czwartek, 26 lutego 2026

#92. Dorosłość

Poranek zapowiadał się spokojnie. Jak co dzień od wielu lat, wraz z pierwszymi chwilami brzasku, Sawa udawał się na patrol. Już dawno temu stało się to częścią jego rutyny i nawet teraz, kiedy straże na całej ziemi były wzmożone, nie potrafił odpuścić sobie samodzielnej kontroli.
Lwia Ziemia wciąż spała. Przyroda zdawała się zupełnie nieświadoma napiętej atmosfery, krytycznego momentu w jakim w każdej chwili mogli znaleźć się lwioziemcy. Sawanna żyła własnym życiem, nieustannie zmieniając się przez czas i tylko czas. Znał tę przestrzeń od zawsze, związał z nią całe swoje życie. Wiedział, że jak świat długi i szeroki, nigdzie nie czułby się tak jak tutaj. Ta ziemia go wychowała, wykarmiła i dała dom wszystkim, których kochał najbardziej. Choć ciężar władzy był duży, zwłaszcza w ostatnich dniach, czuł się powołany do obrony Lwiej Ziemi.
Poranny obchód mijał bez zastrzeżeń. Przy wschodniej granicy spotkał jeden z patroli, wymienił kilka zdań z dowodzącym nim Asante i ruszył z nimi dalej, wzdłuż wąwozu. Oddzielił się by udać się nad wodopój i ugasić pragnienie. Mieszkańcy równiny powoli rozpoczynali własne poranki. Odnalazł jakiś komfort w tej zwykłej codzienności, tak bardzo różnej od ostatnich wydarzeń. Słońce znajdowało się już znacząco nad widnokręgiem, więc skierował swoje kroki w stronę Lwiej Skały. Ku swojemu zdziwieniu, na jej szczycie  dostrzegł córkę. Postanowił do niej dołączyć. Wdrapując się na rodzinny tron, spoczął obok brązowej lwicy.
- Dzień dobry, Valentine - przywitał się ciepło. Księżniczka uśmiechnęła się do ojca.
- Witaj, ojcze. Poranny patrol udany?
- Jak najbardziej. Ufam naszym strażom. Poza tym, rytm życia mieszkańców jest zupełnie niezakłócony. - Lwica skinęła głową, patrząc gdzieś w dal. Zdawała się pogrążona głęboko w myślach. Jej szczęki były zaciśnięte, cała postawa pozostawała czujna. Sawa zmarszczył brwi na ten widok. - Co się dzieje?
-Martwię się o Kiona. - przyznała lwica po chwili ciszy. Ojciec zerknął na nią. Wzrok córki wciąż był wbity w horyzont. Podążył oczyma za tymi jej. - Wydawał się wczoraj strasznie zdenerwowany. Jak mówił o zarządzaniu nie tylko Lwią, ale też Wolną Ziemią... Prawie nie poznałam w nim mojego brata. Myślę, że cała ta sytuacja naprawdę źle na niego wpływa.
- Myślisz, że możemy temu jakoś zaradzić?
- Czemu król pyta się mnie o radę? To ty powinieneś dawać rady przyszłym władcom, ojcze. - zażartowała z lekkim przekąsem. Sawa uśmiechnął się pobłażliwie na komentarz córki.
- Pytam władczyni, którą będziesz. Sama z resztą wiesz, że z Kiongozim często nie potrafiliśmy się zrozumieć. Myślę, że najlepiej z nas wszystkich wiesz czego mu potrzeba.
- Może i tak, ale w końcu wydaje się gotowy podejmować dorosłe decyzje. - przyznała. Nie chciała decydować za brata, nawet jeśli miała robić to w dobrej wierze. Żadne z nich nie było już dzieckiem. - O sobie mogłabym powiedzieć to samo. Kiedy wczoraj mówił o patrolowaniu Wolnej Ziemi, poczułam, że sama powinnam się nią zająć. Myślę, że ja i Nuada powinniśmy się na nią przenieść, ojcze. Walka nie będzie toczyła się jedynie o Lwią Ziemię. Jeśli przegramy, nie pozwolą nam zostać nigdzie. Powinniśmy bronić Wolnej Ziemi jak naszego drugiego domu. 
Sawa skinął głową. Zgadzał się ze wszystkim co mówiła córka. Swoim rozsądkiem i erudycją bardzo przypominała mu Eclipse. Choć zawsze wiedział, że brązowa jest niezwykle bystra i doskonale sprawdzi się w roli przywódcy, podczas tej rozmowy naprawdę mu imponowała. Po raz kolejny musiał się z nią zgodzić. Jego dzieci były już dorosłe.
Valentine kontynuowała.
- Co więcej, kiedy wczoraj poruszyliśmy temat możliwego sojuszu między Kharim a Narumi, pomyślałam, że my również powinniśmy sięgnąć po pomoc innych stad.
- Masz kogoś na myśli?
- Rodzina Niszy. W sposób bezpośredni Narumi zagraża ich córce i synowi. Jeśli wciąż im na nich zależy, powinniśmy odnowić stosunki. Gościliśmy Nevadę jakby była jedną z nas. Jeśli Narumi nas nie prześcignęła i nie przeciągnęła stada na swoją stronę, wierzę, że to może się udać - wyjaśniła. Po chwili namysłu dodała - Myślałam również o Asanim. Jest synem kuzynki mamy. Moglibyśmy wysłać jego i Wimbo w delegację.
- Oraz Kiona. - dodał król.
