wtorek, 10 lutego 2026

#91. Strategie i nowiny

Na Lwiej Skale od samego świtu panował zgiełk. Gdy Zawadi i Valentine wróciły jeszcze w nocy, przywitał je Miujiza, oczekujący powrotu siostry. Wyraził wielką ulgę na widok nie jednej, ale dwóch zgub.
- Dobra robota, Zawadi. Byłaś bardzo dzielna - otarł się czule o siostrę, gdy Valentine pobiegła przywitać się z resztą. Choć nie popierał jej uczuć dla Chaki, wiedział ile kosztowało ją spotkanie z lwem i własnymi uczuciami. Lwica zawsze była strachliwa i unikała konfrontacji jeśli tylko mogła. Tej nocy wykazała się odwagą i determinacją. Przy tym, los chciał, że sprowadziła do domu księżniczkę! Choć nie wierzył w przesądy, coś mu mówiło, że dokładnie tak miało być.
Dołączyli do reszty stada w grocie, gdzie na widok Valentine powstała już zawierucha. Pierwszy poderwał się Kiongozi, niemal obalając siostrę na ziemię. Władcy byli tuż obok, witając córkę z rozrzewnieniem. Młody książę trząsł się z emocji, ostatnie wydarzenia mocno się na nim odbiły. Miał nadzieję, że wszystko będzie wracało do normy. Cała rodzina przywitała Valentine ciepło, jedynie Leah miała w oczach pewien smutek. Brązowa wiedziała jednak, że nie jest to w żadnej mierze spowodowane jej powrotem, a przypomnieniem o wciąż świeżej w sercu matki zdradzie syna. Nim wszyscy się przywitali i emocje z lekka opadły, Lwią Skałę opatulały już pierwsze promienie słońca.
Valentine nie dała się opanować emocjom i ogólnemu poczuciu bezpieczeństwa. Niemal natychmiast zażądała spotkania w którym mieli omówić co właściwie się zdarzyło i czego można spodziewać się w kolejnych dniach. Rodzina królewska oraz członkowie gwardii udali się więc do Baobabu Shani, gdzie wciąż leczył się Nuada. Nim wyruszyli w kierunku drzewa, Miujiza zatrzymał się na chwilę, by porozmawiać z siostrą.
-Powinnaś iść z nami. - spojrzał na siostrę. - Widziałaś się z Chaką. Wiesz gdzie jest. - Lwica niemal natychmiast pożałowała swojej wyprawy. Żal ponownie wypełnił jej serce. Wbiła wzrok w ziemię. - Zawadi. - stanowczo upomniał ją brat. Spostrzegł, że Valentine również zatrzymała się z znaczącej odległości i obserwowała rodzeństwo.
- Miujiza... - wyjąkała tylko. Informacje, które zdobyła były naprawdę cenne. Bała się jednak, że jakiś patrol będzie ścigał Chakę. Że na dobre przegonią go z okolicznych ziem.
- Zawadi, wiesz coś, co my również powinniśmy wiedzieć. Musisz się tym z nami podzielić. - samiec wciąż naciskał. W głębi wiedziała, że ma rację. Nie tylko myśl, że mogą skrzywdzić Chakę, ale jeszcze, że może być dla niego kolejnym zdrajcą, że musi przyznać się przed wszystkimi, że wciąż... - Nie pozwolę ci go chronić, nawet jeśli nadal go kochasz. - urwał Miujiza. Mówił stanowczo, choć wciąż troskliwie. Wiedział, że dla Zawadi jest to naprawdę trudne, choć miał nadzieję, że siostra zrozumie wagę sytuacji. Valentine zbliżyła się do nich.
- Co się dzieje?
- Zawadi powinna iść z nami. Myślę, że wie więcej, niż się spodziewamy. - lew pozostawał nieustępliwy. Valentine przekrzywiła głowę w zaciekawieniu, zerkając na Miujizę. - Spotkała się w nocy z Chaką. Nic nie wiesz?
