. Jak ja jej nie lubię, tfu!) Dawno jej nie było, więc stwierdziłam, że pora coś o niej wybełkotać. I wyszło, z czego bardzo się cieszę ^^
Zostałam administratorem bloga, więc wprowadziłam kilka aktualizacji w zakładkach, wyglądzie i regułach bloga (oczywiście za zgodą Silver). Cieszę się niesamowicie, że mam tak naprawdę pełne prawo do bloga. Głównie dzięki niemu jestem w tym fandomie ^^
W miarę moich możliwości postaram się pisać regularnie, posty będą pojawiać się zawsze w weekendy, jednak nie częściej jak raz na miesiąc. Chyba :D
Mamy jeszcze jedną pilną sprawę.
Chodzi o to, że popularność bloga bardzo zmalała od zmiany autorów. Razem z Silver baaardzo prosimy o pomoc nam w wypromowaniu bloga. Możecie wstawić na swojego własnego nasz banner (zakładka z Fanartami), dać króciutką informację lub powysyłać reklamy. Nie znam aż tylu blogów o tematyce TLK które nie znałyby tego bloga, jednak jeśli znacie jakieś osoby w realu/bloggerów/wattpadowiczów/kogokolwiek które mogłyby się zainteresować, dajcie im znać a będziemy bardzo wdzięczne ^^
Pozdrawiam was cieplusio
~wasza Roselina

wtorek, 12 grudnia 2017

#87. Ciekawość prowadzi do zguby cz. I

Valentine otworzyła powieki.
Ziewnęła i spojrzała z czułością na śpiącego u jej boku Nuadę. Polizała partnera w policzek, na co ten uśmiechnął się. Lwica podniosła się, jednak upadła, przygnieciona łapą jasnego lwa. Z rozbawieniem odgarnęła potężną kończynę Nuady i ponownie wstała rozciągając się przy tym. Wygięła grzbiet w łuk, rozprostowując kręgosłup, po czym radośnie opuściła grotę lwiego stada.
Lwia Ziemia budziła się do życia, pierwsze stada antylop i zebr pojawiały się na sawannie, a ptaki roznosiły swój wesoły i przyjazny dla ucha trel. Lwica usiadła i pełnym uwielbienia wzrokiem oplotła otaczającą ją ziemię. Tarcza słońca powolnie pięła się ku górze, w ciszy pozwalając aby Lwia Ziemia mogła pieścić się w jego ciepłych promieniach.
Valentine usłyszała ciche kroki. Odwróciła głowę w kierunku odgłosu i uśmiechnęła się troskliwie. W jej stronę zmierzała Leah. Lwica zdobyła się na lekki uśmiech. Prawdę rzekłszy wyglądała fatalnie. Jej oczy były podkrążone, schudła do anorektycznego wyglądu a jej białka stały się czerwone od łez, które wylewała nocami w tęsknocie za synem. Najgorsze było to, że na złamane serce lwicy, nawet Sawa nie mógł zadziałać. Lwica była przerażona.
Asante całymi dniami patrolował Lwią Ziemię, a lwica bała się, że kiedy znajdzie Chakę, rozszarpie go na strzępy. Bała się, że straci wszystko co do tej pory miała-rodzinę, miłość i wiarę w lepsze jutro.
Złota podeszła do bratanicy i otarła się o nią czule.
    -Witaj kochanie-powiedziała liżąc brązową, na co ta zaśmiała się cicho. Odwzajemniła gest i uśmiechnęła się do ciotki.
      -Jak się czujesz, ciociu? Wyglądasz dużo lepiej-skłamała lwica, w celu dodania otuchy lwicy. Leah parsknęła i spojrzała na siebie. Już miała odpowiedzieć, kiedy ponownie odebrało jej mowę. Lwica zacisnęła szczelnie powieki i wzięła kilka dużych wdechów w celu uspokojenia się. Valentine przytuliła złotą lwicę, zaciskając zęby. Poprzysięgła sobie w duchu, że znajdzie Chakę i sprawi, że odpokutuje za całą krzywdę jaką wyrządził Leah. Za wszelką cenę, dowie się dzisiaj gdzie znaleźć kuzyna, za zgodą stada, czy też nie. Musi przywrócić optymistyczne podejście do świata u Leah.
Złamanego serca jednak nic nie naprawi.