- Oraz Kiona. - przytaknęła. Nie chciała sama tego proponować, chociaż widząc wczorajszy stan brata i jego skłonności do ulegania własnym emocjom... Wierzyła, że to słuszna opcja. - Chcę dla niego jak najlepiej, ojcze. Wiem, że będzie się upierał, że chce być przy Niszy, ale... Odnoszę wrażenie, że jeśli tutaj zostanie będzie chciał pomóc każdemu na każdy sposób i w ostateczności...
- Zaszkodzi. A tego by sobie nie wybaczył. - Valentine pokręciła głową zgadzając się z rodzicem. - Na podróży dyplomatycznej, może sprawdzić się jako przyszły władca. Nie wiemy jeśli jakakolwiek ze stron zechce nam pomóc, a posyłanie królewskiego reprezentanta może pokazać istotę sprawy.
- Wiesz, że nie będzie łatwo go przekonać.
- Jeśli on nie wyruszy, ja to zrobię. Przyda nam się każda pomoc. Nie wiemy ilu członków liczy ich stado, ale znamy siłę ich nienawiści aż za dobrze.
~*~
- Jesteś tego pewna? - jasny lew spytał ukochanej.
- Nie jesteśmy już dziećmi, Nuada. Kocham Lwią Ziemię, ale po tym jak zostałam uprowadzona... Coś się zmieniło. Martwiłam się o ciebie, oczywiście o stado, ale w głowie miałam też Wolną Ziemię. Wcześniej nie myślałam o niej w tej kategorii aż tak poważnie. Teraz naprawdę czuję się za nią odpowiedzialna. Myślę, że to najwyższa pora byśmy się na niej zadomowili. 
Para przemierzała powierzone im terytorium w kierunku niewielkiego źródła wody, wokół którego planowali się osiedlić. Miejsce było zacienione dzięki krzewom akacji i sieci kamiennych usypisk, pośród którymi znajdowały się liczne groty.
Wędrując przez terytorium Valentine czuła dumę z tego w jak żyzną krainę przemieniła się dawna Zła Ziemia. Po starym pustkowiu i jego niebezpieczeństwach nie ostał się ślad. Teraz Wolna Ziemia była domem dla różnych gatunków, rodzin. Wierzyła, że odpowiednio zarządzana może stać się ostoją dla wielu zbłąkanych wędrowców i prosperującym sprzymierzeńcem Lwiej Ziemi na wiele następnych pokoleń. Była pewna, że z Nuadą u boku założą stado oparte na sprawiedliwości i rozwadze.
Dotarli do celu w okolicy południa. Nad wodą zgromadziło się stado żurawi gawędzących melodyjnie. Lwy przywitały się i ugasiły pragnienie. Pijąc, Valentine spoglądała na jaskinie tuż przed nią. Pamiętała to miejsce jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy ojciec zabierał ją i Kiongoziego na przechadzki, by lepiej poznali terytoria. Teraz miało stać się jej nowym domem. W rozmiarze czy majestacie nie było nawet zbliżone do Lwiej Skały, ale nie uważała tego za coś złego. Było ulokowane prawie w samym centrum Wolnej Ziemi, miało bezpośredni dostęp do wody, a skomplikowana sieć jaskiń schodząca jeszcze pod powierzchnię mogła zapewnić schronienie licznym mieszkańcom.
- Jak myślisz, zadomowisz się tu? - spytała partnera, oblizując pysk z pozostałej wilgoci.
- Bez ciebie będzie trochę ciężko - przyznał jasny. Valentine uśmiechnęła się i przewróciła oczami.
- Nie będzie mnie tylko chwilę. Wierzę, że dasz sobie radę.
Lew odburknął coś jedynie i zbliżył się do groty. Odetchnęła głęboko. Naprawdę miała nadzieję, że powróci tu jako nowa, zarazem pierwsza władczyni Wolnej Ziemi. Podróż, która była przed nią mogła zadecydować o dalszych losach obu, tak bliskich jej sercu miejsc.
Wcześniej tego dnia
- Nie ma takiej opcji.
Biały książę pokręcił głową marszcząc brwi. Nawet na nią nie spojrzał. Valentine spodziewała się tego. Wiedziała ile znaczy dla brata bycie u boku ukochanej i wśród stada, którym miał w przyszłości przewodzić. Opuszczenie Lwiej Ziemi w chwili kryzysu zdawało się dla niego czymś nie do pomyślenia. Kiongozi wciąż zdawał się nie dojrzeć do myśli, że władanie Lwią Ziemią nie będzie ograniczało się jedynie do brania na siebie odpowiedzialności wtedy, kiedy czuł, że jest to słuszne. Odkąd był małym lwiakiem miał skłonności do rozwiązywania konfliktów prostymi metodami. Jeśli nie mógł poradzić sobie w czymś sam - trudno, czasem musiał zmierzyć się z porażką. Zrobienie z niego posłańca, kiedy lwioziemcy mogli spotkać się z otwartą walką w każdej chwili, było dla niego czymś wręcz absurdalnym.
- Kiongozi, proszę cię - lwica wciąż błagała - schowaj dumę i rusz głową. To najrozsądniejsze wyjście.
- Dlaczego ty nie wyruszysz? Też reprezentujesz naszą rodzinę.
- Rozmawiałam dzisiaj z ojcem. Chcę przenieść się na Wolną Ziemię i stamtąd prowadzić własne patrole.
Kion zmierzył siostrę wzrokiem. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. 
Jakaś jego część wiedziała, że Valentine ma rację. Poselstwo było konieczne. Zupełnie nie widział się jednak w roli dyplomaty. Siostra biegle władała językiem, była opanowana i umiała być niezwykle przekonująca. On? Wciąż dawał ponieść się emocjom. Szczególnie w ostatnim czasie. Sam nie do końca siebie poznawał. Wiedział, że jest dorosły, że nim się obejrzy będzie miał własne dzieci, że już niebawem zasiądzie na tronie. Nadal sam czuł się jednak dzieckiem swoich rodziców. Księciem, bardziej niż przyszłym królem. Im więcej o tym myślał, tym bardziej go to przerażało. Pokręcił głową i spojrzał na siostrę.