Obie lwice spięły się nagle. Relacjonując księżniczce ostatnie dni, Zawadi uniknęła przyznania się do prawdziwego powodu jej wyjścia w nocy. Valentine spoważniała.
- Zawadi - zaczęła, jej ton brzmiał niemal chłodno i zmusił wywołaną do spojrzenia na lwicę. - Jeśli potrzebujesz czasu, to rozumiem. Ale jesteś członkinią stada. Jesteś naszą rodziną. Bitwa wisi na włosku. Jeśli wiesz cokolwiek, co może przydać się obronie Lwiej Ziemi musimy o tym wiedzieć. 
Zawadi wciąż milczała.
Po chwili Valentine zawołała Miujizę by udał się z nią do reszty. Nie mogli tracić czasu na decyzję córki Wazi. Każda minuta była teraz na wagę złota. Niezbyt chętnie, ale dołączyli więc do grupy.
Ilość zebranych nie pozwalała na posiedzenie wewnątrz siedziby szamanki, dlatego rozmowy przebiegły w cieniu bujnej korony drzewa. Valentine nie miała się z radości na widok narzeczonego. Nuada zerwał się z miejsca, nie zważając na swoją kondycję i wybiegł naprzeciw ukochanej. Po raz pierwszy od dłuższej chwili atmosfera stała się jakaś lekka. Zebrali się władcy oraz gwardia. Zawadi nie przyszła. Valentine i Miujiza nie powiedzieli nikomu o sekrecie lwicy. Oboje wierzyli, że jeszcze się pojawi.
Kiongozi wykazywał niesamowity entuzjazm do planowania strategii i przygotowania do walki. Proponował wiele różnych rozwiązań, przejmując pałeczkę kiedy tylko nadarzyła się do tego okazja. Był podekscytowany, choć wydawał się równie nerwowy. Jego najbliżsi rozumieli, że mogą za tym stać tak skrajnie różne wydarzenia, zarówno pozytywne jak i negatywne. Spodziewali się z Niszą potomstwa, była to niesamowita nowina, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Jednak widmo zbliżającego się konfliktu, porwanie żony, następnie siostry... to wszystko przytłaczało następcę bardziej, niż sam był tego świadomy.
- Ich wojowniczki są naprawdę silne. - Nuada odezwał się, gdy Valentine wylizywała jedną z pozostałych po ostatnim starciu ran. - Dodatkowo ten mur... Chyba się przeliczyliśmy. Ten tunel daje im niesamowite możliwości odwrotu i obrony. Nawet nie wiemy ilu ich jest. 
- Moglibyśmy go zniszczyć. Z twoim Rykiem Pradawnych, powinno być łatwo. Co więcej, byłaby to demonstracja siły. - padła propozycja. Nuada pokręcił głową.
- Nie sądzę. Po pierwsze, nie uważam, że powinniśmy pierwsi przystąpić do ataku. Zwłaszcza patrząc na to, że nie wiemy ile liczy ich stado. Po drugie, mój ryk... - przechylił głowę w zastanowieniu. - Odkąd gwardia się rozpadła, odkąd nie jesteśmy w pełnym składzie... nie jestem w stanie dłużej go używać.
Wśród zgromadzonych zapadła cisza. Nie była to dobra wiadomość. Umiejętność gwardii, zwłaszcza ryku dawała dużą przewagę. Jeśli musieli radzić sobie bez niej...