~*~
Czekoladowa lwica spojrzała na pustkowie rozciągające się przed nią.
   -Jesteś tego pewna?-spytał Nuada, śledząc oczyma za wzrokiem ukochanej. Granica Wolnej Ziemi z Cmentarzyskiem Słoni wydawała się nie do przebycia. Sawa zadbał, aby wyrzutki nie napadały na Wolną Ziemię, dlatego przy pomocy mieszkańców sawanny oddzielił ziemię górą głazów. Valentine była jednak pewna, że ze swoim temperamentem uda jej się przebyć usypisko. Skoczyła na pierwszy głaz odbijając się od niego łapami.
   -Stabilne. Na co czekamy?-rzuciła tylko i pokonała dwie pierwsze przeszkody pnąc się coraz wyżej. Chwilę później jęknęła i osunęła się na ziemię. Syknęła z bólu podnosząc się. Rzuciła gorzkie spojrzenie partnerowi. Nuada przebadał dokładnie "mur". Valentine nie miała zamiaru tak łatwo dawać za wygraną. Czuła kuzyna zbyt mocno, żeby teraz zrezygnować ze znalezienia go.
     -Nie damy rady. Mogliśmy poprosić gwardię-mruknął tylko. Valentine zaklęła. Nie odpuści Chace. Nie tym razem. Ruszyła wzdłuż usypiska przyglądając się uważnie każdej ze skał. Niektóre delikatnie popychała, inne nieco silniej.