- Przepraszam, Valentine. Nie zrobię tego.
~*~
Kiedy nadszedł wieczór, grupa wskazana rano przez króla stawiła się u podnóży Lwiej Skały. Każdy odczuwał lekki niepokój. Nadzieja jaką pokładali w wyprawie była ogromna. Dodatkowo nikomu nie podobała się wizja opuszczania rodzinnych ziem w tak niepewnych czasach. Asani czuł jak z nerwów zaciska mu się cały brzuch. Wcześniej tak nie było, dzień minął mu spokojnie, dopóki nie opuścił baobabu Shani. Choć wiedział jak silna jest, bał się zostawiać ją samą. Co więcej, czuł stres związany z powrotem w rodzinne strony po tak długim czasie. Opuścił je jako dziecko. Teraz był już całkowicie dorosły.
Z trójki zgromadzonych Wimbo wykazywał najwięcej entuzjazmu. Oczywiście, nie chciał zostawiać Wazi. Rozumiał jednak powagę sytuacji i niezwykle docenił bycie wskazanym jako jeden z reprezentantów władcy Lwiej Ziemi. Ze stadem Niszy niewiele miał wspólnego, natomiast wizja powrotu do dawnego domu choć na chwilę dawała mu wiele radości. Pamiętał, że Asani poprosił go kiedyś o wspólne odwiedziny Lany, chwilę po tym gdy dowiedział się o ich pokrewieństwie. Choć od tamtej chwili minęło wiele lat, cieszył się, że dojdzie ona do skutku.
Valentine pogodziła się z myślą, że zostawia Wolną Ziemię ukochanemu. Jeszcze tego samego dnia Nuada przeniósł się z Hapaną i kilkoma innym lwicami do groty, którą odwiedzali. Valentine wiedziała, że zostawia terytorium zaufanym przyjaciołom. Było jej jednak przykro, że brat nie dał się przekonać. Mimo, że rozumiała go, rozumiała również konieczność wyruszenia na wyprawę. Gdyby miała wybór, sama wcale by nie szła.
Gdy patrzyła na ojca, dającego jakieś przemówienie, dotarło do niej, że lada moment rozegra się kluczowa dla Lwiej Ziemi bitwa. Oczekiwanie było nie do zniesienia. Wiedziała, że sprawa z Kharim ciągnęła się, jeszcze odkąd jej rodzice byli młodsi od niej samej. Idia, będąca w jakiś sposób centrum konfliktu znosiła to wszystko w zupełnej ciszy. Okazjonalnie widywano ją z Leah czy Eclipse, ale przeważnie znikała gdzieś na całe dni. Ona jedyna wiedziała, jak bardzo Khari zranił ją te lata temu.
Teraz, gdy Valentine stała z odprawą pod siedzibą stada, obie ciotki wyszły by się pożegnać. Widziała wśród zgromadzonych same znajome pyski. Każdy jeden naprawdę wiele dla niej znaczył. Rodzina i przyjaciele... Nie mogła znaleźć jedynie brata. Poczuła w piersi gorzki żal. Nie chciała by ta sytuacja ich podzieliła. Zdawało się jednak, że nie mogła nic zrobić.
Mieli właśnie wyruszać, gdy ciężar w piersi zniknął zupełnie, na widok białego lwa, zbliżającego się biegiem ze strony zachodzącego już słońca. Wyglądał na zdeterminowanego i pewnego siebie. Patrzył jedynie na nią, nie zwrócił nawet uwagi na ojca, który wywołał jego imię.
- Miałaś rację. - wysapał, gdy skończył szaleńczy bieg. Valentine uśmiechnęła się, aż rozbolały ją policzki. Przytuliła brata. - Stchórzyłem. To wszystko naprawdę mnie przytłacza. Nie powinienem był w ciebie wątpić. Ani w ciebie, ani w tatę. - Spojrzał na brązowego lwa, zasiadającego na stadnym tronie. Sawa uśmiechnął się jedynie na widok swoich dzieci i skinął głową. - Wracaj na swoją ziemię, Val. Zadbaj o nią, a ja zadbam o resztę.
Rodzeństwo uścisnęło się ciepło. Nie wiedziała co skłoniło Kiona do nagłej zmiany swojej decyzji. Może była to Nisza? Może Eclipse doradziła synowi jak naprawdę może ochronić tych, których kocha? Cokolwiek sprowadziło białego na właściwą drogę, dało Valentine poczucie spokoju, jakiego dawno nie zaznała. Puściła brata z ciasnego uścisku.
- Dziękuję, Kion. Wiem, że dasz sobie radę, jak nikt inny.
Książę odpowiedział jedynie uśmiechem. Przywitał się z Asanim i Wimbo, którzy z entuzjazmem powitali go w drużynie. Mieli właśnie odchodzić, kiedy biały zatrzymał się jeszcze jeden, ostatni raz.
-Valentine? Mieliśmy naprawdę mądrego dziadka. - wyszczerzył się jedynie.