- To nic. - przerwał Kiongozi. - Wciąż, każdy z was jest niesamowicie zdolny w walce. Nim dojdzie do starcia, proponuję stworzyć patrole takie, by każdy z gwardzistów dowodził jednym. Pozostaje was czterech, więc cztery patrole. Dwa na Lwią i dwa na Wolną Ziemię. Asani i Bahati, stacjonowalibyście na Wolnej... - książę ponownie pozwolił sobie przejąć inicjatywę. Na jego słowa Valentine przestała opatrywać partnera. Uniosła jedną brew. Jej brat naprawdę mocno poczuwał się do roli. Ten jeden z nielicznych razy poczuła jakieś ukłucie własnego poczucia obowiązku za Wolną Ziemię. To ona miała nią rządzić. Kion nie miał do niej uprawnień ani teraz, ani w przyszłości. Wiedziała, że brat nie mówił tego w złej wierze, w życiu nie posądziłaby go o chęć odebrania jej terytorium, jednak zaczynała poważnie martwić się o stan białego. Kiongozi bardzo długo pragnął pozostać wolnym duchem i nie mieszać się w królewskie obowiązki. Musiał mocno martwić się o swoją rodzinę i nienarodzone dzieci. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl. Oboje naprawdę dorośli.
Propozycję księcia przerwało w połowie pojawienie się kolejnej osoby. Stado wymieniło zmieszane spojrzenia, jedynie Valentine i Miujiza wymienili porozumiewawcze uśmiechy. Zawadi bardzo niepewnie zbliżyła się do grupy i zajęła miejsce obok brata. Nim zdołała cokolwiek z siebie wydusić, lew zrobił to za nią.
- Moja siostra widziała się wczoraj z Chaką. Podobnie jak Valentine, zdobyła od niego pewne informacje, które mogą być dla nas bezcenne.
Zgromadzenie wypełnił pomruk zadowolenia. Zawadi dotknęła łapy brata i podziękowała mu. Znalazła w sobie wszelkie pokłady odwagi i stwierdziła, że dla dobra wszystkich, nawet kosztem jej złamanego serca, powie im co wie.
~*~
Dzięki informacjom, które dwie lwice zdobyły od syna Leah spotkanie przebiegło pomyślnie. Valentine udało się wydedukować, że Chaka nie opowiada się za żadną ze stron i nie powinien stanowić zagrożenia, co Zawadi potwierdziła. Z tego co udało jej się wyciągnąć z rozmowy z lwem, nie można wykluczyć, że Khari i Narumi połączą siły. Już w tej chwili oboje przebywali na Cemntarzysku. Dla obopólnej wygody zdecydowanie byli w stanie połączyć siły, nawet jeśli mieliby potem walczyć między sobą. Atak na lwioziemców stawał się priorytetem, personalną zadrą obu rywali. Sprawa nie wyglądała kolorowo i Shani coraz mniej rozumiała pozytywną energię duchów.
Gdy spotkanie dobiegło końca, po Bahatiego przyszła Amara, co niezwykle ucieszyło jej młodszą siostrę. Odkąd na stałe zamieszkała w Baobabie nie widywały się tak często jak by tego chciała. Natychmiast udała się w stronę pary, licząc, że uda jej się złapać lwicę choć na chwilę. Potrzebowała bliskości siostry i rozmowy o strapieniach.
- Amaro, Bahati! - zawołała radośnie. Amara rozpromieniła się uśmiechem i przywitała siostrę.
- Bycie szamanką ci służy, Shani. Wyglądasz świetnie - przyznała starsza.
-Asani o mnie dba - zachichotała niewidoma. - Czy... Znajdziesz dla mnie chwilę?
-Miałam spytać cię o to samo. 
Po chwili lwice pożegnały się z przyjaciółmi i zniknęły wewnątrz pnia. Amara wydawała się  czymś podekscytowana. Shani domyślała się sprawy z jaką siostra przyszła i sama niesamowicie chciała rozładować to napięcie. Jak się okazało spekulowała dobrze. Starsza z córek Idii najprawdopodobniej była w ciąży i potrzebowała badania, które ją upewni. Shani niemal pisnęła z radości na myśl o byciu ciocią. Od razu przystała na prośbę jasnej lwicy. Poprosiła ją by położyła się we wskazanym miejscu i przystąpiła do badania.
- Wszystko w porządku? - spytała po jakimś czasie Amara.
- Tak, nie wyczuwam nic niepokojącego. - powiedziała z zadowoleniem szamanka. Jasna zatrzymała jej łapę.
- Nie pytam o siebie siostro.