-Odpuść sobie Val. To na nic. Wracajmy. Jeśli cię to uspokoi będziemy razem patrolować granice... - W tym momencie lwica naprała całym ciałem na jeden z głazów. Przesunął się, odsuwając na bok. Lwica z satysfakcją stwierdziła, że za nim znajduje się schodzący w dół tunel.
   -Nuada... Tutaj coś jest...-zawołała niepewnie partnera. Jasny lew podbiegł do córki Sawy i z ciekawością spojrzał w głąb tunelu.
    -Nic tam nie widać..-mruknął tylko stawiając pierwsze kroki w tunelu. Poszedł kawałek dalej. Dopiero kiedy Valentine go zawołała lew odwrócił się i spojrzał na ukochaną-Idziemy? Chyba jest bez...-Lew jęknął głucho i osunął się na ziemię. Oczy księżniczki zwiększyły się dwukrotnie. Spojrzała na leżącego na ziemi lwa, a następnie błyszczące w ciemności trzy pary oczu. Valentine dalej stała jak sparaliżowana, dalej nie docierało do niej co przed momentem się stało. Po chwili otrząsnęła się z transu i zawarczała. Oczy skierowały się na nią.
    -Zostawcie go!-warknęła tylko. W tej sytuacji poczuła się wyjątkowo bezradnie. Starała się jednak nie okazywać lęku o partnera. Jedna z postaci podeszła bliżej. 
    -Strach cię obleciał księżniczko? To dopiero początek.... Jeśli chcesz wyjść stąd cała lepiej idź powiadom swojego ojca. Za chwilę możesz nie mieć takiej szansy-odezwał się chrapliwy głos. Valentine drgnęła. Teraz już naprawdę nie wiedziała co ma robić. Nie może stracić Nuady. Nie dopuści do tego. Ale nie może dopuścić by Złoziemcy zdobyli i ją. Wbiła wzrok w ziemię. Była w poważnych tarapatach.
~*~
Chaka wyczuł czyjąś obecność. 
Przełknął nerwowo ślinę. Wciągnął powietrze nosem, wyczuwając silny zapach samicy i samca. Rozpoznał je, jednak nie był pewien czy myśli o dobrych osobach. Niepewnie wychylił głowę zza jednej ze skał, jednak natychmiast ją cofnął. Kilka metrów od niego po skałach wspinała się brązowa lwica. Serce beżowego podeszło do gardła.
Valentine.
Wolał nie wpaść w łapy tej lwicy. Ponownie wychylił lekko głowę. Lwica stała na ziemi, podnosząc się, po upadku. Następnie zaczęła chodzić wzdłuż prowizorycznego muru, przyglądając się wybranym głazom. Niebieskie oczy lwa, wypatrzyły towarzyszącą lwicy jasną sylwetkę lwa. Chaka przejechał pazurami po ścianie i zacisnął zęby. Nuada. Nienawidził tego lwa. Jak sam twierdził odebrał mu wszystko, możliwość posiadania partnerki, tronu i wysokiej pozycji. Przez niego stracił wszystko. Wszystko.
Ściągnął jednak nerwy na wodzę i przypatrywał się dalej zaistniałej sytuacji. Dostrzegł jak Nuada podrywa się z ziemi i podchodzi do Valentine, znikając następnie między skałami. Zaintrygowany wyrzutek, ośmielił się wychylić nieco bardziej. Nie minęło dużo czasu kiedy dostrzegł dziwne zachowanie u kuzynki. A dokładnie jego brak.
Lwica stała jak wmurowana w ziemię z lękiem wpatrując się w tunel. Chwilę później przyjęła jednak pozycję bojową, warcząc. Na lwicę rzuciła się bura postać. Po chwili dołączyły do niej dwie inne. Chaka jęknął cicho.
Nie wiedział co robić. Z jednej strony mógłby pomóc Valentine, ale z drugiej strony mógłby mieć przez to poważne tarapaty.
Do jego uszu doszedł ohydny odgłos pękania kości i głuchego jęku. Odwrócił się w stronę walki, żeby ocenić sytuację. Jedna ze złoziemek była w kiepskim stanie, Valentine leżała na ziemi nieruchomo, a dwie pozostałe lwice zbierały ciało jego kuzynki z ziemi. Lew spojrzał na lewe ramię gdzie znajdowało się wyblakłe* znamię w kształcie ryczącego lwa. Beżowy dotknął go, a następnie spojrzał na istniejącą nieopodal sytuację.
Bezszelestnie ruszył bliżej zdarzenia, schodząc na niższe poziomy skalistej ściany. Zeskoczył z niższego piętra, tłumiąc upadek z wysokości. Zakradł się w stronę wyrzutków i obrał za cel, lwicę stojącą najbliżej niego. Wystraszył się nieco, kiedy rozpoznał w jednej z nich lwicę pilnującą go wcześniej w grocie Khariego. Zebrał się w sobie, a następnie skoczył na wybraną wcześniej postać. Lwice odwróciły głowę w stronę Chaki, jednak kiedy zorientowały się co właśnie zaszło jedna z nich leżała już ranna.
Naanda najwidoczniej rozpoznała zbiega, gdyż warknęła jego imię, a następnie rzuciła się na niego. Lwica wczepiła się w bok lwa, na co ten zareagował głośnym rykiem. Natychmiast skarcił się w duchu. Niewykluczone, że przywołał tym samym strażników. Musiał się pospieszyć. Podbiegł bokiem do jednego z głazów a następnie uderzył lwicą o niego. Naanda osunęła się z jękiem na ziemię. Spróbowała się podnieść, jednak upadła natychmiast. Zmierzyła wrogim spojrzeniem syna Leah. Ten również spojrzał w zielone oczy lwicy, jednak tym razem to ona poczuła lęk przed przeciwnikiem.
Chaka wbiegł do tunelu, chwytając na oślep ciało Nuady, aby następnie przeciągnąć je przed wejście do tunelu. Sprawa okazała się cięższa niż beżowy przypuszczał-podejście było pod górkę, a ciało Nuady ważyło całkiem sporo. Szarpnął jednak jasnym mocniej, co poskutkowało wyrzuceniem go przed wejście.
Następnie syn Leah zarzucił sobie niedbale kuzynkę na grzbiet. Rzucił tylko spojrzenie grupce złoziemek a następnie odwrócił się. Coś sprawiło, że Chaka spojrzał z politowaniem na swoją byłą strażniczkę. Naanda starała się doczołgać do wejścia, ciemnego tunelu. Chaka wywrócił oczami i podbiegł do lwicy. Chwycił ją za kark i silnym ruchem bezczelnie wrzucił do groty. Sam nie wiedział czemu to zrobił. Coś jednak mówiło mu, że sam nie chciałby znaleźć się w owej sytuacji. Poprawił ciało Valentine, a następnie w przestrachu uciekł, słysząc głosy nadbiegających strażników.
Musiał znaleźć jakąś grotę.
Gdziekolwiek, byleby jak najdalej od patrolów.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*znamię Chaki zaczęło niknąć kiedy ten dopuścił się zdrady. Niewykluczone, że lew wkrótce je straci.