~*~
Chaka nie był specjalnie zaskoczony tym, że Valentine uciekła. Miał świadomość, że dał jej na to wiele szans. Byłaby głupia, gdyby z nich nie skorzystała. A przecież to, co mógł powiedzieć o księżniczce z absolutną pewnością, to że głupota jest jedną z ostatnich rzeczy jakie reprezentuje. Wciąż nie był pewien, dlaczego zdecydował się ją uprowadzić, więc skąd miałby wiedzieć dlaczego ma ją dłużej przetrzymywać? Pewnie liczył, że uda mu się wypracować jakąś kartę przetargową, mając kuzynkę na swojej łasce. Na jakiekolwiek pertraktacje było już jednak za późno. Może porwaniem próbował sobie wmówić, że wcale tak nie jest.
Czuł okropny wstręt, nawet nie miał już siły się złościć. Spotkanie z Zawadi uświadomiło mu, że sam siebie podstawił pod ścianą. Oczywiście, że był dumny, że znał swoje pochodzenie i wartość. A jednak teraz wiedział, że nic z tego nie ma już znaczenia. Nawet, jeśli rozdanie było dobre, wykorzystał swoje karty w najgorszy możliwy sposób. 
Myśli o matce nie dawały mu spokoju. Wiedział, że ojciec nie chce go widzieć, że krzywdę jaką mu wyrządził przekierował w gniew. Leah natomiast... Ona zawsze w niego wierzyła. Sam chciałby móc teraz uwierzyć w siebie choć po części tak, jak ona zawsze potrafiła.
Wiedział, że walka się zbliża. Na własne oczy widział co szykuje Khari. Nie należał jednak do żadnej ze stron. Każda z nich go skrzywdziła i on skrzywdził każdą z nich. Bezczynność, na jaką był skazany wydawała mu się najgorszą z kar.
Noc była chłodna. A może po prostu był głodny. Nigdy nie był wyborowym łowcą. Teraz, gdy nie musiał dbać o to by Valentine miała co jeść, nawet niespecjalnie chciało mu się polować. Czas mijał mu zupełnie na niczym. Całe życie wręcz rwał się do działania, którego teraz nie miał za grosz. Odnosił wrażenie, że nigdy nie myślał tyle co przez ostatnie dni. Wydawało mu się, że zaczyna przez to wariować. Ciągle czuł na sobie czyjś wzrok, czyjąś obecność. Nigdy nic jednak nie słyszał, ani nie zwęszył. Samotność i nieustanne milczenie wystawiały jego zmysły na próbę. Znów towarzyszyło mu to dziwne wrażenie, że ktoś jest tuż obok, że niemal czuje jak zaraz go dotknie. Wzdrygnął się na samą myśl.
- Spokój - charknął, drapiąc pazurami ziemię. Otrząsnął się z nieprzyjemnego wrażenia. Moment później spiął się cały a jego serce stanęło na chwilę. Usłyszał cichy, gardłowy rechot, tuż obok siebie. Obrócił się w kierunku dźwięku i wcale nie poczuł się lepiej. Nieopodal stał lew, którego rozpoznał od razu. Ruda sierść i czarna grzywa. Blizna przecinająca oko. Znał go jako postać z legend i opowieści. Nigdy nie był w nich jednak bohaterem. Chaka zerwał się na równe nogi i obrócił w stronę postaci.
- Wiem kim jesteś. - zawiadomił od razu. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Lew znów parsknął śmiechem i zbliżył się.
Straszą mną niegrzeczne dzieci. Byłbym zdziwiony, gdybyś nie wiedział.
- Dlaczego cię widzę?
- Wiesz kim jestem, ale nie wiesz, kim mogłem być. Jesteśmy bardziej podobni niż ci się wydaje. - Chaka oburzył się na te słowa. Najbardziej znany uzurpator i zdrajca właśnie go do siebie porównał. Spuścił wzrok. Nie chciał wierzyć, że naprawdę tak było. Rudy lew kontynuował. Jego głos brzmiał dziwnie. Chaka czuł się, jakby słyszał go wewnątrz własnego ciała. - Nie zawsze byłem Skazą. Jaki rodzic nazwałby tak dziecko? - rzucił tonem ociekającym ironią. Zatrzymał się i spojrzał Chace w oczy. Poczuł, jak przez grzbiet znów przechodzi mu nieprzyjemny dreszcz. Zielone ślepia, choć martwe od lat wpatrywały się w niego z taką intensywnością, że każdy jego oddech stawał się coraz płytszy. Młody lew poddał się pod naciskiem wzroku. Wbił własne oczy w ziemię we wstydzie i skrusze, jednak nawet wówczas nie mógł uniknąć nacisku spojrzenia. Duch odezwał się po raz ostatni tej nocy - Nie pozwól by krzywda stała się wszystkim czym jesteś.
Choć widmo zniknęło bez śladu, ciężar w piersi Chaki pozostał.

wtorek, 10 lutego 2026

#91. Strategie i nowiny

Na Lwiej Skale od samego świtu panował zgiełk. Gdy Zawadi i Valentine wróciły jeszcze w nocy, przywitał je Miujiza, oczekujący powrotu siostry. Wyraził wielką ulgę na widok nie jednej, ale dwóch zgub.
- Dobra robota, Zawadi. Byłaś bardzo dzielna - otarł się czule o siostrę, gdy Valentine pobiegła przywitać się z resztą. Choć nie popierał jej uczuć dla Chaki, wiedział ile kosztowało ją spotkanie z lwem i własnymi uczuciami. Lwica zawsze była strachliwa i unikała konfrontacji jeśli tylko mogła. Tej nocy wykazała się odwagą i determinacją. Przy tym, los chciał, że sprowadziła do domu księżniczkę! Choć nie wierzył w przesądy, coś mu mówiło, że dokładnie tak miało być.