Shani speszyła się nieco, mimo to uśmiechnęła się ciepło. Nie od dziś wiedziała, że przed czujnym wzrokiem Amary nic nie ukryje.
-Ja... Martwię się. Masz rację - przyznała. Lwica wymsknęła się spod jej dotyku i usiadła przy siostrze. Poczuła jej łapę na swojej. - Boję się o to, co nadchodzi. Przodkowie mówią mi, że zwyciężymy tę walkę, ale nie bez cierpienia. Że okupimy ją jakąś straszną ceną, której nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Amaro, ja... Boję się, że duchy przygotowują mnie na śmierć Asaniego... lub twoją.
Serce jasnej lwicy stanęło na moment. Musiała to wszystko przeanalizować. Mimowolnie dotknęła  swojego brzucha. Tyle nadziei i szczęścia... Czy w ogóle go doczeka? Spojrzała na siostrę. Nie chciała sobie nawet wyobrażać poczucia winy z jakim musi żyć. Przytuliła się do młodszej.
-Ani ja, ani Asani nigdzie się nie wybieramy, słyszysz? - zapewniła ją. - Jak będę musiała, to sama z tymi przodkami porozmawiam. - rzuciła półżartem, choć brzmiała na bardzo zdeterminowaną. - Wierzę, że duchy nie będą kazały ci przechodzić kolejnej żałoby. I tak czujesz dużo więcej niż my. Nie skazaliby cię na takie cierpienie. Musisz im zaufać. Im i sobie.
Słowa ukoiły nieco niespokojne serce młodszej lwicy. Odwzajemniła siostrzany uścisk.
-Będziecie mieć z Bahatim dwoje lwiątek.

niedziela, 8 lutego 2026

#90. Pod osłoną nocy

Valentine niemal nie zmrużyła oka odkąd wybudziła się po raz pierwszy. Długa, położona głęboko pod ziemią grota pozostawała niemal równie ciemna, niezależnie od pory dnia. Kompletnie straciła już rachubę czasu. Nie wiedziała ile była nieprzytomna, ani ile leży już bezczynnie spoglądając w sklepienie. Była zupełnie sama - Chaka zostawił ją po ich pierwszej konfrontacji i wracał okazjonalnie, podzielić się łupami z polowań. Miał chociaż dość rozumu i godności by z nią nie przesiadywać. Wiedziała jednak, że lew wciąż jest gdzieś w okolicy. Wszystko było nim przesiąknięte, nie mogła nic poradzić, tylko czuć się obserwowaną. 
Miała dość czasu by wszystko sobie przypomnieć i ułożyć w głowie. Zamieniła z kuzynem nawet kilka suchych zdań, martwiąc się o stan narzeczonego i ojczyzny. Nie wierzyła jednak w ani jedno jego słowo. Wciąż nie rozumiała dlaczego Chaka ją przetrzymuje. Gdyby chodziło o Narumi, nienawistna lwica już dawno by tu była. Z resztą na samo wspomnienie tego imienia, lwa ogarniała jeszcze większa ponurność. Zagrali nim, tego Valentine była pewna. 
Nie rozumiała ani powodu przetrzymywania, ani powodu pomocy przy granicy z Cmentarzyskiem. Nie sądziła jednak, by były jej one potrzebne. Chaka pozostawał wrogiem, dopóki nie udowodniłby by było inaczej. Nawet wtedy nie powinien był spodziewać się z jej strony przebaczenia. To co potrzebowała wiedzieć, to jak się wydostać i wrócić na Lwią Ziemię. Starała się jeść, choć każdy kęs zwierzyny podstawionej jej pod nos przez kuzyna przyprawiał ją o mdłości. Wiedziała jednak, że musi zachować formę, zwłaszcza jeśli ryzykowała bezpośrednim starciem z Chaką. Jakaś jej część wierzyła, że pomimo ogromnej siły, lew nie znalazłby jej w sobie aż tyle, by naprawdę ją skrzywdzić. Mimo wszystko zawsze był słaby.
Nauczyła się już rutyny samca, którą potraktowała jako przepustkę do ucieczki. Choć nie była w stanie dokładnie odmierzać czasu, miała w pewien sposób poczucie kiedy jej porywacz znikał na dłużej. Którejś nocy, poczuła, że nastał odpowiedni moment. Nie potrafiła określić tego co się stało, ale znalazła w sobie głos, który wręcz zmusił ją do ucieczki. Poczuła nagły przypływ sił i determinacji. Nie mogła dłużej zwlekać, bać się nieznanej drogi. Czuła, że to przodkowie ją prowadzą.
Wspinając się po ścianie groty wydostała się na zewnątrz. Ciało wciąż miała obolałe, umysł nieco przyćmiony, ale duma i wiara dodawały jej sił. Gnała przed siebie trawiastą równiną, nie patrząc wstecz. Wciąż nie miała pewności gdzie jest, ale w tej chwili jedyne co chciała to uciec jak najdalej. I zapachy, i widoki były obce, dopóki nie spojrzała w niebo. Ujrzała setki znanych gwiazd nad sobą, napawających nadzieją. Znów poczuła tę siłę i pragnienie by znaleźć się z bliskimi. Pędziła dalej,  choć mięśnie i płuca paliły od nagłego wysiłku. W tej chwili nie bała się nawet choroby. Czuła, że za wszystkimi z ostatnich wydarzeń stoi coś wielkiego, że ten ogromny punkt kulminacyjny zbliża się nieubłaganie. Musiała wrócić do domu.
~*~
Zawadi siedziała i nasłuchiwała odgłosów nocy. W życiu nie czuła się tak samotnie.
Chaka po prostu ją zostawił. Całe życie zabiegał o czyjąś uwagę, o adorację i uznanie, a kiedy chciała mu je dać...? Po prostu odszedł. Znów poczuła, że trzęsie jej się broda. Nie mogła uwierzyć we własną naiwność! Przez moment naprawdę wierzyła, że mu pomoże, że razem jakoś dadzą radę. Ba, wierzyła nawet, że była w stanie dla niego zostawić Lwią Ziemię! Ale to on odszedł. Po prostu jej nie chciał, z jakiegoś powodu, którego nie umiała do końca zrozumieć. Nic z tego nie miało dla niej sensu. Przecież Sarabi jej powiedziała...? Przełknęła słone łzy i wbiła spojrzenie w niebo. Straciła dla siebie już wszelką nadzieję. W jakiś sposób naprawdę kochała Chakę. Może za późno znalazła w sobie odwagę by skonfrontować go z własnymi uczuciami? Pomyślała o bracie, Miujiza był zawsze taki odważny. Nie bał się spotkać z Kharim, nie bał się walczyć o Hapanę, zaprzyjaźnić z Bahatim... Tak bardzo chciałaby mieć choć cząstkę jego odwagi.
Chaka powiedział jej wiele rzeczy na tym krótkim spotkaniu. Że przetrzymuje Valentine, przodkowie wiedzą po co, że zna plany Khariego, że zdradził i został zdradzony na wszystkie możliwe sposoby. Sama czuła się jak zdrajca, że wciąż potrafiła znaleźć dla niego współczucie. Zranił tyle osób, które kochała, które on sam kochał. To wszystko było dla niej zbyt ciężkie. Siedziała więc zupełnie sama, nie czując już nawet obecności swojej duchowej przewodniczki i słuchała szumu trawy oraz własnego łkania.
Nim stała się tego świadoma, jej ucho zastrzygło, przez cichą wibrację dobiegającą gdzieś z oddali. Podniosła wzrok. Chcąc czy nie, od razu pomyślała, że to Chaka, że jednak wrócił. Oczy rozszerzyły jej się, gdy w oddali dostrzegła zbliżającą się sylwetkę. Serce załomotało mocno, gardło przestał ściskać żal, poderwała się i ruszyła w stronę odgłosu. Leciała jak strzała, przez chwilę zapominając zupełnie o złamanym sercu.