Dołączyli do reszty stada w grocie, gdzie na widok Valentine powstała już zawierucha. Pierwszy poderwał się Kiongozi, niemal obalając siostrę na ziemię. Władcy byli tuż obok, witając córkę z rozrzewnieniem. Młody książę trząsł się z emocji, ostatnie wydarzenia mocno się na nim odbiły. Miał nadzieję, że wszystko będzie wracało do normy. Cała rodzina przywitała Valentine ciepło, jedynie Leah miała w oczach pewien smutek. Brązowa wiedziała jednak, że nie jest to w żadnej mierze spowodowane jej powrotem, a przypomnieniem o wciąż świeżej w sercu matki zdradzie syna. Nim wszyscy się przywitali i emocje z lekka opadły, Lwią Skałę opatulały już pierwsze promienie słońca.
Valentine nie dała się opanować emocjom i ogólnemu poczuciu bezpieczeństwa. Niemal natychmiast zażądała spotkania w którym mieli omówić co właściwie się zdarzyło i czego można spodziewać się w kolejnych dniach. Rodzina królewska oraz członkowie gwardii udali się więc do Baobabu Shani, gdzie wciąż leczył się Nuada. Nim wyruszyli w kierunku drzewa, Miujiza zatrzymał się na chwilę, by porozmawiać z siostrą.
-Powinnaś iść z nami. - spojrzał na siostrę. - Widziałaś się z Chaką. Wiesz gdzie jest. - Lwica niemal natychmiast pożałowała swojej wyprawy. Żal ponownie wypełnił jej serce. Wbiła wzrok w ziemię. - Zawadi. - stanowczo upomniał ją brat. Spostrzegł, że Valentine również zatrzymała się z znaczącej odległości i obserwowała rodzeństwo.
- Miujiza... - wyjąkała tylko. Informacje, które zdobyła były naprawdę cenne. Bała się jednak, że jakiś patrol będzie ścigał Chakę. Że na dobre przegonią go z okolicznych ziem.
- Zawadi, wiesz coś, co my również powinniśmy wiedzieć. Musisz się tym z nami podzielić. - samiec wciąż naciskał. W głębi wiedziała, że ma rację. Nie tylko myśl, że mogą skrzywdzić Chakę, ale jeszcze, że może być dla niego kolejnym zdrajcą, że musi przyznać się przed wszystkimi, że wciąż... - Nie pozwolę ci go chronić, nawet jeśli nadal go kochasz. - urwał Miujiza. Mówił stanowczo, choć wciąż troskliwie. Wiedział, że dla Zawadi jest to naprawdę trudne, choć miał nadzieję, że siostra zrozumie wagę sytuacji. Valentine zbliżyła się do nich.
- Co się dzieje?
- Zawadi powinna iść z nami. Myślę, że wie więcej, niż się spodziewamy. - lew pozostawał nieustępliwy. Valentine przekrzywiła głowę w zaciekawieniu, zerkając na Miujizę. - Spotkała się w nocy z Chaką. Nic nie wiesz?
Obie lwice spięły się nagle. Relacjonując księżniczce ostatnie dni, Zawadi uniknęła przyznania się do prawdziwego powodu jej wyjścia w nocy. Valentine spoważniała.
- Zawadi - zaczęła, jej ton brzmiał niemal chłodno i zmusił wywołaną do spojrzenia na lwicę. - Jeśli potrzebujesz czasu, to rozumiem. Ale jesteś członkinią stada. Jesteś naszą rodziną. Bitwa wisi na włosku. Jeśli wiesz cokolwiek, co może przydać się obronie Lwiej Ziemi musimy o tym wiedzieć. 
Zawadi wciąż milczała.
Po chwili Valentine zawołała Miujizę by udał się z nią do reszty. Nie mogli tracić czasu na decyzję córki Wazi. Każda minuta była teraz na wagę złota. Niezbyt chętnie, ale dołączyli więc do grupy.
Ilość zebranych nie pozwalała na posiedzenie wewnątrz siedziby szamanki, dlatego rozmowy przebiegły w cieniu bujnej korony drzewa. Valentine nie miała się z radości na widok narzeczonego. Nuada zerwał się z miejsca, nie zważając na swoją kondycję i wybiegł naprzeciw ukochanej. Po raz pierwszy od dłuższej chwili atmosfera stała się jakaś lekka. Zebrali się władcy oraz gwardia. Zawadi nie przyszła. Valentine i Miujiza nie powiedzieli nikomu o sekrecie lwicy. Oboje wierzyli, że jeszcze się pojawi.
Kiongozi wykazywał niesamowity entuzjazm do planowania strategii i przygotowania do walki. Proponował wiele różnych rozwiązań, przejmując pałeczkę kiedy tylko nadarzyła się do tego okazja. Był podekscytowany, choć wydawał się równie nerwowy. Jego najbliżsi rozumieli, że mogą za tym stać tak skrajnie różne wydarzenia, zarówno pozytywne jak i negatywne. Spodziewali się z Niszą potomstwa, była to niesamowita nowina, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Jednak widmo zbliżającego się konfliktu, porwanie żony, następnie siostry... to wszystko przytłaczało następcę bardziej, niż sam był tego świadomy.
- Ich wojowniczki są naprawdę silne. - Nuada odezwał się, gdy Valentine wylizywała jedną z pozostałych po ostatnim starciu ran. - Dodatkowo ten mur... Chyba się przeliczyliśmy. Ten tunel daje im niesamowite możliwości odwrotu i obrony. Nawet nie wiemy ilu ich jest. 
- Moglibyśmy go zniszczyć. Z twoim Rykiem Pradawnych, powinno być łatwo. Co więcej, byłaby to demonstracja siły. - padła propozycja. Nuada pokręcił głową.