-Valentine! – krzyknęła rozpaczliwe, przyśpieszając do granic swoich możliwości. Lwica zbliżała się, wciąż będąc dość daleko od niej, zmierzając nawet nie do końca w jej Zawadi. Wykrzyknęła jeszcze raz, by księżniczka zwróciła na nią uwagę. Kamień spadł jej z serca, gdy lwica zwolniła nieco, rozglądając się za źródłem nawoływania. Nie wiedziała czy roztropnym z jej strony było głośne wołanie, gdy czekoladowa najpewniej uciekała, ale nie mogła pozwolić sobie by ją zostawić. Gdy Valentine namierzyła ją wzrokiem od raz pędem rzuciła się w kierunku młodszej lwicy
-Och, Zawadi! - westchnęła z ulgą gdy spotkały się w połowie drogi. - Jesteś ostatnią osobą, której się spodziewałam, ale nawet nie wiesz jak się cieszę! -Valentine wyglądała na straszliwie zmęczoną, choć uśmiechała się zupełnie szczerze. Zawadi uścisnęła przyjaciółkę.
- Jak dobrze, że jesteś cała... Chociaż jedna dobra wiadomość w ostatnich dniach - choć chciała wyrazić ulgę, na twarzy księżniczki zobaczyła jedynie troskę. Od razu sprostowała - Nie martw się. Nuada jest cały i zdrów. Opowiem ci wszystko w drodze.
Nie czekając zbędnie, ruszyły razem pozwalając Zawadi prowadzić. Choć droga nie była aż tak długa, żadna z nich nie chciała zwlekać. Obie wiedziały, że powrót Valentine do domu w takich okolicznościach będzie dla wszystkich wielkim pocieszeniem. 
 ~*~
Shani nie mogła zasnąć.
Wszystko mówiło jej, że ta noc była jedną z tych zwiastujących coś wielkiego. Czuła całym ciałem, że od kolejnego świtu nastąpią jakieś nieodwracalne zmiany, że same zdarzenia nocy będą zwiastunem pewnego końca. Przez to również początku.
Dzięki przodkom widziała przyszłość. Zwycięstwo. Żyzne ziemie Lwiej i Wolnej Ziemi, królewskie dzieci na tronie. Harmonię i nieprzerwaną ciągłość kręgu życia. Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Wśród całej nadziei i spełnienia, jakim zdawały się emanować duchy tej nocy, nie mogła odgonić od siebie poczucia jakiejś głęboko ukrytej tragedii. Cały spokój i akceptacja podszyte były jej zwykłym, śmiertelnym niepokojem. Ta troska... Nie była w stanie się jej pozbyć. Jakaś jej część myślała, że to przecież normalne, kiedy ma przed sobą perspektywę niesamowicie intensywnych zmian. Intuicja podpowiadała jej jednak, że chodzi o coś więcej. O coś co nie zmieni biegu świata, tylko jej własne życie. O sukces, kupiony jej własnym, personalnym cierpieniem. Westchnęła głęboko i obróciła się na drugi bok. 
Asani smacznie spał. Jego spokojny oddech muskał jej psyk raz po raz, łaskocząc ciepłym powiewem. Był dla niej zawsze taki dobry. Choć doskonale radziła sobie sama, sprawna para oczu zawsze się przydała. Nawet bez tego, po prostu bardzo ceniła sobie towarzystwo lwa. Pomimo wielu trudności i niecodziennego sposobu życia Shani, on pozostawał niezmiennie cierpliwy i wyrozumiały. Wiedziała, że bardzo ją kochał, już od dzieciństwa. Teraz, gdy dorosła, sama wiedziała ile znaczy dla niej tak stabilna i zaufana osoba. Oczywiście, zawsze miała u swojego boku Amarę, ale Asani... Chciała móc odwdzięczyć się choć po części za opokę, jaką dla niej był. Dałaby wszystko, by zignorować mrożący lęk, że to właśnie jego dotyczy zbliżająca się tragedia.