- Nie sądzę. Po pierwsze, nie uważam, że powinniśmy pierwsi przystąpić do ataku. Zwłaszcza patrząc na to, że nie wiemy ile liczy ich stado. Po drugie, mój ryk... - przechylił głowę w zastanowieniu. - Odkąd gwardia się rozpadła, odkąd nie jesteśmy w pełnym składzie... nie jestem w stanie dłużej go używać.
Wśród zgromadzonych zapadła cisza. Nie była to dobra wiadomość. Umiejętność gwardii, zwłaszcza ryku dawała dużą przewagę. Jeśli musieli radzić sobie bez niej...
- To nic. - przerwał Kiongozi. - Wciąż, każdy z was jest niesamowicie zdolny w walce. Nim dojdzie do starcia, proponuję stworzyć patrole takie, by każdy z gwardzistów dowodził jednym. Pozostaje was czterech, więc cztery patrole. Dwa na Lwią i dwa na Wolną Ziemię. Asani i Bahati, stacjonowalibyście na Wolnej... - książę ponownie pozwolił sobie przejąć inicjatywę. Na jego słowa Valentine przestała opatrywać partnera. Uniosła jedną brew. Jej brat naprawdę mocno poczuwał się do roli. Ten jeden z nielicznych razy poczuła jakieś ukłucie własnego poczucia obowiązku za Wolną Ziemię. To ona miała nią rządzić. Kion nie miał do niej uprawnień ani teraz, ani w przyszłości. Wiedziała, że brat nie mówił tego w złej wierze, w życiu nie posądziłaby go o chęć odebrania jej terytorium, jednak zaczynała poważnie martwić się o stan białego. Kiongozi bardzo długo pragnął pozostać wolnym duchem i nie mieszać się w królewskie obowiązki. Musiał mocno martwić się o swoją rodzinę i nienarodzone dzieci. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl. Oboje naprawdę dorośli.
Propozycję księcia przerwało w połowie pojawienie się kolejnej osoby. Stado wymieniło zmieszane spojrzenia, jedynie Valentine i Miujiza wymienili porozumiewawcze uśmiechy. Zawadi bardzo niepewnie zbliżyła się do grupy i zajęła miejsce obok brata. Nim zdołała cokolwiek z siebie wydusić, lew zrobił to za nią.
- Moja siostra widziała się wczoraj z Chaką. Podobnie jak Valentine, zdobyła od niego pewne informacje, które mogą być dla nas bezcenne.
Zgromadzenie wypełnił pomruk zadowolenia. Zawadi dotknęła łapy brata i podziękowała mu. Znalazła w sobie wszelkie pokłady odwagi i stwierdziła, że dla dobra wszystkich, nawet kosztem jej złamanego serca, powie im co wie.
~*~
Dzięki informacjom, które dwie lwice zdobyły od syna Leah spotkanie przebiegło pomyślnie. Valentine udało się wydedukować, że Chaka nie opowiada się za żadną ze stron i nie powinien stanowić zagrożenia, co Zawadi potwierdziła. Z tego co udało jej się wyciągnąć z rozmowy z lwem, nie można wykluczyć, że Khari i Narumi połączą siły. Już w tej chwili oboje przebywali na Cemntarzysku. Dla obopólnej wygody zdecydowanie byli w stanie połączyć siły, nawet jeśli mieliby potem walczyć między sobą. Atak na lwioziemców stawał się priorytetem, personalną zadrą obu rywali. Sprawa nie wyglądała kolorowo i Shani coraz mniej rozumiała pozytywną energię duchów.
Gdy spotkanie dobiegło końca, po Bahatiego przyszła Amara, co niezwykle ucieszyło jej młodszą siostrę. Odkąd na stałe zamieszkała w Baobabie nie widywały się tak często jak by tego chciała. Natychmiast udała się w stronę pary, licząc, że uda jej się złapać lwicę choć na chwilę. Potrzebowała bliskości siostry i rozmowy o strapieniach.
- Amaro, Bahati! - zawołała radośnie. Amara rozpromieniła się uśmiechem i przywitała siostrę.
- Bycie szamanką ci służy, Shani. Wyglądasz świetnie - przyznała starsza.
-Asani o mnie dba - zachichotała niewidoma. - Czy... Znajdziesz dla mnie chwilę?
-Miałam spytać cię o to samo. 
Po chwili lwice pożegnały się z przyjaciółmi i zniknęły wewnątrz pnia. Amara wydawała się  czymś podekscytowana. Shani domyślała się sprawy z jaką siostra przyszła i sama niesamowicie chciała rozładować to napięcie. Jak się okazało spekulowała dobrze. Starsza z córek Idii najprawdopodobniej była w ciąży i potrzebowała badania, które ją upewni. Shani niemal pisnęła z radości na myśl o byciu ciocią. Od razu przystała na prośbę jasnej lwicy. Poprosiła ją by położyła się we wskazanym miejscu i przystąpiła do badania.
- Wszystko w porządku? - spytała po jakimś czasie Amara.
- Tak, nie wyczuwam nic niepokojącego. - powiedziała z zadowoleniem szamanka. Jasna zatrzymała jej łapę.
- Nie pytam o siebie siostro.
Shani speszyła się nieco, mimo to uśmiechnęła się ciepło. Nie od dziś wiedziała, że przed czujnym wzrokiem Amary nic nie ukryje.
-Ja... Martwię się. Masz rację - przyznała. Lwica wymsknęła się spod jej dotyku i usiadła przy siostrze. Poczuła jej łapę na swojej. - Boję się o to, co nadchodzi. Przodkowie mówią mi, że zwyciężymy tę walkę, ale nie bez cierpienia. Że okupimy ją jakąś straszną ceną, której nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Amaro, ja... Boję się, że duchy przygotowują mnie na śmierć Asaniego... lub twoją.
Serce jasnej lwicy stanęło na moment. Musiała to wszystko przeanalizować. Mimowolnie dotknęła  swojego brzucha. Tyle nadziei i szczęścia... Czy w ogóle go doczeka? Spojrzała na siostrę. Nie chciała sobie nawet wyobrażać poczucia winy z jakim musi żyć. Przytuliła się do młodszej.
-Ani ja, ani Asani nigdzie się nie wybieramy, słyszysz? - zapewniła ją. - Jak będę musiała, to sama z tymi przodkami porozmawiam. - rzuciła półżartem, choć brzmiała na bardzo zdeterminowaną. - Wierzę, że duchy nie będą kazały ci przechodzić kolejnej żałoby. I tak czujesz dużo więcej niż my. Nie skazaliby cię na takie cierpienie. Musisz im zaufać. Im i sobie.
Słowa ukoiły nieco niespokojne serce młodszej lwicy. Odwzajemniła siostrzany uścisk.
-Będziecie mieć z Bahatim dwoje lwiątek.

niedziela, 8 lutego 2026

#90. Pod osłoną nocy

Valentine niemal nie zmrużyła oka odkąd wybudziła się po raz pierwszy. Długa, położona głęboko pod ziemią grota pozostawała niemal równie ciemna, niezależnie od pory dnia. Kompletnie straciła już rachubę czasu. Nie wiedziała ile była nieprzytomna, ani ile leży już bezczynnie spoglądając w sklepienie. Była zupełnie sama - Chaka zostawił ją po ich pierwszej konfrontacji i wracał okazjonalnie, podzielić się łupami z polowań. Miał chociaż dość rozumu i godności by z nią nie przesiadywać. Wiedziała jednak, że lew wciąż jest gdzieś w okolicy. Wszystko było nim przesiąknięte, nie mogła nic poradzić, tylko czuć się obserwowaną. 
Miała dość czasu by wszystko sobie przypomnieć i ułożyć w głowie. Zamieniła z kuzynem nawet kilka suchych zdań, martwiąc się o stan narzeczonego i ojczyzny. Nie wierzyła jednak w ani jedno jego słowo. Wciąż nie rozumiała dlaczego Chaka ją przetrzymuje. Gdyby chodziło o Narumi, nienawistna lwica już dawno by tu była. Z resztą na samo wspomnienie tego imienia, lwa ogarniała jeszcze większa ponurność. Zagrali nim, tego Valentine była pewna. 
Nie rozumiała ani powodu przetrzymywania, ani powodu pomocy przy granicy z Cmentarzyskiem. Nie sądziła jednak, by były jej one potrzebne. Chaka pozostawał wrogiem, dopóki nie udowodniłby by było inaczej. Nawet wtedy nie powinien był spodziewać się z jej strony przebaczenia. To co potrzebowała wiedzieć, to jak się wydostać i wrócić na Lwią Ziemię. Starała się jeść, choć każdy kęs zwierzyny podstawionej jej pod nos przez kuzyna przyprawiał ją o mdłości. Wiedziała jednak, że musi zachować formę, zwłaszcza jeśli ryzykowała bezpośrednim starciem z Chaką. Jakaś jej część wierzyła, że pomimo ogromnej siły, lew nie znalazłby jej w sobie aż tyle, by naprawdę ją skrzywdzić. Mimo wszystko zawsze był słaby.
Nauczyła się już rutyny samca, którą potraktowała jako przepustkę do ucieczki. Choć nie była w stanie dokładnie odmierzać czasu, miała w pewien sposób poczucie kiedy jej porywacz znikał na dłużej. Którejś nocy, poczuła, że nastał odpowiedni moment. Nie potrafiła określić tego co się stało, ale znalazła w sobie głos, który wręcz zmusił ją do ucieczki. Poczuła nagły przypływ sił i determinacji. Nie mogła dłużej zwlekać, bać się nieznanej drogi. Czuła, że to przodkowie ją prowadzą.
Wspinając się po ścianie groty wydostała się na zewnątrz. Ciało wciąż miała obolałe, umysł nieco przyćmiony, ale duma i wiara dodawały jej sił. Gnała przed siebie trawiastą równiną, nie patrząc wstecz. Wciąż nie miała pewności gdzie jest, ale w tej chwili jedyne co chciała to uciec jak najdalej. I zapachy, i widoki były obce, dopóki nie spojrzała w niebo. Ujrzała setki znanych gwiazd nad sobą, napawających nadzieją. Znów poczuła tę siłę i pragnienie by znaleźć się z bliskimi. Pędziła dalej,  choć mięśnie i płuca paliły od nagłego wysiłku. W tej chwili nie bała się nawet choroby. Czuła, że za wszystkimi z ostatnich wydarzeń stoi coś wielkiego, że ten ogromny punkt kulminacyjny zbliża się nieubłaganie. Musiała wrócić do domu.
~*~
Zawadi siedziała i nasłuchiwała odgłosów nocy. W życiu nie czuła się tak samotnie.
Chaka po prostu ją zostawił. Całe życie zabiegał o czyjąś uwagę, o adorację i uznanie, a kiedy chciała mu je dać...? Po prostu odszedł. Znów poczuła, że trzęsie jej się broda. Nie mogła uwierzyć we własną naiwność! Przez moment naprawdę wierzyła, że mu pomoże, że razem jakoś dadzą radę. Ba, wierzyła nawet, że była w stanie dla niego zostawić Lwią Ziemię! Ale to on odszedł. Po prostu jej nie chciał, z jakiegoś powodu, którego nie umiała do końca zrozumieć. Nic z tego nie miało dla niej sensu. Przecież Sarabi jej powiedziała...? Przełknęła słone łzy i wbiła spojrzenie w niebo. Straciła dla siebie już wszelką nadzieję. W jakiś sposób naprawdę kochała Chakę. Może za późno znalazła w sobie odwagę by skonfrontować go z własnymi uczuciami? Pomyślała o bracie, Miujiza był zawsze taki odważny. Nie bał się spotkać z Kharim, nie bał się walczyć o Hapanę, zaprzyjaźnić z Bahatim... Tak bardzo chciałaby mieć choć cząstkę jego odwagi.
Chaka powiedział jej wiele rzeczy na tym krótkim spotkaniu. Że przetrzymuje Valentine, przodkowie wiedzą po co, że zna plany Khariego, że zdradził i został zdradzony na wszystkie możliwe sposoby. Sama czuła się jak zdrajca, że wciąż potrafiła znaleźć dla niego współczucie. Zranił tyle osób, które kochała, które on sam kochał. To wszystko było dla niej zbyt ciężkie. Siedziała więc zupełnie sama, nie czując już nawet obecności swojej duchowej przewodniczki i słuchała szumu trawy oraz własnego łkania.
Nim stała się tego świadoma, jej ucho zastrzygło, przez cichą wibrację dobiegającą gdzieś z oddali. Podniosła wzrok. Chcąc czy nie, od razu pomyślała, że to Chaka, że jednak wrócił. Oczy rozszerzyły jej się, gdy w oddali dostrzegła zbliżającą się sylwetkę. Serce załomotało mocno, gardło przestał ściskać żal, poderwała się i ruszyła w stronę odgłosu. Leciała jak strzała, przez chwilę zapominając zupełnie o złamanym sercu.
-Valentine! – krzyknęła rozpaczliwe, przyśpieszając do granic swoich możliwości. Lwica zbliżała się, wciąż będąc dość daleko od niej, zmierzając nawet nie do końca w jej Zawadi. Wykrzyknęła jeszcze raz, by księżniczka zwróciła na nią uwagę. Kamień spadł jej z serca, gdy lwica zwolniła nieco, rozglądając się za źródłem nawoływania. Nie wiedziała czy roztropnym z jej strony było głośne wołanie, gdy czekoladowa najpewniej uciekała, ale nie mogła pozwolić sobie by ją zostawić. Gdy Valentine namierzyła ją wzrokiem od raz pędem rzuciła się w kierunku młodszej lwicy
-Och, Zawadi! - westchnęła z ulgą gdy spotkały się w połowie drogi. - Jesteś ostatnią osobą, której się spodziewałam, ale nawet nie wiesz jak się cieszę! -Valentine wyglądała na straszliwie zmęczoną, choć uśmiechała się zupełnie szczerze. Zawadi uścisnęła przyjaciółkę.
- Jak dobrze, że jesteś cała... Chociaż jedna dobra wiadomość w ostatnich dniach - choć chciała wyrazić ulgę, na twarzy księżniczki zobaczyła jedynie troskę. Od razu sprostowała - Nie martw się. Nuada jest cały i zdrów. Opowiem ci wszystko w drodze.
Nie czekając zbędnie, ruszyły razem pozwalając Zawadi prowadzić. Choć droga nie była aż tak długa, żadna z nich nie chciała zwlekać. Obie wiedziały, że powrót Valentine do domu w takich okolicznościach będzie dla wszystkich wielkim pocieszeniem. 
 ~*~
Shani nie mogła zasnąć.
Wszystko mówiło jej, że ta noc była jedną z tych zwiastujących coś wielkiego. Czuła całym ciałem, że od kolejnego świtu nastąpią jakieś nieodwracalne zmiany, że same zdarzenia nocy będą zwiastunem pewnego końca. Przez to również początku.
Dzięki przodkom widziała przyszłość. Zwycięstwo. Żyzne ziemie Lwiej i Wolnej Ziemi, królewskie dzieci na tronie. Harmonię i nieprzerwaną ciągłość kręgu życia. Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Wśród całej nadziei i spełnienia, jakim zdawały się emanować duchy tej nocy, nie mogła odgonić od siebie poczucia jakiejś głęboko ukrytej tragedii. Cały spokój i akceptacja podszyte były jej zwykłym, śmiertelnym niepokojem. Ta troska... Nie była w stanie się jej pozbyć. Jakaś jej część myślała, że to przecież normalne, kiedy ma przed sobą perspektywę niesamowicie intensywnych zmian. Intuicja podpowiadała jej jednak, że chodzi o coś więcej. O coś co nie zmieni biegu świata, tylko jej własne życie. O sukces, kupiony jej własnym, personalnym cierpieniem. Westchnęła głęboko i obróciła się na drugi bok. 
Asani smacznie spał. Jego spokojny oddech muskał jej psyk raz po raz, łaskocząc ciepłym powiewem. Był dla niej zawsze taki dobry. Choć doskonale radziła sobie sama, sprawna para oczu zawsze się przydała. Nawet bez tego, po prostu bardzo ceniła sobie towarzystwo lwa. Pomimo wielu trudności i niecodziennego sposobu życia Shani, on pozostawał niezmiennie cierpliwy i wyrozumiały. Wiedziała, że bardzo ją kochał, już od dzieciństwa. Teraz, gdy dorosła, sama wiedziała ile znaczy dla niej tak stabilna i zaufana osoba. Oczywiście, zawsze miała u swojego boku Amarę, ale Asani... Chciała móc odwdzięczyć się choć po części za opokę, jaką dla niej był. Dałaby wszystko, by zignorować mrożący lęk, że to właśnie jego dotyczy zbliżająca się tragedia.